Wiślańskie ściganko

Pętla Beskidzka - te dwa słowa od prawie 10 lat "męczyły" mnie strasznie. To właśnie na tym wyścigu, w 2009, pierwszy raz wystartowałem w górach i dostałem taki wpierdziel, że każdy normalny gość skończyłby z kolarstwem. Już na pierwszym podjeździe posmakowałem swoich płuc i zobaczyłem, że jednak jest takie nachylenie że chwila nieuwagi powoduje wheelie...
Kiedy tak prawie leciałem na plecy ludzie mijali mnie jak Ferrari Williamsa w tym sezonie, nie wiedziałem co się dzieje, a na metę dotarłem jak już zamykali sklepy (żart?). Tak czy inaczej, kiedy już przekroczyłem kreskę, jako 37 zawodnik w kategorii (klasyfikacji open na całe szczęście nie było więc nie wiem), zamiast dać sobie spokój z kolarstwem, ja głupi postanowiłem, że kiedyś stanę tu na podium i było to jedno z moich kolarskich marzeń.

fot. Barbara Dominiak

fot. Barbara Dominiak
Od tamtego startu walczyłem z Pętlą co roku i była to bardzo nierówna walka, o której już kiedyś pisałem w tym artykule. W dużym skrócie: "wylegiwanie" się na rozgrzanym asfalcie nie mogąc ruszać nogami z uwagi na kurcze, defekty, bomby kompletne, całkowite odwodnienia, odciski moich bloków na roztapianym asfalcie na Kamesznicy, wylatywanie z zakrętów itd... No było tego sporo...

Jechałem więc do Wisły jak zwykle z myślą, że chcę powalczyć ale może być różnie... mimo iż odczucia związane z formą były dobre. To co mnie niewątpliwie cieszyło to prognozy pogody, zamiast tradycyjnych upałów miało być około 15 stopni, czyli "moja pogoda".

Przyjeżdżam w piątek chwilę przed 22:00 - niestety trzy wypadki na A4 miały tu swój udział - całe szczęście, że klasyczne wprowadzenie zrobiłem u siebie wcześnie rano.
Rano tradycyjnie, najpierw połowa owsianki, potem jazda po numer startowy, powrót - druga połowa owsianki, trochę odpoczynku i jadę na start. Zimno jak diabli ale biorę tylko rękawki - tu robotę robi jak zwykle Sportsbalm.

fot. Barbara Dominiak
Na starcie pogaduchy ze znajomymi, ustawianie w sektorze i lecimy. Do Malinki start honorowy, udaje się trzymać zaraz za autem Wieśka Legierskiego więc jest spokojnie i bezpiecznie. Na wysokości Zalewu, Wiesiek odjeżdża dając sygnał do rozpoczęcia zabawy. Od razu jadę z przodu swoim równym tempem i po chwili jesteśmy pod Zameczkiem. Zrzucam na małą zębatkę z przodu i coś jest nie tak z łańcuchem, trochę się siłuję i wyprzedza mnie sporo osób - szkoda, bo pozycja wyjściowa do podjazdu była idealna. Tak czy inaczej jak już wszystko wskoczyło na swoje miejsce przedostaję się bliżej przodu i jadę z czołówką. Podjazd zaczynamy zapoznawczo, nie jest lekko ale nie jest też w trupa. Po kolei odczepiają się kolejne wagoniki, a tempo stopniowo wzrasta. Przed Szarculą idzie już zapiek konkretny i zaczynają się moje problemy, cytując nasza nadzieję na Tour de France - idę już wtedy wszystko i tradycyjnie, jak to na Pętli muszę za to zapłacić. Dokładnie już na Szarculi po skręcie w lewo, gdzie trzeba się wdrapać na jeszcze jedną jedyną sztajfę - nie mam już z czego tam jechać, jestem ugotowany, mocno zwalniam i robię wszystko żeby utrzymać koło mijających mnie zawodników. Zagryzam zęby i zjazdy lecimy w kilkunastoosobowej grupie, przed nami jest tylko czołówka, w której w tym momencie kręciło chyba 7 osób.

fot. Barbara Dominiak
Podjazd na Koczy Zamek lecimy wszyscy równo bez szaleństw, w końcówce jest stromo ale nikt nie atakuje, bo przed nami długi, stosunkowo płaski, odcinek, który miał być pod mocny wiatr. Po Koczym Zamku pora na samobójczy zjazd do Kamesznicy, nie kalkuluję, wyłączam myślenie i lecę w dół leżąc na ramie i dociskając mocno przód - jak się okazuje leciałem 96,5km/h - mój nowy rekord ;)

Cały zjazd jedziemy zgodnie całą grupką, potem z Milówki mam trochę obawy o współpracę, bo na wyścigach różnie z tym bywa ale jakimś cudem wszyscy zgodnie dają krótkie zmiany, jest ciężko bo niemiłosiernie wieje w twarz.
Dopiero gdy zaczynają się sztywne hopki przed bufetem aż do Szczyrku kilka osób odpada, kilka przestaje pracować i najdłuższy podjazd na Salmopol zaczynamy chyba w 12 osób. Czuję się tak sobie ale gdy nachylenie wzrasta zostajemy w piątkę i tak, równym tempem, wjeżdżamy na szczyt bez żadnych zbędnych ataków.
fot. Barbara Dominiak
Zjazd z Salmopolu to zawsze spore ryzyko przy ruchu otwartym. Na szczęście w dniu wyścigu ruch był raczej słaby i zjazd szedł naprawdę sprawnie. Tak czy inaczej grupka się podzieliła i końcówkę musiałem mocno dociskać żeby dojechać. Ta sztuka się udaje i z Malinki, po skręcie, jedziemy już razem.
Zbliża się decydujący podjazd na Zameczek, patrzę po innych żeby obczaić kto jest z jakiej kategorii mniej więcej i pojechać końcówkę mądrze. Atakuje dwójka z kategorii C - nie reaguje, bo nie ma sensu, ze mną jechała dwójka zawodników z mojej kategorii i na nich skupiałem swoją uwagę ;)


