Zwift or die...

Rower – jedno- lub wielośladowy pojazd drogowy napędzany siłą mięśni poruszających się nim osób za pomocą przekładni mechanicznej, wprawianej w ruch (najczęściej) nogami (wikipedia).

Trenażer - urządzenie, które w warunkach sztucznych umożliwia trening jakiejś sprawności. Używane do szkolenia indywidualnego lub zespołowego. Trenażer zwykle symuluje pewne cechy jakiegoś urządzenia lub warunków zewnętrznych. Jeśli jakość symulacji jest wystarczająco dokładna to trenażer jest także symulatorem (wikipedia).



Nie chcę siać afery, robić bezsensownej burzy, ale to co się dzieje ostatnio, w kontekście treningów indoor, aż się prosi o jakiś komentarz, bo chwilami nie wierzę w to co widzę i w to, co czytam.


Z góry mówię, jeśli wyścigi na Zwifcie są dla Ciebie imprezami docelowymi w całym sezonie i to na nie głównie czekasz wiosną i latem, bo rywalizacja w normalnych wyścigach na szosie Cię nie pasjonuje, to dalej nie czytaj. Dla mnie nie jesteś kolarzem szosowym, zgodnie z wcześniej przytoczoną definicją, jesteś kolarzem symulantem i wszelkie moje próby zachowania u Ciebie rozsądku spalą na panewce. Kijem rzeki nie zawrócisz...
Sprawia Ci to przyjemność, masz do tego zupełne prawo i nie neguję, życzę udanego "wirtualnego sezonu".

Jeśli jednak spodobał Ci się Zwift, dopiero zacząłeś się tam ścigać, mówiąc krótko - ostro się wciągnąłeś, ale to nadal dla Ciebie aktywność typowo zimowa, taka zapchaj dziura po sezonie i próba zrobienia formy pod sezon kolejny to zachęcam do lektury... Może się przydać.


Na wstępie chce wyraźnie powiedzieć, że Zwift jest fajny i sam z niego od czasu do czasu korzystam. Miłe urozmaicenie nudnych i monotonnych treningów na trenażerze, okazja do pokręcenia na rowerze z innymi, w wirtualnym świecie powoduje, że czas szybciej ucieka i ten beznadziejny zimowy okres jest łatwiejszy do przetrwania. Ale kluczowe w tym wszystkim jest zachowanie równowagi.

Kiedy za oknem jest ładna pogoda, w miarę ciepło, a ktoś woli sobie usiąść przed monitorem, przewiesić ręcznik przez kierownicę i kręcić jak chomik w wirtualnym świecie, to ja tego po prostu nie ogarniam. Nie wiem, może jestem już starej daty ?

Kolarstwo to jazda na rowerze, walka z własnymi słabościami, jazda często w warunkach niekorzystnych, walka z innymi zawodnikami ramię w ramię, szybka reakcja na różne niespodziewane wydarzenia. To sport, którego nie da się zaplanować, bo przecież podczas wyścigów występuje tak wiele różnych zmiennych czynników. I to jest właśnie najpiękniejsze w tym sporcie - nieprzewidywalność. Tym bardziej, nie da się się go nauczyć samemu, w domu.


Jeśli całą zimę spędzimy w swoim pokoju, zdecydowanie ucierpi nasze przygotowanie czysto techniczne do kolarstwa, o czym z resztą pisze również Training Peaks. Wchodzenie w zakręty, jazda w peletonie, trzymanie koła, walka z wiatrem, techniczne pokonywanie krętych zjazdów, kasowanie odjazdów, czy nagłe hamowania - to wszystko będzie upośledzone na wiosnę jeśli kompletnie olejemy jazdę outdoor. Dla niektórych to są oczywiste kwestie, ale nie dla wszystkich. Można się zdziwić, ale całkiem niedawno przeczytałem komentarz na Facebooku, że ktoś na Zwifcie nauczył się jazdy w grupie... serio...


Kolejna sprawa, o której większość chyba zapomina to sprawa czysto zdrowotna. Na trenażerze, jeżdżąc w domu, strasznie się pocimy, a co za tym idzie, następuje potworne odwodnienie. Myślę, że porównywalne do tego, które następuje w najbardziej upalne dni. To jest utrata płynów, której nie jesteśmy w stanie uzupełnić 1:1. Zrób rachunek sumienia i przypomnij sobie ile razy, już po godzinie jazdy na trenażerze bolała Cię na przykład głowa ale jechałeś dalej, bo przecież koledzy z eventu na Zwifcie nie poczekają. Wielkość kałuży pod Twoim trenażerem nie jest oznaką Twojej męskości ;)

Często słyszę argument, że tylko trenażer i Zwift daje szanse zrobienia odpowiedniej formy, bo można spokojnie jeździć wszelkie tempówki niezależnie od warunków atmosferycznych. Zgoda, warunki w domu rzeczywiście mamy wręcz apteczne, ale obserwując otoczenie, zdanie mam zgoła odmienne. Fakt, jeśli ktoś trenuje z głową, a Zwift jest tylko dodatkowym narzędziem, wkomponowanym w plan treningowy to ta aplikacja rzeczywiście zrobi robotę - FTP się podniesie po monotonnym trzepaniu sweet spotów. Tylko czy czasem na wiosnę nie będziemy mieli dość roweru po tak obciążających głowę treningach ? 



Jest też druga strona medalu, ta która w moim odczuciu jest bardzo niebezpieczna dla osób które chcą mieć nogę w sezonie szosowym - to wszelkiej maści wyścigi i eventy na Zwifcie. Chwilami przecieram oczy i nie wierzę, że w październiku i listopadzie lecą pełne wyścigi, ludzie jadą w trupa zbliżając się do swoich maksymalnych osiągów. Serio, znam dosłownie trzech kolarzy amatorów, którzy po takiej jesieni i zimie, w sezonie mieli jakieś fajne wyniki, cała reszta zaczynała mieć problemy już w maju/czerwcu. Jest to tym bardziej niebezpieczne im krócej trwa Twoja kolarska "kariera", bo taka jazda zimą, kiedy jeszcze nie wykształciłeś się w pełni kolarsko, to jak budowanie domu bez fundamentów. Zbudujesz, będzie ładny ale dość szybko wszystko runie.
Problem ze stabilną formą przez pełny sezon po ściganiu w zimie, jest znany od dawna, bo mamy przecież kolarstwo przełajowe i mądre wypośrodkowanie tego typu obciążeń jest niezwykle trudne. Potwierdzą Wam to najlepsi zawodnicy przełajowi, jak chociażby Marek Konwa, który również miewał problemy w sezonie MTB, po bardzo mocnych sezonach CX. Jest oczywiście też Mathieu van der Poel który ma extra nogę przez cały bity rok, ale to jest cyborg i wyjątek potwierdzający regułę ;)


Dla mnie kolarstwo to odskocznia od życia codziennego, te 2-3 godzinki kiedy mogę pobyć sam ze sobą, przemyśleć wiele spraw, zresetować głowę, odreagować problemy życia codziennego. W obecnych czasach, co jest dla mnie bardzo ważne, to jest w zasadzie jedyny moment dnia, kiedy całkowicie odpoczywam od elektroniki i przede wszystkim od smartfona. Telefon leży oczywiście w kieszeni ale nawet na niego nie spoglądam, chyba że się coś dzieje... tego nie daje mi Zwift.

Tak jak napisałem wcześniej, może jestem starej daty, nie wiem. Natomiast nie są dla mnie przeszkodą treningi po ciemku, w lekkim mrozie i w trudnych warunkach atmosferycznych. Może jestem głupi, a może dzięki temu nic mnie potem nie jest wstanie zaskoczyć w sezonie na wyścigach. Nie katuję się na Zwifcie, a na wiosnę nogę i tak mam, więc na serio się da ;)


Piszę ten tekst, bo z moich obserwacji to wszystko zmierza w niebezpiecznym kierunku. Ludzie kupują specjalnie drugi rower, żeby mieć na stale podpięty do trenażera, uczą się jazdy w grupie na Zwifcie, mielą wirtualny podjazd w miejscu i piszą, że przeżyli przygodę w górach... Jeszcze trochę, a w Sobótce spotkamy się na wyścigu, ale start będzie w Hotelu Sobotel a trasa Mnicha będzie wirtualna, bo przecież w ten sposób nie będzie ani kraks, ani żadna pogoda nam nie straszna.

Żeby była jasność, nie mam nic do Zwifta. Wszystko co powoduje, że ktoś decyduje się na wysiłek fizyczny trzeba chwalić i jeśli ktoś miałby w tym samym czasie siedzieć przed TV z piwkiem w ręku to oczywiście można się tylko cieszyć, że kręci na trenażerze.
Ale jeśli w tym samym czasie jest opcja pojeździć przy fajnej pogodzie na rowerze i zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, to czasem warto się zastanowić, co będzie lepsze dla naszego organizmu.

8 komentarzy:

  1. Raczej nie wygląda na to, żebyś "nie miał nic do Zwifta". A może faktycznie - nie do samego Zwifta a do ludzi, którzy tam jeżdżą. Cały artykuł jest bardzo negatywny w swoim wydźwięku, np "jesteś kolarzem symulantem".

    Jeśli ktoś ma ochotę mieć szczyt formy w środku zimy, pocić się w czterech ścianach - chwała mu za to! A mi nic do tego - jego wybór, jego pieniądze i jego czas...

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, niektórych tekstów "prowokujących" użyłem celowo aby wywołać dyskusję. W mojej opinii "kolarz symulant" nie jest w żaden sposób obraźliwy i wyjaśniłem to w tekście. Jeśli kogoś kręci takie kolarstwo to jego sprawa i mi nic do tego, tekst jest do trochę innej grupy ludzi, co też w tekście wyjaśniłem.
      Jeśli post byłby obraźliwy do samych ludzi jeżdżących na Zwifcie to obrażałbym sam siebie, bo też na Zwifcie się przecież pojawiam ;)

      Usuń
  2. Przez jesień i zimę większość dnia (jak nie cały) spędzamy w pracy. Nie każdy weekend w tym okresie da się tak zaplanować, by udało się wyskoczyć na rower. Zgadzam się, by korzystać z jazdy w realu, kiedy to tylko możliwe, ale jeśli ktoś chce naprawdę trenować (pomijam okres roztrenowania i "oddechu" dla głowy) z pomiarem mocy i sensownym planem tylko tak się po prostu nie da. Trening nacelowany w konkretne strefy ciężko zrobić nawet w sezonie, a co dopiero w jesienną pogodę i braku widoczności. Złotym środkiem jest połączenie obu światów niestety. Moc na trenazerze, a umiejtnosci na drodze weekend. Nie przekonasz mnie że weekendowe kolarstwo romantyczne ma coś wspólnego z budowaniem formy (czy utrzymaniem tej po sezonie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Zgadzam się, by korzystać z jazdy w realu, kiedy to tylko możliwe" - i to jest zdrowe podejście, które mnie cieszy ;)
      Ja zimą treningi specjalistyczne robię w tygodniu, soboty mam wolne, a w niedziele jeżdżę bez pomiaru mocy, często nawet bez pulsometru, bo i tak wtedy robię wytrzymałość i formę na wiosnę mam chyba całkiem dobrą ;)

      Usuń
    2. Co do komentarzy i wypowiedzi w stylu nauczyłem się jazdy w grupie na Zwifcie to chyba żart, albo jakaś skrajność. Skoro tak negatywnie jesteś nastawiony do jazdy przed TV to znajdź mi proszę alternatywę: wychodzę z domu do pracy i z niej wracam gdy jest ciemno, a pracuję na normalnym 8h etacie. Przy niskich temperaturach moje dłonie pękają, mam małe dziecko w domu i nie chcę przy nim smarkać całą zimę. I co Ty na to;]?

      Usuń
    3. ale komentarz o jeździe w grupie to autentyk i nie był to żart... ktoś stwierdził że nauczył się jazdy w grupie, zobaczył jak wygląda schodzenie ze zmiany itd... sam ten komentarz widziałem.

      Jeśli chodzi o drugą część to nie do końca zrozumiałeś/aś tekst. Nie hejtuję Zwifta samego w sobie, bardziej chodzi mi o skrajne zachowania typu wyścigi na tej platformie, jazda tam, kiedy za oknem jest 10 stopni i świeci słońce. A takich akcji jest coraz więcej. Jeśli ktoś szykuje się w sezonie na wyścigi przed TV to OK, ma do tego pełne prawo ale to nie jest kolarstwo szosowe i tyle. Tekst jest bardziej do tych którzy jednak się ścigają w sezonie na szosie i wpadają w wir Zwifta, który na serio może stać się niezłą pułapką. Potem jest płacz w sezonie w okolicach maja, czemu już nie mam nogi na ściganie.

      Każdy robi jak uważa, ja też pracuję 8h, mam dwójkę dzieci ale jak najbardziej rozumiem jeśli ktoś nie chce jeździć po ciemku itd i absolutnie nie zmuszam do niczego co jest dla kogoś totalną abstrakcją...

      Usuń
  3. Rewelacyjny artykuł, trudno byłoby to lepiej ująć. Oczywiście nie mam nic do Zwifta, ale osobiście nigdy nie zamienię jazdy outdoor, choćby w srogim mrozie i zmroku, z tej samej przyczyny dla której żaden mol książkowy nigdy nie zastąpi obcowania z papierowa, nierzadko zniszczona i zatęchła książka, na rzecz jej elektronicznego odpowiednika (który pewnie i jest praktyczniejszy), a meloman wzdrygnie się na myśl słuchania muzyki z mp3 (niby tez wygodniejsze niż walka z porysowanym winylem?). Niestety w obecnym świecie coraz mniej audiofilii, moli książkowych oraz ludzi z pasją. Świat idzie na łatwiznę, kosztem prawdziwych bodźców i wartości. Jedno jest pewne, to nie dla mnie. I nieprawdą jest, iż nie można przeprowadzić jakiegoś treningu outdoor, bez względu na warunki. Oczywiście, ze można, a przy tym jaka to frajda i tak jak słusznie napisałeś, walka z własnymi słabościami. Tym zawsze było właśnie kolarstwo. Uczmy się żyć, a nie udawać ze żyjemy.
    P.S.
    Krojonego chleba też nie kupuję, bo to zbyt duża frajda, żeby pozwolić robić to bezdusznej maszynie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo wyważony tekst i celne spostrzeżenia Mikołaju. Pierwsze komentarze pod artykułem upewniają mnie w przekonaniu, że rozwija się też w zastraszającym tempie inny problem: "czytanie ze zrozumieniem" :-)
    Sławek

    OdpowiedzUsuń