Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etapówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etapówka. Pokaż wszystkie posty

W cieniu Tatr i Gorców, czyli Nowy Targ Road Challenge 2021


Od kilku lat zawsze chciałem wystartować w etapówce Nowy Targ Road Challenge, nigdy nie było mi po drodze z terminem tego wyścigu, aż wreszcie w tym roku wszystko mi się ładnie zgrało i coroczny urlop w Bukowinie Tatrzańskiej udało się połączyć z tą imprezą.

Fajne trasy, malownicza okolica, niezwykle mocna obsada i doskonała organizacja to cechy wyróżniające tą etapówkę. Nie jest to łatwy wyścig, z uwagi na całą śmietankę amatorskiego peletonu, niezwykle trudno tu o dobry wynik. Trzeba mieć wyśmienitą formę i być po prostu bardzo mocnym zawodnikiem.

Niestety, im bliżej lipca tego roku, tym większe miałem kłopoty ze zdrowiem i z moją formą. W zasadzie już po przyjeździe w góry wiedziałem, że będzie bardzo ciężko. Wtedy też postanowiłem, że cofnę się kilka lat wstecz i start potraktuję mocno treningowo. Dlaczego kilka lat wstecz ? Ano dlatego, że kiedyś startowało się na takiej Pętli Beskidzkiej, gdzieś zupełnie z tyłu peletonu i bardziej walczyło się o ukończenie wyścigu niż o sam wynik. Muszę powiedzieć, że to były fajne czasy, człowiek się tak nie stresował, nie było presji wyniku, była tylko radość z jazdy.

Road Trophy 2015

Road Trophy... te dwa słowa rozpalają wyobraźnię wielu amatorów szosy w naszym kraju. 3 dni, 4 etapy, mordercze ścianki Beskidów, doborowe towarzystwo.


Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem o tej imprezie, wtedy zdecydowanie twierdziłem że nie jestem gotowy na takie wyzwanie, potem - 3 lata temu - pojawiłem się na starcie pierwszy raz, z założeniem "co ma być to będzie". No i było ekstra - odbiegając od wyniku sportowego - ten wyścig ma w sobie rodzaj narkotyku, jeśli raz spróbujesz, to ciężko się będzie potem bez tego obyć ;)

W ten sposób było to moje trzecie Trophy z rzędu i pomimo iż często na podjazdach pod koniec etapów przerzucałem przez głowę więcej przekleństw niż w filmie Psy, to już wiem, że za rok też będę chciał tu przyjechać, stanąć na starcie i wykrzesać z siebie wszelkie pokłady mocy jakie będę miał.


Ale do rzeczy... Taki wyścig zasługuje na obszerną relację, tak więc zapraszam do lektury ;)

Etap I

Od początku wiedziałem, że dla mnie będzie to Trophy wyjątkowo ciężkie, wszystko za sprawą temperatury. Niestety mam pewne ograniczenia związane z chorobą i na upałach ponad 30-stopniowych, męczę się na rowerze jak Thomas Voeckler pod Alpe d'Huez ;)


Jednak nie było co narzekać, wziąłem się w garść i pomimo tej przeciwności, w piątek stanąłem na starcie czasówki górskiej typu uphill na Pietraszonkę. Nie będę ściemniał, kto mnie zna te wie, że tego typu próby to mój konik i cel tu był jasny - pierwsza trójka OPEN.
W tym roku organizator trochę zmodyfikował trasę, dodał dość długi odcinek z dużo mniejszym nachyleniem dzieląc trasę na dwie równe części - łatwą i hardcorową.
Od początku narzuciłem sobie mocne tempo ale jednak z rezerwą, wiedziałem że jeśli gdzieś mam sporo zyskać to w drugiej części. Tak też się stało, kiedy nachylenie zaczęło przypominać o grawitacji, dostałem wiatru w żagle.
Czasówka minęła mi bardzo szybko, na mecie wiedziałem że jest dobrze. Ostatecznie przyjechałem 3 OPEN i 2 w kategorii B. Pierwsze miejsce było jedyne 7 sekund przede mną - można było to spokojnie urwać ale mądry Polak po szkodzie ;) Tak czy inaczej byłem zadowolony...



Etap II

Najbardziej charakterystyczny dzień Road Trophy to właśnie piątek. Rano mamy czasówkę, a popołudniu dość krótki ale bardzo ciężki etap. Jest to dość ciekawy bodziec dla organizmu, w zeszłym roku na przykład czasówkę pojechałem za mocno i potem na etapie po prostu mnie odcięło, tym razem miało być inaczej... Większe doświadczenie ma znaczenie ;)


Wszyscy ładnie stanęliśmy na starcie, dookoła same znajome twarze, atmosfera bardzo sympatyczna, luźne gadki itd. Gdy Wiesiek dał sygnał do startu wszyscy zgodnie ruszamy. Nie wiem tylko czemu, gdy po kilkuset metrach trasa skręcała w prawo, albo raczej w górę pod słynne Zapasieki, ta miła atmosfera zamieniła się w walkę na maksa. Gdybyśmy to oglądali z jakiegoś drona to pewnie wyglądało to jak spokojne skupisko psiaków nad miską, gdzie nagle ktoś wrzucił petardę.
Poszedł piękny zaciąg, bez żadnej kalkulacji, bez żadnego oszczędzania nogi, każdy wrzucił to co ma pod nogą i takim przemiłym tempem wjechaliśmy pierwszy podjazd.
Oczywiście nie było mowy o zaczerpnięciu głębokiego oddechu, bo już po chwili pędziliśmy jak psy gończe po niebezpiecznym, bardzo krętym i wąskim zjeździe.
Na dole szybkie spojrzenie po czołówce, było nas 10 osób, idealnie do wspólnej pracy.
Kolejny podjazd na rundzie zaczynał się już po chwili, nie był trak ciężki jak Zapasieki ale można było poczuć ból.
Potem jeszcze długi odcinek raczej płaski i tak na dobicie mięśni - piękna sztajfa już na linię mety.


To wszystko trzeba było powtórzyć cztery razy - nie ma lekko.
Na drugiej rundzie na solo odjechał Adam Koryczan, który ostatecznie wygrał ten odcinek umacniając się na pierwszym miejscu w generalce OPEN.
My w miarę zgodnie współpracowaliśmy i jak już myślałem o finiszowych metrach dopadły mnie kurcze na ostatnim dłuższym podjeździe. Niestety musiałem odpuścić czołówkę na paręset metrów i jechać już samemu płaski odcinek.
Strata w sumie niewielka urosła już do konkretnej na tej ostatniej ścianie na metę, gdzie niestety kurcze zwaliły mnie z roweru i musiałem przez metę przechodzić z buta... cóż na upokorzenie :/

Tragedii nie było - 4 miejsce w kategorii B na etapie i w generalce.

Etap III

Bałem się tego dnia jak małe dziecko dentysty, prognozy pogody były nieubłagane - pełne słońce, żar z nieba, temperatury ponad 30 stopni i prawie 140 kilometrów. Wiedziałem, że dla mnie taka mieszanka może okazać się zabójcza, szczególnie że start był dopiero o godzinie 11:00.
Już kiedy zaraz po starcie podjeżdżaliśmy pod słynny Koczy Zamek czułem, że pot leje się ze mnie strumieniami, nie jechaliśmy jakimś totalnie zabójczym tempem ale przejażdżka to również nie była.


Po Koczym przyszła pora na długi i szybki zjazd do Milówki, nagle przed słynnym odcinkiem paskudnej kostki jakieś kilka metrów przede mną ktoś hamuje, blokuje przednie koło i robi fikołka do przodu przy prędkości około 70 km/h, kasując przy okazji drugiego kolarza.
Mijam tą kraksę na centymetry, wyglądało to koszmarnie ale podobno skończyło się "tylko" złamanym obojczykiem.


Potem w zasadzie bez przygód, wszystko się zjeżdża i w dużej grupie podjeżdżamy pod Przełęcz Glinne, motocykle podają nam wodę, Pani Fotograf cyka piękne fotki. Generalnie sielanka, gdyby nie fakt, że męczymy się na rowerach ;)
Podjazd nie był bardzo trudny więc niedługo później, prawie identyczna grupa zaczyna zmagać się z płaskim odcinkiem położonym na Słowacji. Na szczęście mamy dużą grupę, więc nie męczymy się aż tak okrutnie jak byłoby to w pojedynkę. W międzyczasie poszedł odjazd - Adam Koryczan i Sven Hayen jechali w duecie i tak dojechali też do mety...



Na jedynym większym podjeździe u naszych południowych sąsiadów spotykamy Petera Sagana, już wiem gdzie trenuje swoje doskonałe umiejętności zjazdowe ;) Niestety nie pogadaliśmy, bo załatwiał akurat swoje potrzeby fizjologiczne - pewnie zjadł za dużo arbuzów na naszym bufecie :P


Liczebność naszej grupy zmienia się dopiero na jakieś 30 kilometrów przed metą. Każdy kto sobie mówił, że to jest fajny etap i daje odpocząć wreszcie od tych wszystkich ścianek, zmienił kategorycznie zdanie właśnie na tych ostatnich 30 kilometrach.
To była istna rzeź, do mety same konkretne ściany przeplatane zjazdami. Ja już czułem, że jak tu zacznę kozaczyć to mogę skończyć z mega bombą i postanowiłem pojechać ta końcówkę swoim spokojniejszym tempem.
Myślę, że to była dobra decyzja, bo pomimo dużej straty w generalce jakoś dojechałem i zostawiłem sobie sporo sił na dzień kolejny...



Ostatecznie 9 miejsce na etapie i 6 w generalce.

Etap IV

Kiedy zobaczyłem na ICM, że w niedzielę temperatura ma spaść i na starcie będzie te przyjemne 20 stopni to już wiedziałem, że pojadę tak mocno jak się uda. Cele były dwa - podium etapowe oraz wskoczenie na czwarte miejsce w generalce. Do odrobienia były grube minuty więc w zasadzie już na pierwszym podjeździe pod Koczy Zamek wziąłem sprawy w swoje ręce i na pierwszym stromym odcinku narzuciłem swoje tempo. Nie kalkulowałem, jechałem mocno. Koledzy z czołówki wyścigu podchwycili temat i dzięki temu na szczycie wjechaliśmy w ośmioosobowej grupce.

Nadawanie tempa na Koczy Zamek
Nadawanie tempa na Koczy Zamek
Nadawanie tempa na Koczy Zamek
Tempo szło konkretne, trasa też nie dawała za bardzo wytchnienia, bo nawet jeśli był zjazd to trzeba było dokręcać. Na jednej ze ścianek odskoczyła trójka z kategorii A, ja nie za bardzo miałem ochotę za nimi gonić, bo w zasadzie moim celem była kategoria B, a z tej w naszej grupce kręcił tylko Belg - Sven Hayen.
Odpuściliśmy więc tą trójkę i w zasadzie do końca kręciliśmy w 5-osobowym składzie. Kolejne podjazdy i zjazdy mijały bardzo szybko, jechaliśmy dość sprawnie dobrze współpracując. Lekko nie było, bo trasa miała bardzo górski i beskidzki charakter.


Kiedy już dojechaliśmy do Istebnej czułem, że jednak zabrałem trochę za mało picia i poczułem, że zbliżają się lekkie kurcze. Pojechałem końcówkę spokojnym tempem i dowiozłem w ten sposób drugie miejsce w kategorii B.
Udało się odrobić sporo czasu, dzięki czemu w generalce przeskoczyłem na IV miejsce - wszystkie założone na ten etap cele udało się zrealizować :)


Podsumowanie

Krótko mówiąc, to był świetny wyścig, wynik sportowy na plus, chociaż wiem, że gdyby temperatury były niższe prawdopodobniej byłoby znacznie lepiej.



Na duży plus zasługuje organizacja, Wiesiek Legierski jak zwykle zrobił świetną robotę, fajna atmosfera, dobre oznakowanie tras, podawanie wody z samochodów technicznych i motorów to tylko kilka wisienek na torcie jakim było tegoroczne Road Trophy.


Torcie, który zjadłem z wielkim smakiem i na który będę czekał jak to z tortami bywa - kolejny długi rok ;)

Grupowo

Road Trophy 2014, tak to było :)

- gdzie jedziesz tym razem na wyścig ?
- w Beskidy, do Istebnej
- o, fajnie, i co, w sobotę ściganie ?
- nie nie, tym razem to trzy dni ścigania i aż 4 etapy
- Ty już do reszty zwariowałeś... chcesz się wykończyć ?

Taki dialog miałem z moją rodzinką przed wyjazdem na tegoroczne Road Trophy ;) No i faktycznie chyba trzeba mieć coś nie do końca po kolei poustawiane w głowie, żeby w długi weekend, kiedy wszyscy dookoła odpoczywają i zazwyczaj leżą do góry brzuchami, jechać 450 km w góry i codziennie przeżywać prawdziwe męki na typowych beskidzkich ściankach.


Jednak ta impreza z cyklu Dobrych Sklepów Rowerowych Road Maraton ma w sobie to coś, ten magnes, który przyciąga zapaleńców amatorskiego ścigania na szosie. Fajnie jest się raz w roku sprawdzić na imprezie etapowej, po ciężkich górach i rywalizować z innymi świrami takimi jak ja.

Tym razem wszystko zaczęło się w piątek o 11:00, kiedy to ruszyła pasjonująca rywalizacja na górskiej czasówce typu uphill. Dystans niewielki, bo tylko 3,7km, przewyższenie 240 m, niby krótko, niby nie tak strasznie, ale jak przez około 10 minut trzymasz puls ponad granicą 180 uderzeń to chyba nic więcej nie trzeba dodawać ;) Czas się dłużył, na trasie co chwilę jakieś przetasowania i ostatecznie wygrywa w OPEN wschodząca gwiazda kolarstwa – Adam Wójcik. Chyba śmiało mogę go tak nazwać i uprzedzić fakty dodając, że nie było na niego mocnych również w ostatecznej klasyfikacji generalnej.



Jednak zanim wyłoniono zwycięzcę, trzeba było się sporo najeździć po słynnych już beskidzkich sztajfach, na drugim etapie walczyliśmy z nachyleniem na pięciu rundach w Jaworzynce, na trzecim aż dwukrotnie pokonywaliśmy morderczą Kamesznicę, a na czwartym to w zasadzie ciężko zliczyć te wszystkie krótkie i długie ścianki wokół Trójstyku, bo na mapie dziwnym trafem szosy z wyścigu przecinały prostopadle poziomice. Trzeba przyznać jedno – bolało to wszystko każdego. Jedni walczyli o „generalkę”, inni o dobry wynik na wybranym etapie, jeszcze inni walczyli z samym sobą, żeby w ogóle ukończyć całe Road Trophy.


Pogoda na szczęście była łaskawa i pogodynki za szklanym ekranem racji nie miały przewidując na każdy dzień ulewne deszcze, było chłodno ale sucho, a to jest w górach najważniejsze.


Jednego jestem pewien – każdy kto pojawił się na ten długi weekend w Istebnej, nie żałuje tej decyzji i może sobie odhaczyć kolejną wspaniałą przygodę życia. Ja właśnie tak do tego podchodzę.
I na pewno pojawię się za rok, nawet jeśli Wiesiek Legierski zrobi 5 etapów więcej ;)

Road Trophy

Już niedługo, bo w długi sierpniowy weekend 15-17.08.2014, dla amatorów ścigania na szosie w Polsce, czeka kolejne kolarskie święto. Mowa oczywiście o jednej z nielicznych i zdecydowanie najcięższej etapówce w naszym kraju – Road Trophy.



Kto brał udział w tym wyścigu wcześniej ten wie, że organizator nie używa półśrodków i wyznacza trasę głównie takimi szosami, które na mapie przecinają prostopadle poziomice. Sztywne ścianki, podjazdy po betonowych płytach, karkołomne zjazdy oraz cała masa tak samo zakręconych na punkcie kolarstwa maniaków jak Ty – to wszystko czeka w Istebnej już niedługo.



Aby co roku nie było tak samo, w 2014 czeka na wszystkich śmiałków dodatkowo trudność – dotychczasowy wyścig 3-etapowy zamienia się w imprezę 4-etapową. Będzie tak za sprawą typowo górskiej czasówki – uphillu pierwszego dnia rano. To ona ustawi klasyfikację generalną, według której zawodnicy będą ustawiani w sektorze przed startem na trasę pierwszego etapu (który nota bene odbędzie się tego samego dnia).



Dokładne informacje o poszczególnych etapach dostępne są tutaj.
Regulamin i wszelkie inne ważne kwestie tradycyjnie na stronie organizatora.

Łatwo więc nie będzie ale o to chyba chodzi.
Tradycyjnie na starcie stanie śmietanka amatorskiego ścigania w Polsce ale podczas tak ciężkiego wyścigu, dla większości zawodników rywalizacja schodzi na dalszy plan i każdy kto ukończy imprezę jest zwycięzcą.



Szykuj więc nogę i już niedługo spotkamy się na starcie w Istebnej :)

Lubelska Vuelta

Juz drugi rok z rzędu Parczewska Grupa Rowerowa organizauje LUBELSKĄ VUELTĘ - wieloetapowy wyścig na szosie dla amatorów. 
W tym roku organizator przygotował cztery etapy. Imprezę otwiera PROLOG- indywidualna jazda na czas na dystansie 3,2km. Tego samego dnia jest jeszcze etap ze startu wspólnego na dystansie 74,5km. Trzeci etap to wyścig ze startu wspólnego - do przejechania 103km.


Roztrzygnięcia całej imprezy mogą jednak nastąpić w ostatnim dniu kiedy będzie rozgrywana indywidualna jazda na czas na dystansie 16,5km.

Regulamin oraz linki do map tras poszczególnych etapów na stronie: www.roadmaraton.pl. Tam też można dokonać zgłoszenia do zawodów.

Termin 20-22 czerwca 2014
Miejsce; Parczew, woj. Lubelskie

Biuro zawodów będzie czynne w dniu 20.06.2014 od godz. 8.00 do godz. 10.00. oraz każdego następnego dnia na godzinę przed startem.

Można również startować tylko na wybranych etapach VUELTY.

Wszelkich informacji  udziela główny organizator wyścigów w Parczewie Włodek Oberda, bezpośredni kontakt: wlodzimierzoberda@wp.pl

Road Trophy 2013, czyli ściganie na najwyższym poziomie

Połowa sierpnia, jak co roku, dla amatorów kolarstwa w Polsce oznaczać mogła tylko jedno – właśnie za chwilę zacznie się najcięższy szosowy wyścig etapowy Road Trophy, którego po prostu nie można przegapić.
Rok temu los nie był łaskawy, fatalna pogoda nie zachęcała do rywalizacji i wielu zawodników ukończyło wyścig na defektach i z literkami DNF/DNS na listach startowych.

Jednak ten rok miał być inny...

Do Istebnej przyjechałem już w czwartek i zgodnie z tym, co mówił Zubilewicz na małym ekranie, powitały mnie piękne promienie słońca w malowniczym, beskidzkim otoczeniu. Prognoza pogody była na tyle łaskawa, że aż nie chciało się w to wierzyć, a jednak to była prawda o czym kolarze przekonali się podczas kolejnych etapów.

Pierwszy etap startuje w piątek, po rozpoczęciu analizy trasy szybko dochodzę do wniosku, że to jest zbyteczne. Mapa wygląda jak pajęczyna, szosy przecinają poziomice w poprzek i nie trzeba być geografem, żeby wiedzieć co to oznacza. Wiesiek Legierski jak zwykle znalazł taką ilość sztywnych ścianek, że ściganie było zarówno testem technicznych umiejętności, jak również sprawdzeniem działania przerzutek i hamulców. Nie wiem ile razy musiałem przerzucać łańcuch między małą tarczą, a blatem ale dzięki temu poznałem swój osprzęt bardzo dokładnie i teraz wiem już o nim wszystko ;)

Na pierwszym etapie, po starcie, od razu trzeba było się wspinać na sztywne ściany po betonowych płytach. Niestety nie każdy był w stanie to zrobić i jak ktoś to obserwował z boku to przypominało trochę domino, jak się ktoś zatrzymał to kolejni kolarze się wywracali. Mi nie było do śmiechu, bo też tak leżałem, a że nie da się potem wpiąć w pedały trzeba było po raz pierwszy od dawna podjazdy pokonywać „z buta”.

No ale każdy startujący pewnie się zgodzi, że trasa 70 km z przewyższeniem 1900 metrów była po prostu walką z samym sobą i jej pokonanie dało wszystkim wiele satysfakcji. Warto też wspomnieć, że jak się na starcie spojrzało na prawo i lewo wszędzie dokoła byli świetni zawodnicy, naprawdę poziom sportowy tegorocznego Road Trophy był niezwykle wysoki, a walka o końcowy tryumf rozegrała się na sekundy.


Drugi etap to w zasadzie była klasyczna i dobrze znana Pętla Beskidzka, czyli po kolei Stecówka, Kubalonka, Salmopol, Kotelnica, Laliki i finałowy Koczy Zamek przez Kamesznicę. Tak jak cała trasa była idealna na górskie ściganie na najwyższym poziomie, tak ostatni podjazd był tradycyjnie już ścianą płaczu. Nachylenie 20-procentowe wraz z pełnym słońcem chyba z każdego wycisnęło siódme poty. Ten podjazd to prawdziwa siłownia, szczególnie jako ostatnia ściana etapu daje niesamowity wycisk, a jak już myślisz że jest po wszystkim trzeba się jeszcze wspiąć po betonowych płytach na Koczy Zamek, gdzie jazda w siodle jest ciężka z uwagi na nachylenie, a w stójce się nie da bo koło zaczyna buksować.


I taki właśnie był drugi dzień Road Trophy, w nogach już jeden trudny etap ale wszyscy zgodnie rywalizowali w pogoni za końcowym sukcesem. 100 km i 2200 przewyższenia, czyli kolejny górski konkrecik zafundowany przez organizatora.

Trzeci dzień, nogi już myślami podczas regeneracji powyścigowej, chęci do jazdy na dość niskim poziomie, ale przecież poddać się nie można, w końcu każdy chce zostać finisherem. Oczywiście Trophy w nazwie zobowiązuje, więc na ostatni dzień Wiesiek (który zresztą tym razem jechał razem z nami) zaplanował najdłuższy dystans 135 km wraz z 2350 metrów przewyższenia.


Czy było fajnie ? Po pierwszych sztywnych ściankach odpowiedzi w peletonie mogły być różne, ale malownicza część trasy na Słowacji wraz z niesamowitym podjazdem po górskich serpentynach na pewno każdemu przypadła do gustu. To była po prostu przepiękna górska trasa w super pogodzie dająca możliwość prawdziwego szosowego ścigania.

Tak jak pisałem wcześniej, walka w klasyfikacji generalnej toczyła się do ostatnich metrów i miejsca w czołówce rozstrzygnęły się na ostatnim podjeździe.
A jakie uczucie towarzyszyło każdemu, przekraczającemu ostatecznie metę zawodnikowi, nie trzeba chyba tłumaczyć. Ulga, duma, radość, dla niektórych pewnie zawód, każdy przeżywał to na swój sposób.


Na koniec trzeba podkreślić świetną organizację wyścigu. Wiesiek Legierski jak zwykle stanął na wysokości zadania i przygotował prawdziwą imprezę dla kolarzy szosowych. Niektórzy narzekali na mnogość „ścianek” ale takie jest Road Trophy i chyba trzeba się z tym po prostu pogodzić.
Ja czułem się jak na prawdziwym kolarskim święcie i właśnie tego wymagałem od mojej pierwszej etapówki w życiu. Wynik sportowy tak naprawdę schodził na dalszy plan, zresztą z takim poziomem czołówki jaki był w tym roku i porównaniu swojej formy, konkluzja może być tylko jedna – trzeba więcej trenować i pokazać pazur w przyszłym roku.