Podjazd na Zameczek znam jak własną kieszeń, wiem gdzie podkręcić tempo żeby odskoczyć i jak jechać żeby potem to spokojnie utrzymać. Tak też robię, na stromym odcinku przy rezydencji prezydenta lekko dokręcam odłączając się od grupki i jadę swoje. Do samej mety kontroluję bezpieczną przewagę i przekraczam kreskę jako trzeci zawodnik z drugiej grupki co ostatecznie daje mi 2 miejsce w kategorii B i 10 Open.

Jestem mega szczęśliwy, moje marzenie właśnie się spełniło. Marzenie, na które czekałem 10 lat. Po tragicznym, całym, ubiegłym roku, zimą wziąłem się ostro do pracy i się opłaciło. Katowanie ciężarów, jazda w ciemnościach i naprawdę wiele wyrzeczeń - to jest cena za takie małe sukcesy. Małe, ale dla mnie bardzo znaczące - bo tym samym wreszcie odczarowałem Pętlę Beskidzką !
Wręczanie statuetek na deptaku w Wiśle to jedna z moich wspanialszych kolarskich chwili, dla których człowiek ostro trenuje i zagina się na co dzień.


Dzień później przyszedł czas na klasyczną czasówkę typu uphill, zawsze było to katowanie krótkiego ale ciężkiego Zameczku, w tym roku organizator postanowił wydłużyć trochę dystans i trasa prowadziła przyjemną Doliną Czarnej Wisełki aż na Szarculę. Niby podjazd znałem ale kompletnie nie wiedziałem jak tam pojechać na czas.

Fajnie, że organizator opublikował listę startową w sobotę wieczorem, nie trzeba było kombinować rano z dowiadywaniem się o której start - mam nadzieję, że będzie już tak zawsze :)
Generalnie nie spałem za dobrze, chyba trzeba było wypić więcej piwa po wyścigu :D

Rano, gdy wyjechałem z apartamentu, lekko nie było, na zewnątrz jakieś 9 stopni, a ja tylko rękawki. Tu znowu robotę zrobiły maści Sportsbalm, bo bez nich chyba ciężko byłoby dobrze rozgrzać mięśnie.
Zaplanowałem sobie 45 minut rozgrzewki i już po 15 minutach wiedziałem, że to nie jest mój dzień. No po prostu mi nie szło, po płaskim jeszcze było ok ale jak tylko próbowałem podkręcić tempo pod górę czułem w nogach beton.
Dokładnie o 9:33:30 ruszyłem na trasę, czekało mnie 6km podjazdu, którego kompletnie nie wiedziałem jak pojechać :) Dokładnie pół minuty później na trasę miał ruszyć mój największy rywal - no średnio fajnie, bo zdecydowanie bardziej wolę gonić niż uciekać...

fot. Barbara Dominiak
Od początku żwawo, pierwsza połowa z nachyleniem kilku procent i tu jedzie mi się bardzo dobrze, za mną nikogo nie widać - jest OK ;)
Zaczyna się prawdziwy podjazd, nachylenie ostro wzrasta, a ja czuję beton w nogach. Idzie bardzo ciężko, ogólnie to coś jest nie tak, bo normalnie bez problemu powinienem jechać takie czasówki na pulsie ponad 180, a tu ledwo wchodzi 174... Wjeżdżam na Stecówkę, obracam się i widzę mojego rywala - no generalnie motywacja siadła, jednak głowa też jest ważna, a ja w tym momencie ją straciłem... Za to wiedziałem jak to podziała na niego, kiedy na czasówce widzisz już gościa przed Tobą, zrobisz wszystko żeby go dojść, nawet kosztem jazdy ponad swoje granice... Ostatni odcinek pokonuję w mojej skromnej ocenie beznadziejnie i przed samą kreską zostaję minięty - 30 sekund straty. Jak się później okazało była to strata do zwycięzcy mojej kategorii - Patrycjusz moje gratulacje ! :)
Ja ostatecznie zająłem 2 miejsce, w OPEN byłem 7. Jak na odczucia mogę być tylko zadowolony.

Podsumowując, z przebiegu całego weekendu, mogę być tylko zadowolony. Wracam do domu z dwiema ładnymi, kamiennymi statuetkami. Tu ukłon do organizatora, bo rok temu były tylko medale, a takie imprezy jak Pętla Beskidzka zasługują na ładne statuetki :)


Mimo iż wyścig odbywał się w ruchu otwartym to byłem miło zaskoczony poziomem zabezpieczenia każdego skrzyżowania i ronda, wszędzie byli strażacy lub policjanci, którzy wstrzymywali ruch i pomijając odcinek okolicy Milówki (gdzie zawsze w sobotę jest dramat) to czułem się względnie bezpiecznie i można się było skupić na ściganiu. Dodatkowo sporo było motorów otaczających opieka większe górki.
Było naprawdę bardzo fajnie, wychodzi że potrzebowałem 10 edycji żeby wreszcie wdrapać się na wyścigowe podium Pętli - tym smaczniejszy staje się taki sukces ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz