Z ręcznikiem na wojnę, czyli przygoda ze Zwiftem



Całkiem niedawno wrzuciłem na swój fanpage zdjęcie z treningu i dodałem, dość kontrowersyjny jak się okazało, podpis „A niektórzy i tak wolą siedzieć na Zwifcie… CX a nie jakieś tam kręcenie z ręcznikiem pod wiatrak”. Wywołałem tym istną burzę, czego dowodem jest ponad 100 komentarzy pod zdjęciem i jedną wielką kłótnię zwolenników oraz przeciwników Zwifta.

Zrozumiałem, że temat który tak bardzo dzieli nasz kolarski-amatorski świat jest wart uwagi i bliższemu przyjrzeniu się całej sprawie.
Alpe de Huez, czy tam inne Alpe...

Przypomniałem sobie, że dość dawno temu kupiłem sobie ANT Sticka więc postanowiłem wykorzystać ten fakt, zarejestrowałem się na Zwifcie i postanowiłem skorzystać z tygodniowego okresu testowego. Zdaję sobie sprawę, że bez trenażera typu smart to nie to samo ale zawsze daje to jakiś obraz całej zabawy.

Na wstępie muszę też zaznaczyć, że trenażer nie jest dla mnie, nie chodzi tu nawet o psychikę tylko o moje ograniczenia zdrowotne związane z upośledzoną termoregulacją. Po prostu jakakolwiek mocniejsza jazda jest dla mnie zabójcza – tak jak i jazda w upałach powyżej 30 stopni latem. Ktoś kto nie ma takich problemów tego nie zrozumie.

… dziecko masz tu kredki, najedz się czekolady i narysuj co Ci tylko wyobraźnia podpowie …

Pradziad ?
Koszmar Anakina Skywalkera ?
Zwifta uruchamiam akurat jak dostępna jest trasa zwana Watopią i patrząc z dalszej perspektywy, dobrze, że tak trafiłem… W sumie to ciężko ją określić w kilku słowach, mam wrażenie że przy tworzeniu brało udział jakieś kreatywne dziecko, bo mamy tu wszystko, od wulkanicznej krainy - koszmaru Anakina Skywalkera, przez podwodne tunele i mosty w dżungli, aż po wysokie ośnieżone szczyty, typowe włoskie miasteczko, czy nadmorską promenadę. Zdecydowanie każdy znajdzie coś dla siebie. Pojeździsz pod wodą, w górach, zdobędziesz Wulkan, a nawet przejedziesz pod wielkim wodospadem.

… nie ma takiego miasta Londyn - jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Na wzgórzach pod Londynem można spotkać np. Darka Baranowskiego ;)
Na drugi rzut trafiłem na Londyn… no właśnie – miało być ciekawie, jazda po odwzorowanym centrum Londyna doprawiona wspinaczką na okoliczne wzgórza. Nie wiem czemu ale dla mnie to była nuda, jeszcze ten pierwszy raz był spoko ale nie wyobrażam sobie katowania tej trasy cyklicznie. Niby fajnie, jedziesz nad Tamizą, trasą metra lub kolejki, widzisz znane londyńskie zabytki ale czegoś mi tam brakuje.
... bądź jak Kevin ...



Kolejny poznany świat to Nowy Jork, kolejna wielka i słynna metropolia , która jednak też nie ma podejścia pod Watopię. Możemy poczuć się jak Kevin (tak, ten co był raczej sam) i poznać dokładnie Central Park. Żeby nie było za płasko, ktoś z bujną wyobraźnią postanowił stworzyć podjazd i zaprojektował coś co nazywa się Sky Loop, gdzie jak wjedziemy, to bardziej poczujemy klimat z filmu Sędzia Dredd (z latającymi taksówkami włącznie). Ogólnie lepiej niż w Londynie ale też daleko do zachwytów. W momencie kiedy na Zwifcie przebywa dużo ludzi, w Central Parku dosłownie się kotłuje i jazda, moim zdaniem, dużo traci na atrakcyjności...
... W cieniu Bergisel i w pogodni za Saganem...
Alpy, wieczór, skocznia w tle... nic tylko jechać ;)
Niewątpliwie łakomym kąskiem dla fanów kolarstwa jest utworzenie tras odzwierciedlających rundę, która pokonują zawodowcy na Mistrzostwach Świata. Zgodnie z tym tropem poszli magicy ze Zwifta i utworzyli trasy zarówno mistrzostw w Innsbrucku, jak i z Richmond. Przyznam, że trasa z podnóża Alp przypadła mi bardzo do gustu, są góry, podjazdy, urokliwe miasto oraz oczywiście widoki na Alpy. Niestety odwzorowaną mamy tylko rundę z MŚ więc możemy sobie ją przejechać w jedną oraz drugą stronę i na tym w zasadzie koniec - jednak liczę, że ten świat będzie rozwijany, bo potencjał ma ogromny, w końcu położenie Innsbrucka jest jedyne w swoim rodzaju. Jeśli chodzi o Richmond to jest to moim zdaniem kolejna nudna miejscówka, można ją przejechać i tyle, raczej nie spowoduje u nikogo szybszego bicia serca (no chyba że poleci w trupa na podjeździe ;)
Swoją drogą całe szczęście, że nikt nie wpadł na pomysł odwzorowania trasy z Kataru...



Niestety, tygodniowy okres testowania nie daje możliwości sprawdzenia całej zawartości światów Zwifta, bo niektóre zakątki odblokowują się dopiero po osiągnięciu konkretnych poziomów. Tu z pomocą przychodzą eventy – wystarczy dołączyć do takiego, który jedzie w dane miejsce i wtedy masz jedyną możliwość na eksplorację trasy.


Jako, że ja jestem miłośnikiem gór i podjazdów bardzo kusiło mnie przejechanie, słynnego już, podjazdu Alpe du Zwift, który odwzorowuje słynne Alpe de Huez. Trasa ta odblokowuje się dopiero przy 12 poziomie ale znalazłem event-race, który tam właśnie pojechał, długo się nie zastanawiałem i wziąłem w nim udział. Mówiąc krótko to była masakra przez wielkie M. Już pomijam fakt, że ludzie sobie tam jadą 6,0 w/kg, ja chciałem po prostu sobie „wjechać”. Tak jak pisałem, nie mam niestety trenażera smart, więc nachylenie i kadencję regulowałem sobie na wyczucie manetką do trenażera. 50 minut podjazdu i siłowej jazdy, pomimo iż na w miarę niskich watach, wypompowało mnie zupełnie, jazda dłużyła się niemiłosiernie, a na szczycie czułem się jak po pierwszym wyścigu w sezonie.
Central Park
Na pewno bardzo motywują inni uczestnicy, tym razem było ich aż 1000 – szkoda, że nie mogłem jechać na takich mocach jak w realnym świecie na zewnątrz, byłoby na pewno ciekawiej.
Tej trasie daje szóstkę z plusem, naprawdę fajnie zrobiona i abstrahując już od nachylenia terenu, w całości jest na co popatrzeć i jeśli ktoś ma bujną wyobraźnię oraz odpowiedni trenażer, który sam dopasuje odpowiedni opór, może spróbować poczuć się trochę jak w górach.


Zostańmy przy eventach i wyścigach. Z jednej strony idea bardzo fajna, kiedy ludzie zbierają się w większej grupie jeździ się lepiej, raz że mamy draft czyli wirtualnie jedziemy po prostu szybciej, dwa – można się lepiej zmotywować żeby np. utrzymać koło na podjeździe, trzy – można jechać po trasach, do których nie ma się dostępu.
Trening zaimportowany z Training Peaks - bardzo duży plus
Z drugiej jednak strony te wszystkie wyścigi kompletnie do mnie nie przemawiają, po pierwsze nie ma to dla mnie sensu treningowego w okresie zimowym (no chyba, że ktoś szlifuje formę na wyścigi CX), po drugie tam nic nie jest moim zdaniem sprawiedliwie mierzalne, każdy pomiar mocy ma jakieś rozbieżności, moc z trenażera to już w ogóle w większości przypadków nie ma odzwierciedlenia w realu. Wszystko opiera się na mocy w przeliczeniu na kilogram masy ciała i w zasadzie każdy może sobie wpisać tam co chce… No i najlepsze – boostery, niczym turbodoładowania w grze komputerowej – no trochę to śmieszne, chyba że traktuje się to wszystko jako jedną wielką grę i zabawę – wtedy może i ma to sens.


Naprawdę mam bardzo mieszane uczucia, widzę sporo zalet Zwifta ale jednocześnie też sporo zagrożeń. Spędzenie całej zimy w domu, gapiąc się w monitor nie jest moim zdaniem zdrowe. Jazda na rowerze to jednak jazda, a nie kręcenie w miejscu, wirtualny świat wciąga i to bardzo. Boje się, że w pewnym momencie, kiedy tylko pogoda będzie trochę słabsza, ktoś będzie wolał wybrać kręcenie na Zwifcie – i nie piszę tu o jeździe w ulewie, tylko np. w temperaturach poniżej 10 stopni itp. Trzeba pamiętać, że Zwift to substytut, a kolarstwo to sport outdoorowy. Cała zima na trenażerze upośledza technikę jazdy, a jak bardzo ta jest potrzebna przy wszelkich wyścigach i ustawkach nie będę nawet opisywał.

Oczywiście Zwift daje możliwość realizacji mądrego i dokładnie zaplanowanego planu treningowego (zaimportowanie planu np. z Training Peaks to na serio bajka), niezależnie od warunków na zewnątrz i zapewne ludzie którzy z tego korzystają będą mieć idealną formę już w kwietniu, jednak patrząc na to co się dzieje na tych wszystkich wirtualnych ustawkach i wartości generowanych mocy obawiam się, że połowa będzie już zajechana w maju - w sumie to się nie obawiam, to ich sprawa 😉


Moje zdanie jest proste, rower i kolarstwo to jazda na zewnątrz, nawet jak jest ciemno i daleko od ideału. Nic nie zastąpi fajnej, zimowej zabawy na rowerze CX w terenie. Są oczywiście warunki, które jazdę wykluczają i wtedy z pomocą przychodzi trenażer, a wszystko co umili nam korzystanie z tego ustrojstwa jest na wagę złota – i tu z pomocą przychodzi na przykład Zwift, na którym czas leci zdecydowanie szybciej niż na serialach (przynajmniej w moim przypadku). Jeśli ktoś świadomie decyduje się na jazdę wirtualną przez całą zimę, niezależnie od warunków za oknem, to jednak jego sprawa i nie ma co tworzyć na siłę podziałów, każdy ma wolny wybór i swój rozum. No chyba, że ktoś trenuje na Zwifcie latem, w szczycie sezonu, bo akurat jest wietrznie albo twierdzi że ma apteczne warunki do trenowania interwałów i tempówek – no tego nigdy bym nie zrozumiał.

Możliwe, że zdecydowanie bardziej wychwalałbym Zwifta gdybym miał smart trenażer, który jeszcze bardziej urealniłby mi jazdę po wirtualnym świecie – jednak na taki sprzęt nie mam po prostu środków finansowych i nie mam tego jak zweryfikować. Druga sprawa to moje ograniczenia zdrowotne.



No i jeszcze kwestia ceny, testowy okres 7 dni jest za darmo, później zaczynają się schody, za miesięczny abonament musimy zapłacić 15 dolców. Czy to dużo ? Moim zdaniem tak, przy obecnym kursie, jeśli ktoś chce mieć dostęp 12 miesięcy w roku musi liczyć się z kosztem około 700 złotych - dla mnie to kwota zaporowa. Jednak patrząc na ilość ludzi korzystających z tej platformy, obniżek raczej bym się, w najbliższej przyszłości, nie spodziewał.


Na sam koniec, z jednej strony, po przeczytaniu komentarzy potreningowych na fanpage Zwifta, jak np. „Podczas dzisiejszego etapu można było poczuć magię prawdziwych gór”, buzia szeroko otwiera mi się ze śmiechu i zdziwienia, z drugiej jednak strony, po co komuś zabierać coś co go nakręca i powoduje wzrost endorfin… w końcu wszystkich nas łączy jedna pasja – kolarstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz