Rower przykuty kajdanami

Nigdy wcześniej nie myślałem nawet o takich przedmiotach jak zapięcie rowerowe. Jak każdy szanujący się szosowiec, trzymam moje ukochane dwa kółka bezpiecznie w domu, a na treningach nawet jak się zatrzymuję, to nie spuszczam mojego Ridleya z oczu nawet na moment.


Jednak w ostatnim czasie, coraz częściej wybieram się na rodzinne wycieczki z moim synem, a jak wiadomo takie wyprawy to częste postoje aby odpocząć lub aby po prostu zjeść jakieś lody, czy wypić chłodny napój w gorący dzień.
W takiej sytuacji czasem trzeba gdzieś ten rower zostawić, a jak już go zostawiamy to chcielibyśmy aby był bezpieczny.
Pomyślałem więc, że warto mieć w swojej rowerowej kolekcji zapięcie rowerowe. Na rynku jest cała masa różnego rodzaju tego typu zabezpieczeń, w bardzo zróżnicowanych cenach.
Tak się złożyło, że zupełnym przypadkiem, dostałem propozycję przetestowania zapięcia renomowanej firmy Abus, dokładniej modelu U-Lock GRANIT XPlus™540 .

Wcześniej firma ta kojarzyła mi się w zasadzie głównie z kaskami rowerowymi co oczywiście jest ogromnym błędem, bo kaski produkuje od całkiem niedawna, natomiast już od bardzo dłuższego czasu znana jest z produkcji różnego rodzaju zamków i bardzo złożonych, kompleksowych zabezpieczeń. Patrząc na gamę dostępnych produktów można powiedzieć wprost, że Abus - Bezpieczeństwo.

W kapliczce Ridleya

To będzie tekst o miejscu, a w zasadzie o człowieku.
O człowieku pełnym pasji, który stworzył miejsce niezwykłe.
O człowieku, o którym kiedyś napisałem, że zamiast krwi, w jego żyłach płynie smar rowerowy, a zamiast organów wewnętrznych ma dobrze poskładane zębatki.
To będzie tekst o Andrzeju i jego dziecku - sklepie Bike4Race.



Z góry uprzedzam, nie jest to żaden tekst sponsorowany, za poniższe nie otrzymałem nawet złotówki, ba - za moją długą wizytę w tym niezwykłym serwisie, gdzie składaliśmy moją nowa maszynę, normalnie zapłaciłem, bo uważam że za uczciwą pracę należy się uczciwe wynagrodzenie.

Andrzeja znam od wielu lat, to tutaj kupiłem mojego pierwszego Ridleya Helium. Kiedy więc postanowiłem zmienić rower na nowy sprzęt, tym razem bardziej aero, wybór mógł paść tylko ponownie na Ridleya, tym razem model Noah SL. O samym rowerze będzie jednak inny wpis, tutaj chciałbym się skupić na czymś innym...

Kask XLC BH-C23

Z roku na rok jest coraz niebezpieczniej na naszych drogach, wyjeżdżając na trening zastanawiamy się czy skończymy go w pełni zdrowi, czy przypadkiem nie zaliczymy jakiejś kraksy z samochodem. Niebezpieczne, a wręcz agresywne zachowania kierowców szczególnie nasiliły się w tym roku i nie jest to tylko moja obserwacja, potwierdzi wam to w zasadzie każdy, kto próbuje w naszym pięknym kraju trenować kolarstwo szosowe. Nie napawa też optymizmem ilość kolizji z udziałem rowerzystów - tu statystyki są wręcz zatrważające.
W takich czasach, tym bardziej ważne staje się zadbanie o nasze bezpieczeństwo, takie rzeczy jak kask rowerowy, czy oświetlenie powinny być dla nas priorytetem. Można oszczędzać na wielu rzeczach, ale na zdrowiu i bezpieczeństwie nie powinniśmy tego robić.

Jako, że ja na rower nigdy nie wsiadam bez kasku, to trochę już tych kolarskich nakryć głowy na sobie miałem. Obecnie mamy do dyspozycji bardzo szeroki asortyment tej części garderoby. Można wybrać wycieniowany kask, który sprawdzi się idealnie w górach, można bardziej masywny ale o lepszych właściwościach aerodynamicznych, w zasadzie wybór jest ogromny i każdy znajdzie coś dla siebie, w odpowiedniej półce cenowej. O pokaźnym wachlarzu wersji kolorystycznych i całej gamy różnego rodzaju designu nie wspominam.
Całkiem niedawno stałem się właścicielem nowego kasku, nie znanej mi do tej pory, firmy XLC. Dokładnie chodzi o szosowy model XLC BH C23, któremu będzie poświęcony właśnie ten tekst.

Z testami kasków jest jeden zasadniczy problem. Z uwagi na fakt, iż jego najważniejszą cechą jest ochrona naszej głowy, a co za tym idzie naszego zdrowia, a czasem wręcz życia, aby ostatecznie polecić kask, musielibyśmy zaliczyć wypadek. Dopiero wtedy przekonamy się bowiem, czy kask spełnił swoją rolę właściwie i skutecznie. Na szczęście producenci wnikliwie badają swoje produkty i na tej podstawie otrzymują odpowiednie certyfikaty,  które są pewnego rodzaju zapewnieniem, że w razie wypadku, będziemy odpowiednio chronieni.

Kolarski rachunek sumienia


Ostatnimi czasy, bardzo z resztą słusznie, rozgorzała ostra dyskusja na temat bezpieczeństwa rowerzystów na drogach. Kolejne tragiczne wypadki z udziałem kolarzy dają do myślenia. Wychodząc na trening, gdzieś tam z tyłu głowy, pojawia się myśl, czy aby na pewno wrócę do domu cały i zdrowy.
Jeżdżę na rowerze, nazwijmy to - bardziej profesjonalnie, już w sumie kilkanaście lat i to co widać gołym okiem, to fakt iż praktycznie z każdym kolejnym sezonem jest coraz gorzej. Kiedy wracam pamięcią , powiedzmy te 10 lat wstecz, to na serio nie przypominam sobie takiej agresji i braku wzajemnego szacunku na drogach. Czułem się wtedy na szosie dużo bezpieczniej.
Jak to możliwe, skoro infrastruktura rowerowa dopiero raczkowała, a szosy były w dużo gorszym stanie ?

Vinci Wheels i niech Was koła poniosą...

Od dawna wiadomo, że oprócz ramy i dobrze działającego osprzętu, główna część w rowerze, która odpowiedzialna jest za odczucia jazdy, to koła. Wiadomo też, że jeśli decydujemy się na ulepszanie sprzętu, inwestycja w szybkie karbonowe koła z wysokim stożkiem, to zdecydowanie najlepszy sposób na szybki skok jakościowy.
Tego typu kół jest na rynku cała masa, jedne potrafią kosztować tyle co samochód, kiedy jednocześnie, inne - będą dostępne na kieszeń przeciętnego kolarza amatora w Polsce.


Dzięki uprzejmości firmy Vinci Wheels, mogłem sprawdzić w boju koła z ich nowej kolekcji na rok 2020. W zasadzie mogę mówić o sporym szczęściu, bo testowałem je w marcu przez trzy tygodnie, a w momencie kiedy je odsyłałem, weszły w Polsce obostrzenia co do jazdy rowerem i w zasadzie dalsze testy były już wykluczone.


Wybrałem koła na hamulce szczękowe i oponkę, jako że chciałem zobaczyć jak sprawują się najbardziej uniwersalne rozwiązania u tego producenta. Koła szytkowe są lżejsze, same szytki moim zdaniem lepiej niosą, jednak użytkowanie ich podczas codziennej jazdy treningowej to spore ryzyko.
Wziąłem więc na tapetę dokładnie model Vinci Rapid 50mm rim brake.

Can You introduce me as Joker ?


Już od dłuższego czasu planowałem zrobić sobie blogowe ciuszki na rower. Jednak taki już jestem, że kompletnie nie zadowalał mnie pomysł zwykłego kompletu z logo Trzymaj Koło, jakimiś napisami itd... To musiało być coś extra, coś co będzie robić wrażenie pomysłem i wykonaniem.
Znalazłem już nawet firmę, z którą postanowiłem podjąć tego typu współpracę. Po bardzo dokładnym przetestowaniu produktów, które opisałem m.in. w tym wpisie, postawiłem na Volveno.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze jednak, że chyba nie mogłem lepiej trafić... Ale o tym za chwilę...


Jeszcze za dzieciaka obejrzałem film "Batman" - ten z niezapomnianą rolą Jacka Nickolsona jako charyzmatycznego Jokera. No i wtedy się zaczęło, z początku delikatna fascynacja, przerodziła się w połykanie komiksów o człowieku-nietoperzu, natomiast Joker stał się moim ulubionym czarnym charakterem. Potem wiadomo, okres dojrzewania się skończył, to i komiksy odeszły w delikatne zapomnienie. Dopiero genialne role Heatha Ledgera oraz Joaquina Phoenixa przypomniały mi moją fascynację sylwetką Jokera.
No i tak się złożyło, że właśnie rozmyślałem co by tu wymyślić aby mój strój był rowerowy był czymś wyjątkowym, kiedy to obejrzałem w kinie najnowszego Jokera. No i stało się - eureka - moje nowe ciuchy będą w tematyce Księcia Ciemności - nie ma innej opcji ;) Słowo się rzekło, teraz trzeba było ten oryginalny plan wdrożyć w życie.



Zwift or die...

Rower – jedno- lub wielośladowy pojazd drogowy napędzany siłą mięśni poruszających się nim osób za pomocą przekładni mechanicznej, wprawianej w ruch (najczęściej) nogami (wikipedia).

Trenażer - urządzenie, które w warunkach sztucznych umożliwia trening jakiejś sprawności. Używane do szkolenia indywidualnego lub zespołowego. Trenażer zwykle symuluje pewne cechy jakiegoś urządzenia lub warunków zewnętrznych. Jeśli jakość symulacji jest wystarczająco dokładna to trenażer jest także symulatorem (wikipedia).



Nie chcę siać afery, robić bezsensownej burzy, ale to co się dzieje ostatnio, w kontekście treningów indoor, aż się prosi o jakiś komentarz, bo chwilami nie wierzę w to co widzę i w to, co czytam.


Z góry mówię, jeśli wyścigi na Zwifcie są dla Ciebie imprezami docelowymi w całym sezonie i to na nie głównie czekasz wiosną i latem, bo rywalizacja w normalnych wyścigach na szosie Cię nie pasjonuje, to dalej nie czytaj. Dla mnie nie jesteś kolarzem szosowym, zgodnie z wcześniej przytoczoną definicją, jesteś kolarzem symulantem i wszelkie moje próby zachowania u Ciebie rozsądku spalą na panewce. Kijem rzeki nie zawrócisz...
Sprawia Ci to przyjemność, masz do tego zupełne prawo i nie neguję, życzę udanego "wirtualnego sezonu".

Jeśli jednak spodobał Ci się Zwift, dopiero zacząłeś się tam ścigać, mówiąc krótko - ostro się wciągnąłeś, ale to nadal dla Ciebie aktywność typowo zimowa, taka zapchaj dziura po sezonie i próba zrobienia formy pod sezon kolejny to zachęcam do lektury... Może się przydać.

Co to był za rok...

Mamy jesień, dzień się skraca, robi się zimno, organizm zwalnia swoje obroty. Nie ma już wyścigów, nie trzeba katować się na treningach tempówkami, interwałami i innymi ćwiczeniami...
Można na spokojnie usiąść i pomyśleć. To właśnie teraz jest idealny czas na podsumowanie minionego sezonu, zobaczenie co poszło nie tak, a co nadspodziewanie dobrze. Znalezienie swoich mocnych i słabych stron, a co za tym idzie przemyślenie, jak ułożyć trening pod kątem nowego sezonu.

Zaryzykuję stwierdzeniem, że bez solidnego podsumowania sezonu, ciężko będzie dobrze wejść w przygotowania do kolejnego, ale to już kwestia bardzo indywidualna. Ja czegoś takiego potrzebuję, co niniejszym czynię.

Po udanym roku 2018, kiedy to udało się wrócić na właściwe tory, moje apetyty dotyczące sezonu 2019 były bardzo duże. Przemyślałem sobie całe to moje kolarstwo w głowie i w końcu też trochę zmądrzałem. Po pierwsze zdałem sobie sprawę z własnych ograniczeń zdrowotnych i pogodziłem się z faktem, iż długie, ciężkie wyścigi są po prostu nie dla mnie. Jeżdżenie wbrew własnemu organizmowi nie ma większego sensu, a jest tylko dodatkowym źródłem stresu i zdenerwowania (ile to ja wyścigów przegrałem walcząc z kurczami na ostatnich kilometrach). Po drugie doszedłem do wniosku, że szykowanie konkretnego szczytu formy w amatorstwie jest bez sensu, bo zbyt dużo rzeczy jest od nas kompletnie niezależnych. Po trzecie, postanowiłem być bardziej uniwersalnym kolarzem, takim który będzie potrafił powalczyć zarówno w górach, jak i w terenie bardziej płaskim. Wreszcie po czwarte - to ma być przede wszystkim zabawa, która sprawia mi przyjemność.


Spadające Liście w Sobótce na zakończenie sezonu

Zawsze miło jeździ mi się do Sobótki, którą ze spokojem można określić jako kolarską stolicę Polski, w samym cyklu Via Dolny Śląsk, aż trzy edycje umiejscowione są właśnie u podnóży Ślęży.
Tutaj rozpocząłem tegoroczny sezon i tu przyszło mi go zakończyć, w kwietniu byłem drugi, a jak poszło mi tym razem ?


Ostatni wyścig miałem w połowie września, rywalizacja w Częstochowie kosztowała mnie sporo sił i już wtedy czułem, że forma jest już raczej szczątkowa. Zadanie aby utrzymać ją jeszcze przez ponad miesiąc, na w miarę wysokim poziomie, brzmiało więc dość absurdalnie. No ale nie byłbym sobą, gdybym tej rękawicy nie podjął.

Pogoda była bardziej niż łaskawa, temperatura w okolicy 20 stopni, piękne słońce, które oświetlało całą paletę barw, jesiennych liści na drzewach. Do tego mocny wiatr, który miotał tymi liśćmi na prawo i lewo - no ale w końcu wyścig nie bez kozery nazywa się Rundą Spadających Liści.
W tym roku zmieniono trochę trasę i moim zdaniem, dzięki temu, nabrała jeszcze bardziej dynamicznego charakteru. Okoliczne pagórki wraz ze wspomnianym wiatrem stworzyły idealną arenę do zmagań kolarzy amatorów z całego kraju.


Startowałem standardowo na krótkim dystansie, do pokonania było 40 szybkich kilometrów i dobrze mi znani rywale, z którymi zdążyliśmy się dość dobrze poznać podczas dotychczasowych edycji Via Dolny Śląsk (dzięki Panowie za te wspólne wyścigi i rywalizację w duchu fair play).
Do dobrego wyniku w generalce brakowało mi jednego startu, po moich obliczeniach wychodziło, że w miarę udany występ uplasuje mnie ostatecznie na 5 miejscu w całym cyklu (szansę na podium straciłem podczas pechowej końcówki na Koronie Kocich Gór).


Wybiła godzina 11:00 i zwartym peletonikiem ruszyliśmy na trasę. Każda runda to podjazd w Strzegomianach, wkurzający odcinek prosty centralnie pod wiatr, charakterystyczna S-ka w Księgnicach Małych, trochę dziurawego asfaltu, szybki dojazd do Sobótki i finałowy podjazd ulicą Garncarską aż do mety przy hotelu Sobotel...

Matko Bosko Częstochowsko, czyli ogień pod Jasną Górą

Nie planowałem w tym roku wizyty na Częstochowa Trek Race z cyklu Road Tour, raz że mam dość daleko do tego słynnego miasta, dwa że trasa bardziej odpowiada klasykowcom, a finisz jest już typowo sprinterski.
Ale, im bliżej było września, im więcej czytałem informacji o tym wyścigu, tym bardziej miałem ochotę wziąć w nim udział. Już nawet nie myśląc o super wyniku, bardziej żeby po prostu uczestniczyć w fajnej imprezie, która zapowiadała się prawdziwym kolarskim świętem.
Obejrzałem filmik z ubiegłorocznego startu, przeanalizowałem dokładniej trasę, pooglądałem zdjęcia i padła decyzja - jadę !

Plan trochę szalony, bo ostatecznie z domu wyjechałem o 5:30, a wróciłem po 23:00 ale zdecydowanie decyzji nie żałuję i chętnie powtórzę to w przyszłym roku... Przejdźmy jednak do meritum.

Droga z Zielonej Góry przebiegła bardzo gładko, co jak co, ale dojazd do Częstochowy mam dobry, w zasadzie całość ekspresówką i autostradami, dzięki czemu na miejscu jestem z Bartkiem około 10:30, czyli solidne 1,5h przed startem). Biuro zawodów i start w samym centrum miasta, na Placu Biegańskiego, przy głównej alei prowadzącej bezpośrednio pod słynne Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej. Już wtedy jest kolorowo od całej masy kolarzy, kolejka do biura zawodów wije się jak kultowy wąż na Nokii 3310 w dawnych czasach. Miasteczko startowe robi wrażenie, w szczególności stoisko Treka z Fabryki Rowerów - nowe Madonki za miliony monet wiszą sobie swobodnie na stojakach i kuszą swoja krwistą czerwienią aby wydrenować do zera konta swoich potencjalnych nabywców.

Pobieramy numery, spotykamy się z resztą BodyiCoach Cycling Team, gadamy ze znajomymi, po czym następuje już standardowa rutyna przedstartowa i ustawianie w sektorach. Jestem mocno zszokowany frekwencją, na krótszym dystansie, który wybrałem, stawiło się grubo ponad 200 zawodników. Aby od początku nie było nerwówki, sprytem udaje mi się stanąć w pierwszym rzędzie. Rozgrzewki w zasadzie nie robiłem, bo też czekał nas dość długi start honorowy.

Zanim przejdę do opisu rywalizacji, kilka słów o trasie. Nie nastawiałem się na super wynik, bo wiedziałem, że pomimo, iż na trasie są podjazdy, to jednak są to raczej niedługie hopki charakterystyczne dla Jury Krakowsko-Częstochowskiej, w dodatku wszystko kończyło się długim, zupełnie płaskim finiszem, który miał być dodatkowo pod wiatr. Jednak w ostatniej chwili organizator zmienił miejsce mety na fajny podjazd poza Częstochową i już wtedy zacząłem trochę odważniej myśleć o dobrym wyniku ;) Do przejechania mieliśmy 56 kilometrów i niespełna 700 metrów przewyższenia trasy, której kompletnie nie znałem (trochę tylko liznąłem jej zapoznania dzięki filmikowi z ubiegłorocznej rywalizacji na YouTube). Trasa wyglądała na bardzo techniczną i wąską, a to w połączeniu z bardzo silnym wiatrem, który wiał tego dnia u stóp Jasnej Góry mogło dać wybuchową mieszankę.