Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty

W cieniu Tatr i Gorców, czyli Nowy Targ Road Challenge 2021


Od kilku lat zawsze chciałem wystartować w etapówce Nowy Targ Road Challenge, nigdy nie było mi po drodze z terminem tego wyścigu, aż wreszcie w tym roku wszystko mi się ładnie zgrało i coroczny urlop w Bukowinie Tatrzańskiej udało się połączyć z tą imprezą.

Fajne trasy, malownicza okolica, niezwykle mocna obsada i doskonała organizacja to cechy wyróżniające tą etapówkę. Nie jest to łatwy wyścig, z uwagi na całą śmietankę amatorskiego peletonu, niezwykle trudno tu o dobry wynik. Trzeba mieć wyśmienitą formę i być po prostu bardzo mocnym zawodnikiem.

Niestety, im bliżej lipca tego roku, tym większe miałem kłopoty ze zdrowiem i z moją formą. W zasadzie już po przyjeździe w góry wiedziałem, że będzie bardzo ciężko. Wtedy też postanowiłem, że cofnę się kilka lat wstecz i start potraktuję mocno treningowo. Dlaczego kilka lat wstecz ? Ano dlatego, że kiedyś startowało się na takiej Pętli Beskidzkiej, gdzieś zupełnie z tyłu peletonu i bardziej walczyło się o ukończenie wyścigu niż o sam wynik. Muszę powiedzieć, że to były fajne czasy, człowiek się tak nie stresował, nie było presji wyniku, była tylko radość z jazdy.

O tym jak znów rzucałem kolarstwo, czyli Tatra Road Race 2019

Tatra Road Race... te trzy słowa budzą wiele emocji wśród kolarzy amatorów... Dla niektórych całkowity koszmar, dla innych spełnienie mokrych snów, na myśl o trasie tego wyścigu, wielu przychodzą słowa, ogólnie uznane raczej za wulgarne. Dlaczego więc co roku do stolicy Tatr przyjeżdżają całe tabuny kolarzy amatorów, a impreza zyskała już miano najbardziej prestiżowej w naszym kraju ? Być może relacja z tegorocznego wyścigu chociaż częściowo odpowie na to pytanie...
Takiej pogody niestety nie było ale widoczki zawsze się ładnie ogląda ;)
Cała otoczka zaczyna się już w piątek, biuro zawodów czynne jest od 12:00 co jest świetnym posunięciem, bo przecież na starcie w sumie jest około 1000 osób i każdy musi odebrać swój pakiet. Już po wejściu na teren hotelu Kasprowy Mercure czuć tą niepowtarzalną atmosferę wyścigu, dmuchanie balonów startowych, rozkładanie namiotów w miasteczku, znajome twarze, rowery i wisienka na torcie, czyli samo biuro zawodów, w których witani jesteśmy jak długo wyczekiwani goście. Przygrywa kapela góralska, wszyscy uśmiechnięci, nie trzeba długo czekać na rejestrację. Na zewnątrz dokładna mapa wyścigu wraz z osobą, która bez marudzenia, spokojnie tłumaczy chętnym, gdzie są największe trudności i jak dokładnie przebiega runda. O pakiecie startowym z fajnymi skarpetkami i bonami zniżkowymi do różnych partnerów imprezy nie muszę wspominać.

fot. Wiktor Bubniak

Hard as Hell, czyli Tatra Road Race zaprasza

W kalendarzu naszych amatorskich wyścigów, od jakiegoś czasu, jest całe mnóstwo różnych wyścigów: krótkich, długich, ciężkich, lekkich, górskich, typowo nizinnych - cały wachlarz możliwości, taki jeden wielki tort, z którego każdy może zjeść kawałek, który mu akurat pasuje.
Są jednak wyścigi, które swoją renomą wybijają się nad resztą, wyścigi, które przyciągają kolarzy amatorów z najodleglejszych zakątków Polski. Powodów może być wiele - wysoki poziom sportowy, ciekawa albo totalnie hardcorowa trasa, fajny klimat, super organizacja, itd...
Jest wyścig który łączy wszystko powyższe w jedno, wyścig który trzeba znienawidzić, żeby za chwilę go pokochać. Wyścig, który przyciąga swoją malowniczą trasą i chyba największym możliwym nagromadzeniem ciężkich podjazdów na kilometrze. Mowa oczywiście o Tatra Road Race, którego kolejna już edycja odbędzie się dokładnie 13 lipca 2019.



Myślę, że spokojnie można określić go mianem najcięższego wyścigu dla amatorów w Polsce, a przynajmniej zaliczyć do ścisłej czołówki takich imprez. Jest to wyścig, którego lektura list startowych mija się z celem, bo wiesz już przed startem, że zjedzie się cała śmietanka amatorskiego ścigania, a poziom sportowy jest wręcz kosmiczny.

HARD as HELL, czyli Tatra Road Race 2017

Po weekendowej wizycie w Beskidach przyszedł czas na wyjazd w Tatry, kocham jeździć po wszystkich górach ale to właśnie Podhale i Tatry mają w sobie to coś, co przyciąga kolarzy. Nie wiem gdzie tkwi tajemnica, ale podejrzewam że swoje robią wysokość nad poziomem morza, cudowne widoki i przychylność mieszkańców oraz lokalnych władz.


Oczywiście tym razem wyjazd w Tatry spowodowany był chyba najtrudniejszym wyścigiem szosowym dla amatorów w Polsce, i zdecydowanie najlepiej zorganizowanym - Tatra Road Race.

Na miejscu melduję się oczywiście w piątek, bo dystans z Zielonej Góry to bagatela 550km - ale i tak warto ;) Zakopane wita mnie deszczem i ciemnymi chmurami, spod których nieśmiało wyłaniają się znane tatrzańskie szczyty.
Na początek wizyta w biurze zawodów, tu jak zwykle full profeska. Czuję się jak gość i to taki wyczekiwany, atmosfera genialna, gra sobie góralska kapela, wszyscy bardzo uprzejmi, brak kolejek, wszystko idzie bardzo sprawnie i po chwili wychodzę z numerkiem (najlepsza z możliwych wersji, czyli chip przyczepiany do sztycy) i pakietem startowym, w którym jest sporo ciekawych zniżek, butelka Cisowianki i elegancka naklejka na ramę z profilem wysokościowym.


Jako, że pogoda zaczęła się poprawiać i wyszło słońce wsiadam jeszcze na rower i robię szybkie wprowadzenie zastanawiając się skąd u mnie taki wysoki puls, zaliczam nie lubianą przez mnie Salamandrę i Gubałówkę, robię fajne fotki, potem jeszcze dokręcam trochę kilometrów po Kościelisku i tyle, kolacja, szykowanie sprzętu i do spania.

W sobotę rano jak zwykle czas leci jak szalony i ani się oglądam stoję na starcie w pierwszym sektorze, wcześniej widzę start dystansu PRO, zastanawiając się jakim trzeba być masochistą żeby porwać się na taką masakrę (około 125km i 3200 m w pionie) ;)
Godzina startu coraz bliżej, nad Butorowym Wierchem widać grafitowe chmury, a właśnie tam będziemy zaraz jechać, po chwili pierwsze krople spadają z nieba, jak ktoś myślał że będzie sucho to czar właśnie prysł.

Start poszedł bardzo sprawnie i żwawym tempem ruszyliśmy na trasę, do odbicia na Salamandrę było równo, potem jak zwykle zaczęła się selekcja i od podnóża od razu ogień. Na Garminie kolejne jednostki pulsu lecą w górę z każdymi 100 metrami, kiedy wreszcie się unormowało już wiedziałem że o pierwszą premię górską nie powalczę i na szczyt wjeżdżam w drugiej grupce mając jednak czołówkę wciąż na widelcu.

Długi zjazd idzie sprawnie, następna krótka sztajfa również i potem w wyniku serii niefortunnych zdarzeń, nagle przy prędkości około 60 km/h znajduje się poza asfaltem. Z całym impetem trafiam na trawę, przednie koło w coś uderza i lecę..., mogę podziwiać widoki na Tatry z każdej perspektywy, z boku, do góry nogami itd ;) A tak na poważnie to upadam w tak przedziwny sposób, że nie mam nawet jednego szlifa, pech chciał że razem z rowerem odbijamy się od tej trawy i wpadamy na asfalt.
Na szybko oceniam ewentualne straty w sprzęcie, przekrzywiona klamka, którą szybko prostuję ale walczę z łańcuchem i przednim kołem. Podczas kiedy stoję na poboczu, w tym samym miejscu ma jeszcze miejsce kilka kraks, wąskie techniczne zjazdy i deszcze w upalne dni to nie jest dobre połączenie.

Ja generalnie mam już po wyścigu, kiedy się wreszcie pozbierałem przejechali praktycznie wszyscy z mojego dystansu. Od tego czasu miałem jazdę indywidualną na czas, mijałem sobie kolejne mniejsze, bądź większe grupki, podziwiałem widoki na Tatry (w normalnym trybie wyścigowym jest to niemożliwe ;) Tak sobie kręcę, dość mocno na podjazdach i kompletnie turystycznie na zjazdach, bo lewa klamka nie chce wrzucić mi łańcucha na blat. Raz w słońcu, raz w deszczu, raz nawet przy mocnym gradzie - jak to zwykło bywać na TRR.
Trasa to definicja encyklopedyczna pojęcia hardcore, nie wiem jak można ją nazwać FUN ;) Tu taka mała sugestia do organizatorów, żeby za rok zamiast FUN i PRO, nazwać dystanse kolejno HARD i HELL, wszystko się będzie zgadzać, a nawet będzie zgodnie z ogólnym hasłem wyścigu ;)


Szczerze przyznam, że przez chwilę myślałem żeby wybrać się na dłuższy dystans, ale obiecałem sobie kiedyś że zrobię tak dopiero wtedy, kiedy stanę na pudle krótszego dystansu. Kiedy kończyłem te 55 kilometrów i pomyślałem, że czekałoby mnie drugie tyle, otworzyłem sobie Leszka Free (takie właśnie napoje był na mecie) i tylko uśmiechnąłem się pod nosem współczując tym, którzy walczyli jeszcze z kolejnymi sztajfami do nieba...

Zjadłem przepyszny makaron na bufecie, pogadałem ze znajomymi i pojechałem do pensjonatu umyć rower. I tu nastąpiła prawdziwa masakra, zauważyłem, że na tylnych widełkach w moim Ridleyu jest konkretne pęknięcie w karbonie, a na klamce jest wyłamany cały wewnętrzny pancerz trzymający, do tego mocno poobdzierane buty i kilka innych uszkodzeń - nic tylko strzelić sobie w łeb ;) Grunt, że kości całe, rower się naprawi...

Tak czy inaczej za rok wrócę na ten wyścig, pomimo iż skojarzenia pewnie nie będą już tylko pozytywne ale trzeba się będzie znowu upodlić, kto wiem, może tym razem na długim dystansie ;)


Trzeba napisać osobny akapit pochwalny dla organizatorów... To jaką robotę robi Krystian Piróg i Cezary Szafraniec to się normalnie w głowie nie mieści.

Od początku czułem się jak gość i może od kilku punktów wymienię rzeczy którymi wyścig ten organizacyjnie bije na głowę całą konkurencję:
- podejście do zawodników, cierpliwe załatwianie każdej, nawet najmniej istotnej kwestii
- doskonała organizacja pracy na bufecie, gdzie w dodatku dostajesz cały bidon z napojem, swój bidon wyrzucasz i potem odbierasz go w miasteczku startowym
- baaaaaardzo ciężka i selektywna trasa w pięknych okolicznościach przyrody, która jest idealnie i profesjonalnie obstawiona
- kolosalna ilość nagród, nie wiem jaka była cała kwota przeznaczona na nagrody dla zwycięzców ale podejrzewam, że jakiś mały chiński kalkulatorek mógłby sobie z tym tematem nie poradzić ;)
- losowanie super fajnych nagród wśród wszystkich uczestników (pokroju roweru TREKa, czy weekendu w Hotelu Mercure Kasprowy)
- cudowna góralska atmosfera podgrzewana przez miejscową kapelę
- wspaniałe podium z góralskimi hostessami
- na mecie Lech Free, Redbull i do wyboru pyszne spaghetti z mięsem lub wersja wegetariańska, świeże owoce, drożdżówki itd...
- doskonałe zdjęcia Wiktoria Bubniaka i Kasi Bańki, które można sobie do woli ściągać ze strony www


Bankowo o czymś zapomniałem, a minusów brak !!!

Panowie, to co robicie to jakiś kosmos, róbcie tak dalej, a na wyścigi będziecie musieli robić losowanie uczestników, tyle będzie chętnych - czapki z głów !!!!
I do zobaczenia za rok :)

Tatra Road Race 2016, czyli jak zrobić wyścig idealny

W zeszłym roku nie było mi dane stanąć na, debiutującej wtedy, rasowej, górskiej imprezie jaką było Tatra Road Race. Opinie o trasie, organizacji, całej otoczce itd były wręcz doskonałe, jedynym uczuciem w mojej głowie był więc żal i smutek, że nie mogłem w tym uczestniczyć.

W tym sezonie postanowiłem to zmienić...

Niestety z uwagi na moje problemy zdrowotne występ na królewskim dystansie 133 kilometrów był wykluczony, miałem nadzieję, że uda się przejechać dystans krótszy, bo jak by nie patrzeć to "tylko" 55 kilometrów, jak było - przeczytacie za chwilę ;)

Tutaj humor zaczął dopisywać
Już kiedy pojawiłem się w piątek w biurze zawodów wiedziałem, że organizacja stoi na bardzo wysokim poziomie -  z resztą nie mogło być inaczej, kiedy wzięli się za to zawodnicy startujący na wielu imprezach w kraju, jak i za granicą - znajomość potrzeb to podstawa.
Odbieram pakiet startowy, zostaję dokładnie poinstruowany co, gdzie i jak, jakie przysługują mi rabaty "na mieście", a wszystko to okraszone wielką sympatią i uśmiechem - po prostu czułem się jak długo wyczekiwany gość :)

Relaks przed startem
Świetnej pogody w tym roku nie oczekiwałem, ICM aż tak nie mógł się pomylić, potwierdzeniem była też nocna burza, która skutecznie mnie wybudziła. W sobotę rano było chłodno, a wszędzie dookoła tłoczyły się ciemne chmury, na szczęście nie padało.

Przed startem nie rozgrzewałem się za bardzo oszczędzając każdy wat mocy na start i to było chyba błędem. Jak tylko ruszyliśmy, sprawnie na czele całej grupy zbliżałem się do pierwszego konkretnego podjazdu, który był praktycznie zaraz po starcie. Kiedy skręciliśmy na słynną Salamandrę coś mnie przytkało, puls zaczął wariować, nogi nie chciały kręcić, wyprzedzali mnie kolejni zawodnicy. Jak już udało się wbić w jako taki rytm było już za późno żeby wjechać na szczyt z czołówką. Na dzień dobry miałem więc sporą stratę i wizję bardzo długiego zjazdu pod wiatr, który mógł tą stratę tylko powiększyć.
Zły na siebie ruszyłem w dół, z każdym kolejnym kilometrem noga zaczęła się rozkręcać, bardzo pomogła mi grupka która mnie doszła i na dużej szybkości udało się wreszcie wkręcić na odpowiednie obroty.

