Rajcza, Rajcza i po Rajczy

Jeszcze dzień przed wyścigiem Rajcza Tour z serii Dobre Sklepy Rowerowe Road Maraton, byłem pewien obaw o pogodę. ICM pokazywał bowiem deszcze i to takie ulewne z burzami, a takie warunki w połączeniu z trudną trasą wyścigu stanowiłyby nie lada trudność...
Na całe szczęście pobudka w sobotni poranek była jedną z najprzyjemniejszych w tym roku, za oknem nie było bowiem ani jednej chmurki, a prognozy zmieniły się o 180 stopni i pokazywały doskonałą, kolarską pogodę przez cały dzień.


Czas do startu minął bardzo szybko, fajnie było ustawić się znowu w sektorze startowym, zobaczyć znajome twarze, zamienić kilka słów i ruszyć barwnym peletonem w kierunku Przełęczy Glinka.
Dość długo prowadził nas samochód Wieśka podczas startu honorowego ale jak tylko zaczął się start ostry od razu poszły akcje zaczepne. Nie był to może jakiś rekordowo szybki wjazd ale pierwsza selekcja się odbyła.
Później na długim zjeździe tradycyjnie wszystko się połączyło i do Rajczy wjechała bardzo liczna grupa.


Pierwszy sztywny podjazd tego dnia do Nieledwi to już selekcja przez duże S, tutaj wszystko się wyjaśniło, kto miał jechać w pierwszej grupie ten tam był, dalej nie było za bardzo miejsca żeby przeskoczyć do czołówki, ciągle trasa góra-dół nie pomaga takim akcjom. Kolejne podjazdy pokonywane były już przez utworzone na trasie większe lub mniejsze grupki.
W czołówce odjechała dwójka zawodników, która dowiozła przewagę na metę, pozostała więc walka o najniższy stopień podium w Open.



Z mojej perspektywy wyścig był bardzo fajny, selektywny i ciężki. Niestety zaliczyłem jednego z nielicznych w mojej "karierze" DNF-a. Mocne kurcze w nogach uniemożliwiły mi walkę o najwyższe cele. Szkoda, bo noga kręciła bardzo dobrze i na Nieledwi zameldowałem się z pierwszą grupą. Kiedy już w głowie obmyślałem taktykę na drugą część trasy, wyścig się dla mnie w zasadzie skończył...

Dużo większe nadzieje na dobry rezultat miałem dzień później. Kto mnie zna ten wie, że co jak co, ale czasówki górskie typu uphill działają na mnie jak woda na młyn. Dodatkowo, organizator umiejscowił czasówkę na niezwykle ciężkim i sztywnym podjeździe na Koczy Zamek przez Kamesznicę.


Szybka rozgrzewka i wystartowałem, przyznam szczerze, że nie spodziewałem się aż tak długiego odcinka płaskiego, a w zasadzie bardzo interwałowego, aż 4,5 km dojazdu, po czym nagle wyrosła przed moimi oczami totalna ściana do nieba. Kompletna zmiana rytmu całkowicie zblokowała moje nogi, długo nie mogłem wejść na odpowiednie obroty i strasznie się męczyłem, chyba spokojnie mogę napisać, że był to jeden z moich trudniejszych technicznie uphilli, gdzie bardzo ciężko rozłożyć odpowiednio siły.


Tego dnia było mnie stać na 2 miejsce w kategorii B oraz 3 Open. Po całkowicie nieudanym ściganiu w sobotę, miejsce na podium bardzo mnie ucieszyło i zmotywowało do dalszej pracy.

Ogólnie weekend zaliczam więc do udanych, sobotnia przygoda nie będzie mi się kojarzyła zbyt przyjemnie, szczególnie że dodatkowo mój przyjaciel z Teamu złamał sobie obojczyk (zdrówka Andrzej), ale odbiłem sobie ją z nawiązką już w niedzielę.
Teraz trzeba wziąć się wreszcie porządnie za moje problemy z kurczami mięśni, mam nadzieję, że ogarnę to do Pętli Beskidzkiej, bo dłuższej przerwy od startów robić sobie nie chcę ;) Szczególnie, że noga się rozkręca i jest coraz lepiej.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza