W cieniu Tatr i Gorców, czyli Nowy Targ Road Challenge 2021


Od kilku lat zawsze chciałem wystartować w etapówce Nowy Targ Road Challenge, nigdy nie było mi po drodze z terminem tego wyścigu, aż wreszcie w tym roku wszystko mi się ładnie zgrało i coroczny urlop w Bukowinie Tatrzańskiej udało się połączyć z tą imprezą.

Fajne trasy, malownicza okolica, niezwykle mocna obsada i doskonała organizacja to cechy wyróżniające tą etapówkę. Nie jest to łatwy wyścig, z uwagi na całą śmietankę amatorskiego peletonu, niezwykle trudno tu o dobry wynik. Trzeba mieć wyśmienitą formę i być po prostu bardzo mocnym zawodnikiem.

Niestety, im bliżej lipca tego roku, tym większe miałem kłopoty ze zdrowiem i z moją formą. W zasadzie już po przyjeździe w góry wiedziałem, że będzie bardzo ciężko. Wtedy też postanowiłem, że cofnę się kilka lat wstecz i start potraktuję mocno treningowo. Dlaczego kilka lat wstecz ? Ano dlatego, że kiedyś startowało się na takiej Pętli Beskidzkiej, gdzieś zupełnie z tyłu peletonu i bardziej walczyło się o ukończenie wyścigu niż o sam wynik. Muszę powiedzieć, że to były fajne czasy, człowiek się tak nie stresował, nie było presji wyniku, była tylko radość z jazdy.

Chyba potrzebowałem takiego startu, bez ciśnienia, bez parcia na wynik, tylko z dobrą zabawą, w towarzystwie takich samych zapaleńców. Był to dla mnie taki kolarski reset, bawiłem się świetnie i pierwszy raz od dawna cieszył mnie sam medal finiszera na mecie.

Jak układał się cały wyścig przeczytacie poniżej, ostrzegam, nie będzie tam żadnej relacji typu walczyłem o jak najlepsze miejsce, wycinałem się na kresce, atakowałem itd.

Etap I - Kto tu wylał asfalt ?

Tradycyjnie zmagania rozpoczynała czasówka, ale jeśli ktoś myślał, że będzie to normalna walka z czasem był po prostu w błędzie. Zaczynało się niewinnie, 7 kilometrów prawie płaskiej trasy przez znaną wszystkim Ochotnicę. To co jest najbardziej charakterystyczne w tej malowniczo położonej wsi to fakt, że w którą stronę nie spojrzeć mamy po bokach okrutne sztajfy. Organizator nie mógł z tego faktu nie skorzystać i po wspomnianych 7 kilometrach najpierw zaczął się fajny, dość równy podjazd, żeby na ostatnie 1,5 kilometra zamienić się w absolutny koszmar każdego zawodnika. Podczas mojego przejadu, akurat na tej końcówce, dodatkowo rozpętała się burza. W sumie to nie wiem jak to nazwać, na 1,5 km było średnio 14%, a miejscami nachylenie dochodziło do 28%. Podczas jazdy w siodle odrywało się przednie koło, kiedy stawałem w pedały buksowało tylne. Jedyną opcją podjechania tego w całości było przytulenie się do ramy i wjeżdżanie równym, ciężkim rytmem. Jakoś mi się to udało, ale sprawdzając galerie z wyścigu widać, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia, upadki, butowanie, a nawet lądowanie w rowie było czymś całkiem normalnym. Całego smaczku dodaje fakt, iż te największe trudności pojawiały się w momencie kiedy każdy miał już w nogach te 20 minut mocnej jazdy.


Dla mnie dodatkową przeszkodą było kiepskie samopoczucie i najpierw na płaskim odcinku nie mogłem za bardzo utrzymać takiej mocy, jak normalnie powinienem, a potem, kiedy powinienem zacząć odrabiać trochę czasu pod górę, było w zasadzie jeszcze gorzej i cała ta czasówka zamieniła się w walkę o przetrwanie. Na mecie poczułem ogromną ulgę i pomimo ogromnej straty czasowej do czołówki cieszyłem się, że mam to już za sobą. Stałem tak całkowicie przemoczony, zmęczony jak diabli, a w głowie buszowały myśli "po co ja to w ogóle robię".

 

Etap II - Pocztówka z Dursztyna

Czasówka ustawiła już częściowo klasyfikację generalną. Mi poszło tak "świetnie", że nawet nie załapałem się do pierwszego sektora. Potwierdziłem sam sobie moją kiepską dyspozycję ale w sumie nie miałem też z tym jakiegoś wielkiego problemu. Z uwagi na to ustawiłem się na spokojnie gdzieś na tyłach naszego peletonu w oczekiwaniu na start.
Powiedzieć, że pogoda była niepewna, to jak nic nie powiedzieć, gdzie nie spojrzeć było widać kłębiące się ciemne chmury i każdy zastanawiał się nie tyle czy będzie padać, co kiedy to nastąpi.


Od startu tempo całkiem spoko, na początek odcinek zjazdowy za autem, potem trochę płasko i już pierwszy podjazd. Nie było to jednak góra, która mogła cokolwiek namieszać i tak też było, zwarta duża grupa ciągle kręciła razem. Rwać zaczęło się dopiero po wjechaniu na słynną ścieżkę rowerową w Łapszach. Tu było na tyle wąsko, że grupa się porwała, ja zostałem za czołówką jadąc po prostu swoje. Tak jak dzień wcześniej, moja dyspozycja pozostawiała sporo do życzenia. Trasa była bardzo fajna, Garmin w sumie zanotował 13 podjazdów więc zdecydowanie było co robić, szczególnie że dodatkowym utrudnieniem stał się bardzo mocny wiatr. O dziwo nie padało i całą trasę przejechaliśmy suchą stopą. Tak sobie jechałem częściowo w jakiejś małej grupie, częściowo samotnie, raz dokręcając trochę na podjazdach, a raz nie. Ot taki typowy trening z jazdą w różnych trybach intensywności. Meta usytuowana była na podjeździe w genialnie położonym, pocztówkowym Dursztynie. Wymagający etap wszedł idealnie w nogi.

Etap III - Goryle we mgle

Ostatni już etap swój start i metę miał w Nowym Targu, kiedy przyjechałem autem na start w zasadzie byłem pewien, że tym razem solidnie zmokniemy. Pokazywały to wszelkie dostępne prognozy pogody oraz wszechobecne ciemne chmury które gęsto spowiły całą okolicę. Nie było widać ani Tatr, ani Gorców. Ruszyliśmy barwnym peletonem przez Nowy Targ aby po kilku kilometrach zrobić dwuminutowy postój i ruszyć już startem ostrym. Po dwóch dniach ścigania poczułem się już lepiej, nogi zaczęły fajniej kręcić. To wciąż nie było oczywiście to co powinno być, ale od razu głowa zaczęła inaczej pracować. Tym razem pożałowałem ustawienia z tyłu, bo dopiero co zaczęliśmy jechać solidnym tempem, a już ktoś puścił koło i porwał w ten sposób grupę. Trasa na tym odcinku była pofałdowana i mocno techniczna, sporo zakrętów 90 stopni. W zasadzie nie było już szans na jazdę z najlepszymi, a tak szybkie zgubienie czołówki oznaczało dużą stratę. No nic, i tak nie chciałem się ścigać, więc kolejny dzień solidnego treningu nie zrobi mi większej różnicy. Tym razem trasa miała być łatwiejsza, ale z przebiegu rundy stwierdzam, że wcale tak nie było. Na szczycie pierwszego większego podjazdu wjechaliśmy grupką we mgle, czułem się tu całkiem dobrze. Problemy zaczęły się dalej, bo teraz trzeba było zjechać, a zrobiło się mokro i była wspomniana mgła.

 

Ja trasy za bardzo nie znałem, musiałem posiłkować się Garminem, że zobaczyć czy zbliżają się jakieś zakręty, czy też nie. Odpuściłem tu jazdę w grupie i leciałem na solo, na podjazdach dokręcałem, na zjazdach jechałem bardzo ostrożnie. Runda bardzo mi się podobała, nie było nudy, na każdej trzy podjazdy o różnym stopniu trudności, zjazdy i trochę płaskiego. Raczej wąsko i raczej boczne drogi ale to w sumie było na plus, bo jak jechaliśmy kawałek główną drogą i akurat skończyła się msza w pobliskim kościele, wyjechała cała masa samochodów i zrobiło się po prostu niebezpiecznie.


Było bardzo fajnie, na podjazdach odjeżdżałem, potem na bardziej zajazdowo-płaskim odcinku byłem doganiany, aby za chwilę znów odjeżdżać na podjeździe, taki fajny rollercoaster. Końcówka to już szalona jazda w dół tak aby mimo wszystko przyjechać przed naszą grupką.
Trochę nieporozumieniem była lokalizacja mety gdzieś w lesie na wąskiej ścieżce rowerowej ale wiem, że organizator nie miał innego wyjścia - na sprint z grupy to tam miejsca nie było. Na szczęście dla mnie nie miało to znaczenia.
Warto tu również wspomnieć, że dojazd z mety do miasteczka startowego, który miał kilka ładnych kilometrów był doskonale oznaczony strzałkami i po prostu nie było możliwości żeby się gdzieś zgubić.


W ten sposób moja przygoda z Nowy Targ Road Challenge dobiegła końca, zadowolony, z koszulką finishera i medalem na szyi wróciłem do domu. Jak się okazało już kilka dni po powrocie na niziny, potraktowanie wyścigu treningowo było strzałem w dziesiątkę. Zacząłem czuć się znacznie lepiej, odzyskałem radość z jazdy i wygląda to w miarę optymistycznie na dalszą cześć sezonu. Z niesamowitą ekipą Tatra Cycling Events spotkam się po raz kolejny już we wrześniu, podczas Tatra Road Race, gdzie zdecydowanie zamierzam  powalczyć o dobry wynik i przejechanie wyścigu "na świadka' nie będzie mnie interesowało.

Dlaczego uważam, że ekipa Tatra Cycling Events jest niesamowita. Ciężko opisać to w kilku słowach, najlepiej przekonać się na własnej skórze we wrześniu w Zakopanem. Możecie mi wierzyć, że organizacja wyścigów stoi na najwyższym poziomie i poczujecie się jak długo wyczekiwani goście, dla których przygotowane są najlepsze możliwe atrakcje.



Nowy Targ Road Challenge, czyli 3 dni z Tatrami w tle

Wyobraź sobie taką sytuację, piękna pogoda, masz w nogach 100 kilometrów górskiego ścigania, zaczynasz ostatni podjazd, masz już wszystkiego dość, bomba mocno się już do Ciebie dobija i kiedy już masz wszystkiego dość, zza wzgórza wyłania się piękny widok na Tatry, a za zakrętem muzykę gra prawdziwa górska kapela. Nie - to nie jest fatamorgana, to meta wyścigu Nowy Targ Road Challenge.


Jedyna w swoim rodzaju, górska, szosowa etapówka dla amatorów to prawdziwa gratka zarówno dla zaawansowanych zawodników, jak i wszystkich miłośników kolarstwa. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Co roku do Nowego Targu zjeżdża się śmietanka amatorskiego peletonu aby sprawdzić nogę na bardzo wymagających trasach. Podczas trzech dni dostajemy cały przekrój kolarstwa szosowego w pigułce, jest jazda indywidualna na czas, etap stricte górski z metą na podjeździe oraz typowy klasyczny etap zakończony sprinterskim finiszem. Tutaj nie wygrywa nikt przypadkowy.


Wspomniałem o zróżnicowanych trasach, pora więc przyjrzeć się bliżej co w tym roku przygotował dla nas organizator. W kategoriach M2, M3, M4 i M5, na śmiałków czeka soczyste 239km i 4500m przewyższenia. Dla kobiet oraz kategorii M60 organizator był trochę łaskawszy i tu trzeba będzie pokonać 165 kilometrów z przewyższeniem 3100m.

Na miły początek bolesnego weekendu przewidziano czasówkę typu uphill w Ochotnicy. Tego wariantu trasy osobiście nie znam ale z tego co pokazuje Strava będzie się działo, bo chwilami będzie to walka z nachyleniem rzędu 18%. Taka sztajfa na zakończenie jazdy na czas, gdzie każdy jedzie przecież na 100% będzie niezłą wisienką na torcie. Możecie mi wierzyć, że te 12 kilometrów zapamiętacie na długo ;)


Dzień później coś dla górali, czyli mnóstwo ciekawych podjazdów i meta na szczycie, dla kategorii M2-M5 wygląda to tak, natomiast dla kobiet oraz M6 tak.

Kiedy nogi już będą miały dość, na deser, trzeciego dnia, czeka trasa nie mniej ciekawa niż dzień wcześniej. Znowu na śmiałków będzie czekał piękny zestaw podjazdów, z tą różnicą, że tym razem zwycięzca zostanie wyłoniony na płaskim finiszu w Nowym Targu. Jak kształtuje się trasa dla kategorii M2-M5 można podejrzeć tutaj, natomiast kobiety oraz M6 pojada tak.

Nie trzeba znać okolicy wyścigu żeby wiedzieć, że trasa jest typowo górska, długości i przewyższenia mówią jasno - będzie co jechać i będzie bolało. Ale w amatorskim kolarstwie chyba o to chodzi żeby bolało :)



O najwyższy poziom organizacyjny możecie być spokojni, o imprezach organizowanych przez Tatra Cycling Events krążą już legendy, a o profesjonalności tej ekipy przekonuje się każdy kto staje na starcie Tatra Road Race, Nowego Targu, czy innego wyścigu ze stajni tej świetnej ekipy.

Jeśli więc chcesz się konkretnie zmęczyć, pooglądać fajne widoki, pościgać się z takimi samymi zapaleńcami jak Ty i skosztować uroków ścigania etapowego dzień po dniu, nie może Cię zabraknąć na starcie Nowy Targ Road Challenge 2021, a to już niedługo bo w dniach 16-18.07.2021.


Na koniec warto dodać, że wyścig w Nowym Targu zalicza się dodatkowo do cyklu TCE Classic Race, w skład którego wchodzi 6 wyścigów:
- Molo Osiek Race 12.06
- Marathon Tatry Race 26.06
- Nowy Targ Road Challenge (2 i 3 etap)
- Tatra Road Race 11.09
- Europa Starachowice Race 25.09

Aby być klasyfikowanym w generalce cyklu należy zaliczyć przynajmniej 4 starty, w tym obowiązkowy w Starachowicach. Będą nagrody, koszulki liderów i cała otoczka znana z wyścigów zawodowców. Więcej informacji na stronie organizatora cyklu.

Karbonowa deska czy wygodne siodełko ?

Od dłuższego czasu, kiedy to zupełnie przypadkiem zauważyłem u jednego z moich znajomych gołe, całkowicie karbonowe siodełko, miałem wielka ochotę przetestować takie rozwiązanie. Z pomocą przyszedł sklep rowerowy Rowertour.com, który zaproponował mi testy siodełka karbonowego SA-K01, oczywiście zgodziłem się od razu i z wypiekami na twarzy czekałem, aż moje cztery litery będą mogły sprawdzić jak się na tym jeździ.

Na pierwszy rzut oka to po prostu nie może być wygodne i bardziej myślisz, że będziesz się czuł jak Tyler Hamilton, który przed Tour de France był tak wycieniowany, że nie mógł nawet chwili usiedzieć na drewnianym krześle, o czym wspomina w swojej książce "Wyścig Tajemnic".
No ale ja jestem z tych, którzy swoje zdanie ustalają dopiero, kiedy sami sprawdzą jak to rzeczywiście wygląda. A jak wygląda i się sprawuje ? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dalszej części tekstu.


Oślepiony

fot. https://www.trekbikes.com

Mamy październik, dzień coraz krótszy, za chwilę - po zmianie czasu na zimowy - czas kiedy można pokręcić przy świetle słonecznym skróci się już do maksimum.
Nie jest to tekst zachęcający do jazdy z oświetleniem, patrząc na to co się dzieje ostatnio, świadomość z tym związana, poszła bardzo mocno w górę i widok rowerów z lampkami nawet w dzień nikogo już nie dziwi. Nie muszę więc nikogo chyba zachęcać - to po prostu kwestia naszego bezpieczeństwa.

Ale...

Rower przykuty kajdanami

Nigdy wcześniej nie myślałem nawet o takich przedmiotach jak zapięcie rowerowe. Jak każdy szanujący się szosowiec, trzymam moje ukochane dwa kółka bezpiecznie w domu, a na treningach nawet jak się zatrzymuję, to nie spuszczam mojego Ridleya z oczu nawet na moment.


Jednak w ostatnim czasie, coraz częściej wybieram się na rodzinne wycieczki z moim synem, a jak wiadomo takie wyprawy to częste postoje aby odpocząć lub aby po prostu zjeść jakieś lody, czy wypić chłodny napój w gorący dzień.
W takiej sytuacji czasem trzeba gdzieś ten rower zostawić, a jak już go zostawiamy to chcielibyśmy aby był bezpieczny.
Pomyślałem więc, że warto mieć w swojej rowerowej kolekcji zapięcie rowerowe. Na rynku jest cała masa różnego rodzaju tego typu zabezpieczeń, w bardzo zróżnicowanych cenach.
Tak się złożyło, że zupełnym przypadkiem, dostałem propozycję przetestowania zapięcia renomowanej firmy Abus, dokładniej modelu U-Lock GRANIT XPlus™540 .

Wcześniej firma ta kojarzyła mi się w zasadzie głównie z kaskami rowerowymi co oczywiście jest ogromnym błędem, bo kaski produkuje od całkiem niedawna, natomiast już od bardzo dłuższego czasu znana jest z produkcji różnego rodzaju zamków i bardzo złożonych, kompleksowych zabezpieczeń. Patrząc na gamę dostępnych produktów można powiedzieć wprost, że Abus - Bezpieczeństwo.

W kapliczce Ridleya

To będzie tekst o miejscu, a w zasadzie o człowieku.
O człowieku pełnym pasji, który stworzył miejsce niezwykłe.
O człowieku, o którym kiedyś napisałem, że zamiast krwi, w jego żyłach płynie smar rowerowy, a zamiast organów wewnętrznych ma dobrze poskładane zębatki.
To będzie tekst o Andrzeju i jego dziecku - sklepie Bike4Race.



Z góry uprzedzam, nie jest to żaden tekst sponsorowany, za poniższe nie otrzymałem nawet złotówki, ba - za moją długą wizytę w tym niezwykłym serwisie, gdzie składaliśmy moją nowa maszynę, normalnie zapłaciłem, bo uważam że za uczciwą pracę należy się uczciwe wynagrodzenie.

Andrzeja znam od wielu lat, to tutaj kupiłem mojego pierwszego Ridleya Helium. Kiedy więc postanowiłem zmienić rower na nowy sprzęt, tym razem bardziej aero, wybór mógł paść tylko ponownie na Ridleya, tym razem model Noah SL. O samym rowerze będzie jednak inny wpis, tutaj chciałbym się skupić na czymś innym...

Kask XLC BH-C23

Z roku na rok jest coraz niebezpieczniej na naszych drogach, wyjeżdżając na trening zastanawiamy się czy skończymy go w pełni zdrowi, czy przypadkiem nie zaliczymy jakiejś kraksy z samochodem. Niebezpieczne, a wręcz agresywne zachowania kierowców szczególnie nasiliły się w tym roku i nie jest to tylko moja obserwacja, potwierdzi wam to w zasadzie każdy, kto próbuje w naszym pięknym kraju trenować kolarstwo szosowe. Nie napawa też optymizmem ilość kolizji z udziałem rowerzystów - tu statystyki są wręcz zatrważające.
W takich czasach, tym bardziej ważne staje się zadbanie o nasze bezpieczeństwo, takie rzeczy jak kask rowerowy, czy oświetlenie powinny być dla nas priorytetem. Można oszczędzać na wielu rzeczach, ale na zdrowiu i bezpieczeństwie nie powinniśmy tego robić.

Jako, że ja na rower nigdy nie wsiadam bez kasku, to trochę już tych kolarskich nakryć głowy na sobie miałem. Obecnie mamy do dyspozycji bardzo szeroki asortyment tej części garderoby. Można wybrać wycieniowany kask, który sprawdzi się idealnie w górach, można bardziej masywny ale o lepszych właściwościach aerodynamicznych, w zasadzie wybór jest ogromny i każdy znajdzie coś dla siebie, w odpowiedniej półce cenowej. O pokaźnym wachlarzu wersji kolorystycznych i całej gamy różnego rodzaju designu nie wspominam.
Całkiem niedawno stałem się właścicielem nowego kasku, nie znanej mi do tej pory, firmy XLC. Dokładnie chodzi o szosowy model XLC BH C23, któremu będzie poświęcony właśnie ten tekst.

Z testami kasków jest jeden zasadniczy problem. Z uwagi na fakt, iż jego najważniejszą cechą jest ochrona naszej głowy, a co za tym idzie naszego zdrowia, a czasem wręcz życia, aby ostatecznie polecić kask, musielibyśmy zaliczyć wypadek. Dopiero wtedy przekonamy się bowiem, czy kask spełnił swoją rolę właściwie i skutecznie. Na szczęście producenci wnikliwie badają swoje produkty i na tej podstawie otrzymują odpowiednie certyfikaty,  które są pewnego rodzaju zapewnieniem, że w razie wypadku, będziemy odpowiednio chronieni.

Kolarski rachunek sumienia


Ostatnimi czasy, bardzo z resztą słusznie, rozgorzała ostra dyskusja na temat bezpieczeństwa rowerzystów na drogach. Kolejne tragiczne wypadki z udziałem kolarzy dają do myślenia. Wychodząc na trening, gdzieś tam z tyłu głowy, pojawia się myśl, czy aby na pewno wrócę do domu cały i zdrowy.
Jeżdżę na rowerze, nazwijmy to - bardziej profesjonalnie, już w sumie kilkanaście lat i to co widać gołym okiem, to fakt iż praktycznie z każdym kolejnym sezonem jest coraz gorzej. Kiedy wracam pamięcią , powiedzmy te 10 lat wstecz, to na serio nie przypominam sobie takiej agresji i braku wzajemnego szacunku na drogach. Czułem się wtedy na szosie dużo bezpieczniej.
Jak to możliwe, skoro infrastruktura rowerowa dopiero raczkowała, a szosy były w dużo gorszym stanie ?

Vinci Wheels i niech Was koła poniosą...

Od dawna wiadomo, że oprócz ramy i dobrze działającego osprzętu, główna część w rowerze, która odpowiedzialna jest za odczucia jazdy, to koła. Wiadomo też, że jeśli decydujemy się na ulepszanie sprzętu, inwestycja w szybkie karbonowe koła z wysokim stożkiem, to zdecydowanie najlepszy sposób na szybki skok jakościowy.
Tego typu kół jest na rynku cała masa, jedne potrafią kosztować tyle co samochód, kiedy jednocześnie, inne - będą dostępne na kieszeń przeciętnego kolarza amatora w Polsce.


Dzięki uprzejmości firmy Vinci Wheels, mogłem sprawdzić w boju koła z ich nowej kolekcji na rok 2020. W zasadzie mogę mówić o sporym szczęściu, bo testowałem je w marcu przez trzy tygodnie, a w momencie kiedy je odsyłałem, weszły w Polsce obostrzenia co do jazdy rowerem i w zasadzie dalsze testy były już wykluczone.


Wybrałem koła na hamulce szczękowe i oponkę, jako że chciałem zobaczyć jak sprawują się najbardziej uniwersalne rozwiązania u tego producenta. Koła szytkowe są lżejsze, same szytki moim zdaniem lepiej niosą, jednak użytkowanie ich podczas codziennej jazdy treningowej to spore ryzyko.
Wziąłem więc na tapetę dokładnie model Vinci Rapid 50mm rim brake.

Can You introduce me as Joker ?


Już od dłuższego czasu planowałem zrobić sobie blogowe ciuszki na rower. Jednak taki już jestem, że kompletnie nie zadowalał mnie pomysł zwykłego kompletu z logo Trzymaj Koło, jakimiś napisami itd... To musiało być coś extra, coś co będzie robić wrażenie pomysłem i wykonaniem.
Znalazłem już nawet firmę, z którą postanowiłem podjąć tego typu współpracę. Po bardzo dokładnym przetestowaniu produktów, które opisałem m.in. w tym wpisie, postawiłem na Volveno.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze jednak, że chyba nie mogłem lepiej trafić... Ale o tym za chwilę...


Jeszcze za dzieciaka obejrzałem film "Batman" - ten z niezapomnianą rolą Jacka Nickolsona jako charyzmatycznego Jokera. No i wtedy się zaczęło, z początku delikatna fascynacja, przerodziła się w połykanie komiksów o człowieku-nietoperzu, natomiast Joker stał się moim ulubionym czarnym charakterem. Potem wiadomo, okres dojrzewania się skończył, to i komiksy odeszły w delikatne zapomnienie. Dopiero genialne role Heatha Ledgera oraz Joaquina Phoenixa przypomniały mi moją fascynację sylwetką Jokera.
No i tak się złożyło, że właśnie rozmyślałem co by tu wymyślić aby mój strój był rowerowy był czymś wyjątkowym, kiedy to obejrzałem w kinie najnowszego Jokera. No i stało się - eureka - moje nowe ciuchy będą w tematyce Księcia Ciemności - nie ma innej opcji ;) Słowo się rzekło, teraz trzeba było ten oryginalny plan wdrożyć w życie.