Bez cierpienia to by nie było Tatra Road Race
Następne podjazdy kręciłem w czubie tej grupki, a w pewnym momencie postanowiłem nawet zaatakować i się urwałem. Kiedy na horyzoncie pojawiła się słynna sztajfa na Bachledówce zobaczyłem czołową grupkę, jechaliśmy wtedy w kilka osób i czwórka z nas postanowiła mocniej depnąć celem dojścia pierwszej grupy. W mojej głowie zaczęła się rodzić nadzieja na dobry wynik ;)

Warunki były delikatnie mówiąc dość specyficzne
Minusem był fakt, że nagle naszły grafitowe chmury, zrobiło się zimno i zaczęło lać, kompletna zmiana warunków na trasie jednak mnie nie przestraszyła i w zasadzie z każdym kolejnym kilometrem zbliżałem się do czołówki.
Przedostatni zjazd, jedziemy w czwórkę, nagle koszmary wracają - skurcz w prawej łydce. Na szczęście szosa prowadzi w dół, wystarczy odpuścić kolegów, przeczekać i kiedy jestem na dole skurcz puszcza - uff. Do mety został już ostatni, bardzo sztywny podjazd, kiedy go zaczynamy czołówka jest jakieś 150 metrów przed nami, mam ich na widelcu pomyślałem i w tym samym momencie moją prawą nogę usztywnia potworny skurcz po wewnętrznej stronie uda - identycznie jak na Pętli Beskidzkiej tydzień wcześniej. Ze zdjęć wynika, że jechałem wtedy na 9 miejscu OPEN.

Przed ostatnim podjazdem
W tym momencie mam już po wyścigu, staję w miejscu i czekam aż puści. Kiedy przechodzi jadę dalej, minęło mnie sporo ludzi, grunt że mogę jechać dalej - tym razem już znacznie spokojniej niż poprzednio i bez ciśnienia na wynik.
Jestem zły, smutny i zdemotywowany, w głowie tysiące myśli po co ja tak ciężko trenuję, jak potem na wyścigu ciągle ta sama historia.
Wjeżdżam na górę, sprawnie pokonuję ostatni zjazd i po krótkim finiszu przekraczam linię mety jako 8 zawodnik kategorii M3 oraz 15 OPEN. Nie muszę chyba dodawać, że dla mnie to porażka i liczyła się dla mnie tylko pierwsza trójka OPEN, która była tego dnia do zrobienia.

No nic, następna porażka, która zostaje w głowie. Obecnie czekam na kolejne badania w kontekście problemu mięśniowego, wiem już że to grubsza sprawa. Niedługo będę miał zrobione badanie EMG, czyli puszczanie prądu przez mięśnie - tak żeby poczuć się jak w Guantanamo ;)

Premia górska Zoki
Starczy już jednak relacji z wyścigu, ta impreza zasługuje na osobny akapit o samej jej organizacji...

Wszystko co zastałem w ten weekend w Zakopanem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tak jak pisałem wcześniej - czułem się jak gość i to taki dopieszczony.

Całość oceniam na szóstkę z plusem, nie znalazłem żadnego minusu całych zawodów, na które miałby wpływ organizator. Takie sprawy jak wydawanie izotoników w bidonach na bufecie, pyszny makaron na mecie (różne smaki do wyboru), numer startowy doczepiany do sztycy, niezliczona ilość nagród zarówno za zwycięstwa jak i poprzez losowanie wśród wszystkich uczestników, premie górskie, doskonała i bardzo sympatyczna atmosfera oraz dobre zabezpieczenie ciężkiej trasy tylko potwierdzają że miałem do czynienia z imprezą prawie idealną. Czapki z głów dla organizatorów - świetna robota i do zobaczenia za rok !

fotografie:

Alina Sosnowska
Tatra Road Race

Tatrzański Klasyk II - Słowackie Stawy


Góralu, czy Ci nie żal...
Mieć takie tereny, takie asfalty i nie jeździć tu na szosie ;)


Od czasu, kiedy Tour de Pologne, po długiej kampanii Dolnośląskiej (wszyscy chyba pamiętają katowanie do bólu słynnego Orlinka), zawitało na Podhale, zrobiło się tu małe eldorado dla szosowców z całego kraju. Jakość asfaltów poszła bardzo do przodu, lokalne pensjonaty coraz bardziej przystosowane są do przyjmowania kolarzy wraz ze swoimi rumakami, nawet lokalni kierowcy patrzą już na nas przychylniejszym okiem.

Ja jednak pamiętam te tereny z czasów jak jeszcze kolarze szosowi byli tu bardziej egzotyczni i wtedy najlepszym rozwiązaniem, by cieszyć się całkowicie z szosowania, był wypad na Słowację. Dlatego też, nawet teraz, gdy standardowo co roku odbywam urlop w Bukowinie Tatrzańskiej z rowerem, muszę zaliczyć jakiegoś fajnego tripa u naszych południowych sąsiadów – a możecie mi wierzyć warto tam pojechać...

Rok temu przejechałem i opisałem na blogu Tatrzański Klasyk, w tym sezonie postanowiłem zmodyfikować nieco trasę i tak powstał ten artykuł, czyli tytułowy Tatrzański Klasyk II – Słowackie Stawy.

Głodówka
Ruszam z Buńdowego Wierchu w Bukowinie Tatrzańskiej, piękny widok na Tatry budzi moje oczy, ciało jednak wciąż zaspane więc robię mocne espresso i wsuwam standardową owsiankę. W tym roku będzie łatwiej, bo mam kompana – Bartka od nas z Teamu – w duecie zawsze raźniej :)

Gdy wyjeżdżamy z naszej kwatery jest jeszcze wcześnie, wskazówki zegarka układają się na kombinacji 7:15, jest chłodno i rześko ale później ma być tylko lepiej. Poziom naszej motywacji i chęć odhaczenia kolejnej akcji życia jest tak wysoki jak Gerlach, pod którym przecież dziś będziemy.

Tatry Wysokie - widok z Bukowiny Tatrzańskiej
Na dzień dobry czeka nas niedługi, ale idealny na rozgrzanie zaspanych mięśni, podjazd na Głodówkę, tutaj każdy jedzie w swoim rozgrzewkowym tempem, mięśnie zaspane, w brzuchu przewraca się jeszcze owsianka i kawka – nie ma co szaleć ;)
Niewielka długość podjazdu powoduje, że bardzo szybko znajdujemy się już na szczycie, gdzie obowiązkowo robimy krótki postój na parę fotek – Głodówka to jedno z miejsc w naszych Tatrach, skąd rozpościera się genialna wręcz panorama gór.
Widoki z Głodówki
Na Głodówce
Następnie czeka nas szybki zjazd na Łysą Polanę, gdzie żegnamy się z Polską i witamy Słowację, powitanie, jak na naszych południowych sąsiadów przystało, sponsorowane jest przez podjazd – niedługi i całkiem przyjemny ale jednak podjazd ;)
W zasadzie powielamy tu trasę słynnego wyścigu amatorów – Tatry Tour, który jechaliśmy w sobotę i który konkretnie czuję w moich nogach (na kilometr przed metą dostałem bolesnych kurczy i teraz całe nogi mam „ponaciągane”). Każde przejście w klasyczną stójkę połączone jest z ukłuciem w kilku miejscach, ale takie coś nie może mnie przecież zatrzymać;)

Dalej trasa wiedzie krótkim zjazdem, a następnie pierwszym dłuższym podjazdem tego dnia na Sedlo Pod Prislopem. Nie jest to wymagająca góra ale bardzo się dłuży z uwagi na długą prostą już na samą przełęcz. Na górze nie ma wspaniałych widoków, w zasadzie nic nie ma, więc szybko udajemy się w dół do miejscowości Zdiar.

Teraz klasyczne kolarskie zamulanie po zmianach i raczej płaskie tereny, przejeżdżamy przez Tatrzańską Kotlinę, gdzie jest Jaskinia Bielanska i chwilę później skręcamy już na słynną Tatrzańską Magistralę, czyli elegancką drogę biegnącą równolegle wzdłuż Tatr Wysokich.

Teraz chyba najnudniejsza część dzisiejszej trasy, czyli praktycznie cały czas lekko w górę aż do Starego Smokowca, przejeżdżając przez Tatrzańską Łomnicę. Nic się tu ciekawego nie dzieje, warte uwagi jest tylko spojrzenie na majestatyczny szczyt Łomnicy, przez który cały czas przewalają się ciężkie chmury. 

Generalnie widok na Tatry po słowackiej stronie jest zgoła odmienny niż ten po naszej stronie. W Polsce mamy takie klasyczne przedgórze i górzyste Podhale, tutaj Tatry wyrastają nagle z zupełnie płaskiej kotliny tworząc fascynujący widok. Dodatkowo po słynnej wichurze w 2004 roku, którą Słowacy nazwali Wielką Kalamitą, zbocza gór są obdarte z lasów. Wszystko to tworzy niezwykle interesującą scenę, a dziś w sztuce dnia grałem ja oraz Bartek ;)

Nie przynudzając, sprawnie przejeżdżamy Stary Smokoviec i szybko dojeżdżamy do Tatrzańskiej Polianki, gdzie znajduje się nasz główny punkt treningu – podjazd na słynny Śląski Dom, czyli schronisko wysokogórskie położone nad Velickim Plesem.

Tatrzańska Magistrala przed Polianką
Nie idziemy jednak na łatwiznę i specjalnie zjeżdżamy do miejscowości Gierlachov aby nasz podjazd dnia miał nie 6,5, a 10,5 kilometra. Na dole stajemy w celach, nazwijmy to, fizjologicznych i zaczynamy podjazd kategorii HC na wspomniany Śląski Dom.
Ja celowo postanawiam jechać dość mocno i równo, tak by zaatakować KOMa na Stravie ;)
Początkowe kilometry prowadzą przez całkowicie odarty z lasu teren, przez co ciągle wieje mocno w twarz, w dodatku w oddali widać cel i to bardzo w oddali...
Trzymam swoje równe tempo i szybko dojeżdżam z powrotem do Polianki, stąd zaczyna się już konkretny podjazd, gdzie nachylenie przypomina alpejskie przełęcze i w zasadzie nie ma żadnego miejsca z wypłaszczeniem.
Za każdym razem gdy zaliczam ten podjazd zastanawiam się po co to robię ;) Ciągłe przepychanie, ani chwili wytchnienia, może kilka miejsc gdzie można rozkręcić większą kadencję. Na początku asfalt miód-malina, potem zaczyna się psuć, na jakieś 3 km do szczytu zamienia się w fatalną nawierzchnię, której nie można nazwać nawet szutrem, by na końcu zamienić się w wyśmienity asfaltowy dywanik.

Gładki asfalt w środkowej fazie podjazdu
Na podjeździe
Jeszcze kawałek i będzie szczyt
Końcówka podjazdu i znowu idealny podjazd
Wjeżdżam na ostatni fragment podjazdu, taki wyjazd z granicy górnego regla i wjazd w strefę kosodrzewiny. Jak na dłoni zaczyna być widoczne schronisko. Myślisz, że to już bardzo blisko, jednak jest to złudzenie identyczne z tym na finiszu wyścigu w TV, taki skrót kamery, okazuje się że do mety jeszcze cały ciężki kilometr.




Przy samym schronisku zasłużony odpoczynek, robienie zdjęć, podziwianie tego pięknego miejsca i strach przed zjazdem po tym fatalnym odcinku „asfaltu”. Miejscówka jest fascynująca, surowe skalne zbocza opadające do typowo górskiego stawu, w oddali wodospad i poczucie, że niedaleko czai się król Tatr - Gerlach. Pogoda dopisuje, widoki genialne, najchętniej siedzielibyśmy tam z godzinkę ale niestety nie ma takiej opcji i po serii zdjęć kierujemy się na dół.
Velicki relaks
Śląski Dom - niezbyt górskie schronisko w wyglądzie ;)

Zjazd przemilczę, wspomnę tylko, że rozcentrowało mi się koło, bo nie zauważyłem poprzecznej rynny odpływowej i w dodatku moje koło zostało „potrącone” przez wiewiórkę (na szczęście tylko się odbiła i uciekła w zarośla).

Na Tatrzańskiej Magistrali udajemy się w kierunku Szczyrbskiego Plesa, czyli tam, gdzie Rafał Majka wygrał etap Tour de Pologne w ubiegłym roku. Jest cały czas lekko pod górę i wieje masakrycznie mocno w twarz. Na całe szczęście jest nas dwóch i po zmianach jakoś udaje się to przetrwać psychicznie. Uroku dodają cudowne widoki na rozległą kotlinę po lewej i Tatry po prawej stronie.
Widok na Kotlinę
Jeszcze przed Szczyrbskim Plesie skręcamy w prawo i udajemy się na kolejny fajny podjazd tego dnia – Popradzkie Pleso. Na papierze wygląda bardzo fajnie, nachylenie raczej średnie z kilkoma mocniejszymi fragmentami, dobry asfalt i na końcu piękny górski staw. Czego chcieć więcej ? Z takim nastawieniem zaczynamy jazdę w górę. Dość szybko uświadamiamy sobie, że nie będzie wcale tak przyjemnie. I nie chodzi tu o nachylenie, czy nawierzchnię – te są faktycznie idealne, chodzi o turystów... Okazało się, że Popradzkie Pleso to trochę takie nasze Morskie Oko i na  podjeździe idą całe pielgrzymki. W dodatku idą jak święte krowy w Indiach, całą szerokością szosy, kompletnie nie zważając na krzyki „Uwaga”. Mówiąc krótko podjazd na Popradzkie Pleso przypominał nam slalom gigant i ciężko było tu trzymać jakieś konkretne równe tempo – taki trochę trening interwałów na podjeździe ;)
Popradzkie Pleso
Popradzkie Pleso
Schronisko nad Popradzkim Plesem
Natomiast sam staw jak zwykle bardzo malowniczy, błękit wody klasycznie kontrastuje z surowymi zboczami okolicznych szczytów. Znajduje się tu również schronisko górskie, które jednak nie wyróżnia się zbytnio architekturą. Ogólnie przyjemne miejsce ale jednak czuć tu już "komercję".

Tu też robimy trochę zdjęć, zjadamy kolejne batoniki, napełniamy bidony w strumyku i zaczynamy zjazd tą samą drogą – kolejny slalom gigant, jednak tym razem dużo bardziej niebezpieczny, bo na większych szybkościach...

Nad Popradzkim Plesem
Widokówka - Popradzkie Pleso
Na dole postanawiamy jeszcze odbić w prawo i odwiedzić Szczyrbskie Pleso, krótki acz treściwy podjazd prowadzi nas do tej miejscowości. Jedziemy do momentu, gdzie kończy się asfalt. Nie wiem czemu, ale przypomina mi to wszystko Karpacz. Chodnikami idą pielgrzymki turystów, jest do tego stopnia tłoczno, że nawet nie podjeżdżamy nad słynny staw, który nazywa się tak jak miejscowość. W ramach rekompensaty zatrzymujemy się trochę niżej – nad Nowym Szczerbskim Plesem, czyli mniejszym bratem słynnego stawu.

Nowe Szczyrbskie Pleso
W ten sposób zaliczamy jednego dnia trzy malownicze, tatrzańskie stawy położone na Słowacji. Trzeba przyznać, że Słowacy mieli gest, że wszędzie tam prowadzą asfalty i wszędzie tam można wjechać rowerem.
Teraz pozostaje wrócić do Bukowiny, czyli przed nami jakieś 65 kilometrów zamulania tą samą drogą, którą już jechaliśmy. Na szczęście początkowo pomaga nam wiatr i tempo w jakim dojeżdżamy do Smokowca, a następnie do Łomnicy jest imponujące.

Tu niestety niemiła niespodzianka, w moim tylnym kole zaczyna mocno schodzić powietrze, muszę się zatrzymać na wymianę uszkodzonej dętki. Okazuje się, że w zapasie jest walnięty wentyl i moja pompka generalnie nie ogarnia sprawy. Męczymy się tam bardzo długo, w końcu udaje się jakoś to ogarnąć i możemy jechać dalej.

Najdłuższy pit-stop ever
Nogi już mocno zmęczone, głowa w zasadzie też, brzuch zaczyna przypominać, że same batony i żele to nie jest to co lubi najbardziej. W dodatku zapasy wody kurczą się bardzo szybko.
Czuję zbliżającą się bombę ale jakoś udaje się całkiem sprawnie dokręcić do końca, resztkami sił przejeżdżając Sedlo Pod Prislopem i Głodówkę od drugiej strony.
Przed Głodówką
Po prawie sześciu godzinach w siodle wracamy do Bukowiny, robi się chłodno, wychładza intensywny wiatr, chyba idealny moment na zakończenie treningu.
Kolejna szosowa przygoda życia odhaczona, teraz pora planować kolejne :)

To już jest koniec...

Tatrzański Klasyk


W sumie większość osób napisze, że trasa nazywana „Klasykiem Tatrzańskim” może być tylko jedna, czyli klasyczna runda wokół Tatr, będąca m.in. areną zmagań słynnego amatorskiego wyścigu Tatry Tour.
Ja, częściowo korzystając z własnych doświadczeń, a częściowo poszukując kolejnych podjazdów w internecie wyznaczyłem swoją własną, o jeszcze bardziej górskim charakterze, trasę.
Niestety pomimo usilnych prób znalezienia towarzystwa, ostatecznie na ten etap ruszyłem samotnie...


Panorama z Głodówki
Pobudka już o 5:30, na 12:00 wszelkie możliwe internetowe prognozy pogody zapowiadały pogorszenie i wszechobecne deszcze, więc nie chciałem ryzykować i zerwałem się z łóżka skoro świt. Obowiązkowe szamanie słodkiej owsianki, smarowanie nóg rozgrzewającym balsamem Sportsbalm, ubieranie się, pompowanie opon i kiedy owsianka zdradzała już oznaki częściowego wchłonięcia ruszam w trasę.
Na dzień dobry zła wiadomość – baterie w Powertapie przestały działać, no cóż – przynajmniej nie będę się skupiał na odczytach mocy i w całości będę się tylko cieszył trasą.

Z Bukowiny jadę po płaskim tylko przez moment i już po chwili wspinam się na słynną Głodówkę, lub jak kto woli Cyrhlę nad Białką, pogoda dla mnie idealna, kilkanaście stopni, chmury i trochę słońca. Nogi jeszcze śpią więc podjazd jadę spokojnie. Dość sprawnie wjeżdżam na szczyt, Głodówka ma to do siebie, że widoki zazwyczaj są tu genialne, nie inaczej było tym razem więc po prostu musiałem znaleźć czas na chwilę postoju i obowiązkowe fotki.


Głodówka
Na Głodówce
Widoki z Głodówki

Polana Głodówka
Stąd już w zasadzie tylko zjazd aż do Łysej Polany, gdzie przekraczam granicę i od razu mam krótki podjazd. O tej godzinie na granicy cisza i spokój, jeszcze nie dotarli turyści, którzy nie wiedzieć czemu chcą się trochę poprzytulać w tłoku idąc trasą do Morskiego Oka. Ja mam na razie ciszę i spokój, aut prawie nie ma.

Po chwili już byłem w Podspadach gdzie zaczyna się pierwszy dłuższy podjazd na Zdiarskie Sedlo, kto jechał Tatry Tour podjazd ten musi znać, z reguły wieje tam w twarz, a ostatnia długa prosta ciągnie się w nieskończoność. Nagrodą za trudy wspinaczki jest za to bardzo długi i prosty zjazd do miejscowości Zdiar, skąd bardzo szybko dojeżdżam do Tatranskiej Magistrali, czyli szosy łączącej najpopularniejsze miejscowości wypoczynkowe w słowackich Tatrach Wysokich.
Trzeba podkreślić, że od Zdiaru jadę w chmurach, na szczęście nie ma dużej mgły ale do optymizmu daleko, tylko czekałem aż zacznie padać.

Teraz długi i monotonny podjazd trasą Tatry Tour, po drodze krótki zjazd do Tatranskiej Łomnicy, tu zazwyczaj jest piękny widok na Tatry Wysokie, z potężnym szczytem Łomnicy na pierwszym planie. Dziś nic z tego – ledwo widać czubki drzew na poboczu.
Cały czas lekko w górę dojeżdżam do znanego kolarzom Starego Smokovca, pogoda się poprawia, wiatr zaczyna przeganiać chmury, które po kolei odsłaniają kolejne szczyty. Wygląda to genialnie i poprawia mi humor. 


Okolice Smokowca
Kierunek Tatrzańska Polianka
Przede mną wisienka na torcie całego treningu, chyba najcięższy podjazd w Tatrach, czyli wspinaczka na Śląski Dom – Velickie Pleso. Tu już nie ma zmiłuj, cały czas trzyma konkretne nachylenie ale nagroda na końcu jest zacna – wjeżdża się w cudną okoliczność przyrody – wysokogórski staw w surowym, skalnym otoczeniu, a wszystko to w najbliższym otoczeniu najwyższego szczytu Tatr – Gerlacha (2655 m n.p.m.).


Podjazd na Velickie Pleso
Podjazd zaczyna się w miejscowości Tatranska Polianka i od razu pokazuje pazur swoim nachyleniem. Początkowo jedzie się serpentynami po asfalcie miód malina, na terenie, który kiedyś porastał zwarty las (niestety jakiś czas temu ten rejon nawiedziła klęska ekologiczna w postaci niszczycielskiego wiatru, która odsłoniła ogromne połacie lasu). Ten odcinek jest bardzo widokowy ale skończył mi się wyjątkowo szybko, gdy wjechałem w zwarty las. Nachylenie cały czas konkretne, w zasadzie nie ma za bardzo gdzie puścić korb i odpocząć. 
Podjazd na Velickie Pleso
Zaczyna się tez największy mankament tego podjazdu, czyli nawierzchnia. Kiedy jechałem tu kilka lat temu to w zasadzie był to podjazd prawie szutrowy, muszę powiedzieć, że Słowacy w znacznym stopniu poprawili drogę, ale wciąż są tu odcinki wręcz tragiczne. Szczególnie niebezpieczne są bardzo głębokie rynny odwadniające. I tak się jedzie: spore nachylenie, odcinki tragiczne przeplatane idealnym asfaltem, co jakiś czas mijani turyści i kilka aut z obsługi schroniska.
Podjazd na Velickie Pleso - w oddali Śląski Dom
Gdy już opuszcza się strefę reglową, zaczyna się wszechobecna kosodrzewina, a w oddali już majaczy się schronisko-hotel górski Śląski Dom. Ten odcinek jest ciężki psychicznie, widać już cel który wydaje się być blisko ale jeszcze trzeba sporo przejechać. Tak czy inaczej po dłuższej chwili jestem już na szczycie, szybkie kilka fotek i zjeżdżam na dół, bo czas goni.


Velickie Pleso

Velickie Pleso

Velickie Pleso - kierunek Gerlach
Zjazd to katastrofa, wspomniane wcześniej rynny i odcinki o fatalnej nawierzchni dają popalić szczególnie dłonią. Na szczęście nie trwa to długo i już jestem z powrotem na Magistrali Tatrzańskiej.

Teraz szybki odcinek do Smokovca i już po chwili kolejny podjazd tego dnia, czyli słynny Hrebeniok. Tą górę zna większość amatorów kolarstwa, bo właśnie tutaj finiszują kolarze na wyścigu Jarna Klasika. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie miałem okazji tam wjeżdżać. Muszę przyznać, że podjazd bardzo fajny, cały czas trzyma kilka procent, obok wjeżdża sobie kolejka, a po drodze mijam wielu turystów pomimo wczesnej pory.


Hrebeniok
Podjazd mija zdecydowanie szybciej niż się spodziewałem – wielka szkoda, że tak krótko, znowu na szczycie szybka fota i powrót na dół. Trzeba uważać, bo pieszy ruch turystyczny spory, a do tego sporo żwiru naniesionego na asfalt po ulewach.


Widoki z Hrebenioka
I znowu jestem na Magistrali, i znowu zjeżdżam aby po chwili znaleźć się ponownie w Tatranskiej Łomnicy. Tym razem jednak skręcam w lewo aby zaliczyć kolejny podjazd dnia – pośrednią stację kolejki na szczyt Łomnicy. Tu również jestem pierwszy raz przez co przeoczyłem początek podjazdu, jakby ktoś jechał to trzeba skręcić na parking i na prawo jest ukryta mała szosa – to właśnie tu mamy początek podjazdu. Naprawdę super góra, równe nachylenie, bardzo fajne serpentynki i super asfalt. Niestety tu również mijam wielu turystów. Dopiero na koniec robi się ciężej ale wszystko wynagradzają widoki – nie ma lasu, więc widać całą Kotlinę jak na dłoni.


Kolejka na Łomnicę
Widok ze stacji pośredniej kolejki
Widoczki

Podjazd niestety szybko się kończy, a tak bardzo by się chciało żeby szosa prowadziła znacznie wyżej – najlepiej na kolejną pośrednią stację kolejki... Może kiedyś Słowacy wpadną na ten pomysł ;)

Zjazd idzie bardzo sprawnie dzięki temu, iż ta szosa jest przygotowana do zjazdu na takich specjalnych wózkach i przed każdym większym zakrętem są strzałki co nas za chwilę czeka. Wózków nie widziałem żadnych, a ze znaków skorzystałem ;) Jedyny mankament to znów turyści ale tragedii nie było.

Znowu Magistrala i tym razem już kieruję się prosto do Polski, większy podjazd czeka mnie w miejscowości Zdiar, gdzie szosę znaną z Tatry Tour wydłużam o Przełęcz Zdiarską (przed samym Zdiarskim Sedlem trzeba odbić w prawo na odcinek z beznadziejnym asfaltem). Na szczycie w tył zwrot, choć najchętniej zjechałbym cudnym asfaltem do Osturnii, i szybki dojazd na Łysą Polanę.
Wracam do Polski, ruch przy Morskim Oku już masakrycznie duży, policja, samochody zaparkowane na poboczach – normalnie sodoma i gomora. Stąd już tylko podjazd na samą Głodówkę – tym razem widoki znacznie gorsze niż rano więc nie zatrzymuję się i sprawnie zjeżdżam do Bukowiny Tatrzańskiej. Wchodzę do domu i zaczyna lać deszcz :)

Piękny trening, super tereny, extra wspomnienia – czy można chcieć czegoś więcej ? Takie trasy szosowe po prawdziwych górach to dla mnie kwintesencja kolarstwa.
Gdybym miał więcej czasu zaliczyłbym pewnie jeszcze Strbskie Pleso – może następnym razem. Polecam tą trasę każdemu wytrawnemu góralowi i każdemu kto kocha podjazdy w górach. Mała namiastka Alp na podjeździe pod Velickie Pleso i ten fajny klimat jazdy znacznie powyżej 1000 metrów n.p.m. A jeśli komuś mało przewyższenia to dodam, że zarówno Śląski Dom, Hrebeniok, jak i stację na Łomnicę można znacznie wydłużyć zjeżdżając najpierw na teren Kotliny.