Jesienny Rollercoaster, czyli bolesna Rajcza 2018


Rajcza... miejsce z którym w zasadzie mam same dobre wspomnienia, w końcu to właśnie tutaj odniosłem moje pierwsze zwycięstwo w „karierze”, było to w 2012 więc minął szmat czasu. To również tutaj przypieczętowałem swoje zwycięstwo w górskiej klasyfikacji generalnej w 2015. Nie mogłem więc odpuścić sobie również wyścigu w tym roku, nie wiedziałem jednak jakie niespodzianki przygotował na tą edycję Wiesiek – organizator Road Maraton, ale o tym za chwilę.

Do Rajczy przyjeżdżam w piątek, podróż jak zwykle idzie bardzo sprawnie, mniej więcej tak sprawnie jak wizyta u lekarza na NFZ, na A4 dwa wypadki plus prace remontowe, na objeździe pozamykane drogi, błądzenie po objazdach przez jakieś pola, na sam koniec w Węgierskiej Górce śmiertelny wypadek i kilkukilometrowy korek. Suma sumarum podróż z Zielonej Góry zajęła mi jedyne 8 godzin i na miejscu jako wprowadzenie zdążyłem zrobić dosłownie pół godzinną przejażdżkę zanim zrobiło się zupełnie ciemno. Zdążyłem podjechać jednak podjazd na metę i już wiedziałem, że w tym roku trasa będzie epicka i rzeźnicka jednocześnie, potwierdził mi to Wiesiek, którego spotkałem po drodze, a który to dopieszczał właśnie dla nas trasę.



Wiedziałem jedno, z moją obecną formą, która po chorobie poszła sobie w siną dal i chce wrócić chyba dopiero na wiosnę, ściganie po takiej trasie to będzie walka o przetrwanie, im dłużej studiowałem profil wysokościowy tym bardziej wiedziałem, że ta imprezka będzie zakrawać o lekki masochizm. Ciekawe jednak jest to, że kiedy oglądałem profil trasy w domu wyglądał na dużo bardziej płaski niż jak zacząłem się w niego zagłębiać będąc już w Beskidach ;)

No nic, budzę się w sobotę rano, za oknem mokro i jakieś 6 stopni – fajnie, typowo jesiennie, lubię chłód ale nie aż taki ;) Czułem się kiepsko, ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę to ściganie. Ubrałem się jednak stosownie do pogody (przy okazji ochraniacze Velotoze w temperaturze 6-10 stopni dają elegancko radę), zebrałem prowiant i pojechałem do Rajczy na start, gdzie miałem jakieś 10 kilometrów dojazdu. Trochę się pokręciłem na miejscu, przybiłem kilka piątek ze znajomymi i ustawiłem się na starcie. Bez większych planów, chciałem się dobrze pobawić i tyle, wiedziałem jak kręcą nogi więc na pudło nie liczyłem.

Start honorowy po płaskim odcinku za autem, potem wciąż po płaskim ale trochę szybszym tempem. No i tutaj moim zdaniem bardzo średni pomysł organizatora jeśli chodzi o przebieg trasy, bo cały ten nasz barwny peleton nagle skręcił w prawo na wąską i bardzo sztywną drogę, która po chwili zamieniła się w odcinek z dwoma płytami ażurowymi po bokach i wąziutkim paskiem asfaltu w środku. Nie muszę chyba napisać co tam nastąpiło. Ja, pomimo iż jechałem prawie na samym początku, nagle zostałem zepchnięty na bok, podbiło mi przednie koło na tych płytach i wyleciałem z drogi na pobocze. Sztajfa do nieba, nie ma się jak wpiąć, muszę lecieć z buta, mija mnie cała masa ludzi. Mój los podziela sporo innych zawodników, czołówka odjechała w siną dal, szanse na dobre miejsce również. Wpinam się dopiero w końcówce podjazdu na lekkim wypłaszczeniu, moje biedne Velotoze na podeszwie wyglądają jak ser szwajcarski :/



W zasadzie pozostaje już tylko włączyć tryb turystyczny, aczkolwiek zbieramy się w kilka osób i jeszcze próbujemy niwelować przewagę, lecimy elegancko po zmianach połykając kolejne grupki zawodników. Jedziemy razem aż do początku rundy, ja czuję już że to nie jest mój dzień i kiedy zaczyna się pierwszy na rundzie podjazd postanawiam jechać swoim równym tempem, bez szaleństw. Wiem po prostu, że zbyt mocna jazda skończy się tego dnia dla mnie kurczami i ewentualnym DNF-em, a o walce o podium i tak nie było mowy.

Droga pnie się niemiłosiernie w górę, najgorszy jest podjazd po wypłaszczeniu już za metą, kiedy myślisz że gorzej już się nie da, patrzysz, a za zakrętem jeszcze bardziej stromo. To są te momenty kiedy chciałbyś być jak Contador na Angrilu, a okazuje się że jesteś jak Cavendish na Zoncolanie. I zawsze w głowie te same myśli: to nie jest sport dla mnie, na cholerę mi takie męczarnie, czy w ogóle jestem normalny ? I kiedy w głowie kończysz już z tym sportem nagle na horyzoncie wyłania się bufet, na którym sympatyczne panie wręczają Ci banana. I jedziesz dalej, chociaż najchętniej usiadłbyś sobie na trawce i pooglądał widoki, a Ty dalej trwasz w tej drodze krzyżowej ;)


Po bufecie mamy bardzo malowniczy odcinek, wąskie asfalty, co jakiś czas jakiś odosobniony domek, beskidzkie lasy i piękne panoramy. Kiedy ścigasz się w trupa tego nie widzisz, kiedy kręcisz tak jak ja tego dnia, masz na wszystko czas ;) Nawet kibice na trasie się znaleźli, a gaździna siedząca na ławeczce przed swoją góralską chałupą, krzycząca „dajesz, tempo, tempo” po prostu rozwaliła mnie na łopatki.
Fajnie tak jechać swoim rytmem, zdawałem sobie co prawda sprawę, że w zasadzie z każdym kilometrem tracę minuty do czołówki ale szczerze to miałem to gdzieś :) Czerpałem garściami z pięknej jesieni w Beskidach, ściganie zeszło na dalszy plan. Podjazdy na najlżejszym obciążeniu, zjazdy z dużą dozą ostrożności i rozsądku. I tak mijały mi kolejne rundy, czasem ktoś się podczepił, czasem kogoś doszedłem ale w zasadzie zdecydowaną większość kilometrów na rundach przejechałem samotnie. Niewątpliwym i legalnym dopingiem była obecność mojej rodzinki na trasie, bez tego nie wiem czym bym nie zszedł z trasy, bo serio nogi miałem dzisiaj z waty.

No i po takiej jeździe dojechałem wreszcie na metę, ujechany jak dawno. Przyznaję, że trasa na trening wyborna i bardzo malownicza. Do tego niewielki ruch i całkiem spoko asfalty. Jedynie ta sztajfa do nieba, która niszczy psychę :) Ostatecznie zająłem 8 miejsce w swojej kategorii, więc na to jak jechałem to mogę być z tej lokaty tylko zadowolony - jest OK ;)



Ten wyścig to było takie górskie kryterium, chwilami czułem się jak na rollercoasterze, zdecydowanie na taką trasę trzeba być idealnie przygotowanym, żeby myśleć o walce o najwyższe miejsca. Ciężko też się przygotować na takie warunki mieszkając na nizinach, przydałby się jednak bardziej specjalistyczny trening.

No i na koniec genialny wręcz bufet w Rajczy, najpierw pyszny gulasz z bułeczką, a potem lokalne smakowitości. Można było skosztować kwaśnicę, placki ziemniaczane, pieczone ziemniaczki, pasztet i wiele innych smakołyków ! Ścigam się już wiele lat ale takich pyszności na mecie chyba nie kojarzę :) No i ta przyjazna atmosfera jak to u Wieśka, w końcu jesteśmy wielką rodziną znającą się już kupę lat :)



Za organizację naprawdę daje prawie same plusy, prawie bo ten podjazd na początku to jednak było nieporozumienie. Na początku potrzebny jest szeroki podjazd (tak jak kiedyś na Przełęcz Glinne), gdzie bezpiecznie i sprawiedliwie peleton podzieli się na mniejsze grupki, tutaj to była loteria, bo kto musiał się zatrzymać, dalej już niestety nie miał szans ruszyć :/
Natomiast zabezpieczenie, bufety, atmosfera itd. były po prostu świetne !

No i nauczyłem się kolejnej rzeczy, jeśli rozchorujesz się dość mocno we wrześniu to już możesz kończyć sezon, bo w jakiej byś nie był formie, to ona po prostu już na tym etapie nie wróci... Szczególnie jak trzymasz dość wysoki poziom od dłuższego czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz