Rozterki amatora, czyli mój rok 2017

Mamy już od kilku dni nowy - 2018 rok, więc wypadałoby zrobić jakieś podsumowanie ubiegłego sezonu. Jako, że był to rok bardzo nietypowy to i podsumowanie będzie nietypowe i jeśli spodziewacie się wpisu stricte statystycznego to w zasadzie już możecie skończyć lekturę tego postu ;)


Był to zdecydowanie sportowo najtrudniejszy dla mnie rok, moja forma wyglądała jak gra aktorska Nicolasa Cage'a, który role bardzo dobre przeplata tymi tragicznymi (jeśli ktoś się nie zgadza polecam np film Czasy Ostateczne: Pozostawieni).
Był to dla mnie rok jednej wielkiej porażki, który jednak nauczył mnie więcej niż wszystkie, udane przecież, poprzednie sezony.




Zacznijmy jednak od początku, na samym starcie 2017 roku okazało się, że od stycznia do końca marca muszę ogarnąć dwie prace i tak do jednej chodziłem od 8:00 do 16:00, a potem musiałem ogarnąć drugą w godzinach 18:00 - 22:00. Oczywiście w normalnych okolicznościach rower wypadałoby odwiesić na ścianę jednak ja się nie poddawałem i do tej drugiej pracy, jeśli pogoda pozwalała jechałem rowerem i późnym wieczorem tak samo wracałem do domu (w sumie dawało mi to około 40km). Jednak z treningiem nie miało to nic wspólnego, no chyba że mówimy o treningu mentalnym, bo naprawdę trzeba się było nieźle spiąć żeby to wytrzymać psychicznie. Nawet sarny stojące nocą przy drodze patrzyły jak na idiotę (serio !).



Jak wiadomo dobrze przepracowana zima jest dla kolarzy bardzo ważna więc już na starcie wiedziałem, że to będzie ciężki rok.
Od kwietnia zacząłem już regularne treningi według planu ale w maju na świat przyszła moja córeczka.



Serio, wcześniej uważałem się za mistrza organizacji czasu, mając dziecko potrafiłem trzymać się w miarę sztywno planu treningowego i miałem wszystko dokładnie poukładane. Pojawiło się drugie dziecko i co ? Brak czasu nabrał zupełnie nowego znaczenia, przestawianie treningów, rezygnacja z kolejnych jednostek, skracanie czasu itd itp - z tym musiałem się zmierzyć i patrząc teraz z perspektywy czasu chyba tu poległem, bo pomimo iż przekręciłem tylko nieznacznie mniej kilometrów niż w 2016 to jednak systematyka i racjonalny trening trochę leżał, o regeneracji nie wspominając. Do tego dochodziła frustracja, że nie trenuję tak jak powinienem itd...



Z uwagi na pojawienie się córeczki w maju, pierwsze wyścigi przyszły dopiero w czerwcu (nie licząc Ślężańskiego Mnicha pojechanego dla zabawy w kwietniu). Wyścigi przyszły ale forma przyjść nie chciała i musiałem przyzwyczaić się do roli gościa, który przestał jeździć w czubie i nie walczył o czołowe lokaty.
Było to dla mnie ciężkie jak brak inhalatora dla Froome'a. Niestety po części nie potrafiłem sobie z tym poradzić, wciąż narastała frustracja, nakręcało się to jak spirala, złe emocje powodowały, że na treningu też nie szło. Ogólnie beznadzieja... Co gorsza, kiedy pojawiały się momenty lepszej formy to albo pojawiała się jakaś infekcja albo np. poważna awaria sprzętu, która blokowała możliwość normalnego trenowania.




Sam już nie wiem ile miałem myśli, żeby rzucić to całe kolarstwo w cholerę, ile razy zadawałem sobie pytanie po co mi to ? Kiedyś mój pięcioletni synek zapytał mnie: "Tata, a musisz iść na ten trening ? No i wtedy mnie olśniło, przecież ja nic nie muszę :P To miała być moja pasja, a nie obowiązek...

Trzeba było coś z tym zrobić i postanowiłem przewartościować swoje życie, wiem, brzmi górnolotnie ale to nic innego jak poukładanie sobie wszystkiego od nowa w głowie.
Do jakich wniosków doszedłem ? Po pierwsze rodzina jest najważniejsza i nawet wygranie Mistrzostwa Świata Masters Gran Fondo nie da mi tyle radości co szczęście moich dzieciaków i żony. Po drugie nie ma sensu nic robić na siłę, bo efekt jest odwrotny do zamierzonego i coś co ma mi przynosić radość i satysfakcję ostatecznie przynosi frustrację i złe samopoczucie.


Jesienią pobawiłem się trochę w przełaje, odpocząłem konkretnie i postanowiłem przygotować się do 2018 jak nigdy wcześniej... Od 1 grudnia lecę ostro z planem bez oszczędzania się, staram się dawać z siebie 100% i pomimo iż mamy dopiero styczeń ja już widzę tego efekty. Przede wszystkim udało mi się zrobić to co zawsze chciałem, a nigdy nie wychodziło, czyli wreszcie przybrałem kilka kilogramów. Czy te przygotowania się powiodą ? Zobaczymy, albo będzie spektakularny sukces albo upadek z dużej wysokości.
Jedno wiem, co ma być to będzie i podchodzę do tego z dużą rezerwą, nie planuję żadnych konkretnych wyścigów. Chcę po prostu aby kolarstwo znów sprawiało mi frajdę bez tych wszystkich negatywnych emocji :)


P.S.
Niestety z tych samych powodów musiałem trochę zaniedbać bloga ale jak mam wybór czy pobawić się z dziećmi czy napisać kolejny post na bloga to mój wybór jest oczywisty... 

1 komentarz:

  1. Popieram, kolego, rodzina jest najważniejsza. Ja wprawdzie na zawody jeżdżę, jako gość i cieszę się z każdej urwanej sekundy w stosunku do zeszłego roku, ale też nagle na mnie spłynęło, że na treningi jadę, bo muszę, kolejne zawody! Muszę? Przecież ma mi to sprawiać frajdę! Po przewartościowaniu jest mniej musu, a więcej przyjemności. W końcu jak się ma 50+, to głównie o to chodzi: o zdrowie i przyjemność. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń