Tatry Tour 2016

Tatry Tour - wyścig, który na krótszym dystansie jest wręcz skrojony pode mnie, zrozumiałem to w roku 2013, kiedy finiszowałem tu jako 5 zawodnik OPEN. Jednocześnie jest to też wyścig, który co roku zaskakiwał mnie jakimś "niefartem", a startuję tu już od roku 2010, z jednoroczną przerwą.


Wyścigu chyba nie trzeba nikomu przedstawić, jednak jeśli znajdzie się ktoś kto jeszcze nie zna Tatry Tour to zachęcam do jednego z moich dawniejszych postów. Oczywiście od 2010 roku wyścig trochę ewoluował, w tym roku start i meta były trochę dalej, już na terenie Nowego Smokovca, zmieniła się też topografia ostatniego kilometra, który w tym wyścigu ma kluczowe znaczenie.
W tym roku miała też miejsce inna, istotna dla mnie, zmiana - z uwagi na Światowe Dni Młodzieży, organizatorzy postanowili przenieść wyścig z ostatniego weekendu lipca, na pierwszy weekend września, co ostatecznie skutkowało lepszą dla mnie pogodą.

Zacznijmy jednak od początku...

W tym roku niestety nie miałem aż tyle czasu, żeby, jak co roku, przyjechać do Bukowiny Tatrzańskiej na tydzień, udało się wygospodarować 4 dni i musiało mi to wystarczyć żeby "naładować baterie". W Tatry przyjechałem w czwartek, gdzie powitała mnie genialna pogoda, słoneczko i 25 stopni. Co najlepsze, prognozy zapewniały, że taka pogoda utrzyma się przez cały weekend !
Czwartek i piątek to krótkie jazdy po okolicznych trasach, nie obyło się oczywiście bez wizyty na cudownej rundzie prowadzącej przez Łapszankę, Osturnię, Przełęcz Zdiarską, Łysą Polanę i Głodówkę czyli obowiązkowy punkt podczas pobytu w Tatrach.


W sobotę 3 września pojechałem tam, gdzie było moje miejsce tego dnia, czyli do Starego Smokovca na Słowacji. Pogoda wyśmienita, słoneczko oświetlające masywne, tatrzańskie szczyty i wszechobecny błękit nieba. Czego chcieć więcej ? Oczywiście doskonałego ścigania na szosie ;)



O 10:00 rusza na trasę ekipa z długiego dystansu, dla mnie to za dużo, szczególnie teraz kiedy mam swoje problemy mięśniowe. Ściganie przez połowę dystansu, a potem walka o przetrwanie to nie dla mnie...

O 11:00 z liczną ekipą mojego BodyiCoach Cycling Team stanęliśmy więc na starcie krótszego dystansu. Do przejechania mieliśmy niespełna 75 kilometrów i około 1200 metrów przewyższenia.

3,2,1... start
Po starcie tradycyjnie długi zjazd aż do Tatranskiej Kotliny z jednym krótkim podjazdem w Łomnicy. Tu tradycyjnie jest szybko i sprawnie, trzeba jechać czujnie z przodu żeby czasem nie załapać się do jakiejś głupiej kraksy.
W zasadzie do miejscowości Zdiar bez przygód, wszyscy razem, to jeszcze nie czas na próbę sił. Ta przyszła wraz z nadejściem pierwszego długiego podjazdu pod Przełęcz Zdiarską. Nachylenie kilkuprocentowe nie straszy, jednak podjazd ten ma w sobie coś co męczy psychikę - długie proste aż po horyzont, kiedy już myślisz że osiągnąłeś szczyt, po zakręcie roztacza się kolejna długa prosta ;)
Jeszcze przed startem

Co roku to właśnie tutaj dochodziło do wyselekcjonowania czołowej grupki, nie inaczej było tym razem. Wraz z Rafałem z Teamu postanawiamy wziąć sprawy w swoje ręce i równo po zmianach przeprowadzamy selekcję, lecimy równo i mocno. Na szczycie zostaje nas kilkanaście osób - można powiedzieć dość komfortowa sytuacja, szczególnie że oprócz mnie i Rafała jechał tu też Dawid.


Potem długi i sprawny zjazd, a następnie ni to płaski odcinek, ni to podjazd, ciężko to nazwać :) Tutaj tempo spada na tyle, że dojeżdżają do nas jakieś "niedobitki". Jednak jak tylko zrobiliśmy nawrót na granicy od razu postanowiliśmy ponowić selekcję, tym razem mocno pociągnął Rafał - ja się trochę zagubiłem na tyłach grupki ale tuż przed szczytem już kręciłem w czubie.

Przed nami został ostatni długi podjazd, znów na Przełęcz Zdiarską, ale tym razem od drugiej strony. Tempo wzrasta z każdym kilometrem, podkręca Rafał, potem poprawia kolega "Bobas" (zwycięzca OPEN sprzed roku), któremu z kolei poprawiam ja. Tempo było na tyle konkretne, że na szczycie zostało nas jedenastu.
Pozostał szybki zjazd do Zdiaru i dalej już długi ale łagodny podjazd z powrotem do Smokovca.

Tradycyjnie na tym odcinku czarowanie przeplata się z ciągłymi próbami odskoczenia od peletoniku. Ja jadę sobie spokojnie kontrolując rywali. Wiem, co jest moją największą siłą więc nie ma co kombinować tylko czekać na końcówkę.

Mój plan taktyczny wypala prawie w 100 procentach, na 2 kilometry przed metą odskakuje bowiem od nas dwóch Słowaków, po czym dojeżdża do nich jeszcze jeden rywal. Nikt za nimi nie skacze, dopiero na kilometr przed metą stawiam wszystko na jedną kartę. Skaczę za Bobasem, po czym mocno poprawiam i idę w trupa już na metę, nikt nie utrzymuje koła. Jadę bardzo mocno, dochodzę dwójkę Słowaków, mijam ich i gonię ostatniego rywala. Z każdym metrem jestem coraz bliżej.

Ognisty finisz ;)
Niestety zabrakło pewnie z 20-30 metrów, żeby przekroczyć metę jako 1 zawodnik OPEN. Jestem drugi, przegrywając laur zwycięstwa o pół sekundy. Lekko nie było, Garmin pokazał puls maksymalny 198, kalkulacji więc żadnych nie było ;) Pozostało długie oczekiwanie na dekorację i lekki niedosyt, bo pierwszemu i trzeciemu czekać się już nie chciało i na podium musiałem wyjść sam - trochę lipa.
Upragnione podium
Nie ukrywam, że bardzo potrzebowałem w tym sezonie takiego wyścigu, w sezonie, w którym od samego początku było mi bardzo ciężko i ciągle coś stawało mi na drodze do uzyskania odpowiedniej formy. Problemy zdrowotne prawie wybiły mi kolarstwo z głowy ale jakoś się pozbierałem i chyba idzie ku lepszemu (o tym już niedługo w osobnym wpisie). Od kilku lat moim małym marzeniem było pudło na Tatry Tour i wreszcie udało się to zrobić. Oczywiście minimalny niedosyt jest - pierwsze miejsce było na wyciągnięcie ręki ale zdecydowanie nie ma co narzekać :)


Marzenia się spełniają, kolejne jest bardziej długofalowe i skupia się w trzech literkach - GMP ;)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza