Froomie

Nie lubię Frooma... nigdy nie lubiłem. Głównie za styl w jakim jeździ, za, moim zdaniem, pokraczną pozycję na rowerze, za kadencję maszyny do szycia, za ciągłe spoglądanie na swojego Garmina, za to że po prostu przypominał mi robota, a kolarstwo sprowadzał do gry komputerowej, w której jak dobrze porozkładasz siły swoich zawodników, to pierwszy przekroczysz linię mety...

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Nie lubię za to, że może legalnie wspomagać się lekami na astmę, ba - nawet ostentacyjnie potrafi wyjąć inhalatorek na podjeździe i się zaciągnąć. Nie lubię za to, że pomimo wpadki dopingowej może sobie legalnie startować w wyścigach, podczas gdy w takim samym przypadku mniej znanego kolarza już siedziałby w domu z dwuletnim banem na starty.

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Nie lubię, za to, że musiał na niego harować nasz Michał Kwiatkowski na Tour de France, że chwilami wydawało się że nasz zawodnik jest po prostu mocniejszy ale jednak musiał być przybocznym swojego lidera...

No po prostu gościa nie lubię i mam do tego prawo :)

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Ale to co zrobił wczoraj to po prostu mistrzostwo świata. Robot ożył, tak w skrócie nazwałbym wczorajsze wydarzenie. Zamiast kalkulować w swoim stylu, on po prostu ruszył do przodu 80 kilometrów przed metą, 80 kilometrów najeżone ciężkimi podjazdami. Bez zbędnej kalkulacji, odważnie, niczym Fausto Coppi w 1949 roku. Interesuję się kolarstwem już do wielu lat i takie obrazki jak wczoraj można oglądać bardzo rzadko.

19 etap Giro Italia 2018 roku, na długo zapadnie w mojej pamięci, myślę że na długo zapadanie w pamięci większości kibiców. Można tylko żałować, że etap ten odbył się w piątek, kiedy większość z nas była w pracy lub w szkole. Takie epickie momenty powinien oglądać każdy młody adept kolarstwa, bo tego się właśnie trzeba uczyć - kolarstwa romantycznego, a nie kręcenia na sztywno według cyferek na małym ekraniku.
Właśnie za brak kalkulacji pokochałem styl jazdy Alberto Contadora i pomimo iż nigdy nie polubię tak Frooma, to od dziś dostaje ode mnie czystą kartę. Taka tabula rasa, którą może wypełnić od nowa. Zapominam o tych wszystkich rzeczach które napisałem na początku. Zobaczymy co będzie dalej...

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Pisząc ten tekst, modlę się jednocześnie, żeby rajd Frooma nie okazał się samobójczą jazdą Floyda Landisa, bo niestety co jak co, ale takie porównania nasuwają się same...

No i ważna kwestia, piszę to w sobotę o godzinie 13:00 i nie mam pojęcia co się stanie na etapie 20, który zapowiada się również bardzo ciekawie. Jednak jestem prawie pewien, że nikt Krzysiowi nie będzie w stanie zrobić kolarskiej krzywdy...
http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Dodam jeszcze ciekawostkę będącą idealnym podsumowaniem, na wczorajszym etapie, Ryan Mullen, przez 6 godzin wykręcił średnią moc równą około 3,7 w/kg i jazda na takim poziomie pozwoliła mu stracić zaledwie 45 minut do zwycięzcy ;)

W cieniu Grodów Piastowskich

Grody Piastowskie każdy raczej zna, jedna z nielicznych polskich etapówek i z reguły jeden z głównych celów naszego rodzimego CCC Cycling Team. Swego czasu nawet się śmiano, że wiosenne klasyki World Tour jak np. Amstel Gold race, w których CCC brało udział, to świetne przygotowanie przed głównym celem, czyli Grodami ;)
Tak czy inaczej, organizatorzy postanowili zadbać również o amatorów i dać nam poczuć smak rywalizacji na tych samych trasach, gdzie później siódme poty wylewają zawodowcy. Tym sposobem w sobotę 12 maja znalazłem się w Pieszycach, a dzień później w Jaworze.


Pierwszy wyścig to Korona Gór Sowich i chociaż na samym początku stwierdzałem, że organizator robi sobie z nas kpiny serwując trasę o długości 37km, to po przejechaniu ich w tempie wyścigowym już tak ochoczo nie twierdzę. Wszystko przez fakt, że na tak krótkiej trasie upchnięte zostało 1000 metrów przewyższenia i takie przełęcze jak Jugowska, Sokola i Walimska, czyli jedne z dań głównych które mają do zaserwowania Góry Sowie.


Pobudka o 5 rano, szybka kawa, do samochodu i już jadę w kierunku Pieszyc, GPS pokazuje 2,5h jazdy i tak też dojeżdżam na miejsce. Biuro zawodów czynne od 8:00 otwiera się bliżej 8:30 ;) Tak czy inaczej, dość sprawnie odbieram numerki, szykuję rower i siebie i zabieram się za rozgrzewkę. Ta wydaje się kluczowa, bo wyścig zaczyna się 13-kilometrowym podjazdem na Przełęcz Jugowską... Udaje się odpowiednio rozgrzać i pomimo iż przez to w sektorze startowym stoję dopiero w 6 rzędzie chyba było warto...


3...2...1... Start
W powietrzu aż unosi się zapach testosteronu, tradycyjnie każdy chce być z przodu i wszyscy lecą jak mrówki do miodu. Jest trochę niebezpiecznie i nerwowo więc sprawnie przesuwam się stopniowo na czołowe miejsca w peletonie. Podjazd idzie szybko i sprawnie, puls pokazuje że jest dobrze, trzymam się ładnie czołówki połykając kolejne kilometry. Mam pewne obawy, bo jednak 13-kilometrowy podjazd to jakieś pół godziny jazdy w okolicach progu, a takich rzeczy w tym sezonie za bardzo jeszcze nie zaznałem. Niestety moje obawy były słuszne, bo gdzieś na 8 kilometrze łapię kryzys, na tyle mocny że kolejne podkręcenie tempa powoduje moje odłączenie od czołowej, 10-osobowej, grupki. Wyrównuję puls jednocześnie czekając na drugą grupkę, gdzie tempo jest dla mnie idealne i tak w 5 osób wjeżdżamy na przełęcz.
Zjazd idzie tak szybko i sprawnie, że nawet nie zauważam kiedy zaczynamy podjazd na Przełęcz Sokolą, podjazd który miał być równy i przyjemny, a który organizator postanowił nam znacznie ubarwić prowadząc jakąś boczną sztajfą. Przyznam, że tego się nie spodziewałem, bo nagle przed naszymi oczami pojawiła się wąska droga do nieba, gdzie na 1,5 kilometra średnie nachylenie oscylowało w okolicy 12% mając fragmenty 16%.
Nogi trochę zgłupiały, jechało mi się tu ciężko chociaż trochę "otuchy" dodawał fakt, że zaczęliśmy widzieć przed sobą kolejnych zawodników. No ale nie doszliśmy, a ze szczytu czekał nas kolejny bardzo szybki zjazd po zmianach.


W Walimiu kolejna niespodzianka organizatora i na Przełęcz Walimską również wjeżdżamy częściowo jakimś bocznym skrótem, tutaj nachylenie nie jest aż tak bardzo hardcorowe jak wcześniej ale też daje popalić i zostaje w nogach. Zostaje jeszcze końcówka podjazdu, gdzie z Arkiem z Diversey próbujemy dojść zawodników przed nami ale jednak trochę brakuje i w dwójkę zaczynamy zjazd do Pieszyc. Zjazd dość niebezpieczny i chwilami wariacki z naszej strony ale technicznie jedziemy go dobrze, współpraca się układa i razem wpadamy na metę.
www.e-legnickie.pl

www.e-legnickie.pl
Ostatecznie 5 miejsce w kategorii M30 i 10 OPEN, w sumie jestem zadowolony, bo widać że powoli wracam na właściwe tory, jednak strata minuty do podium trochę mnie męczy i standardowo myślę, gdzie mogłem się bardziej zagiąć i tą minutę urwać ;)

Dzień później cała barwa karuzela wyścigowa przenosi się do urokliwego Jawora, gdzie obok mety Grodów jest rozgrywana Jaworska Pajda Chleba na dwóch dystansach. Jako, że ten krótki jest po prostu ultra krótki wybieram wersję dłuższą. 
Nie znam kompletnie trasy wyścigu, wiem, że będą dwa solidne podjazdy i niestety długi, płaski dojazd na metę. Robię szybki rekonesans ostatnich metrów i już wiem, że końcówka jest kompletnie nie dla mnie - wąsko i po nierównym bruku - to preferuje raczej dobrze zbudowanych kolarzy, a nie takich "wycieniów" jak ja ;) W takiej sytuacji jedyna szansa na dobry wynik to ucieczka...
www.e-legnickie.pl
Czas mija bardzo szybko i ani się obracam, a już stoję na starcie witając się ze znajomymi. Ekipa przyjechała konkretna więc zapowiada się fajne ściganie.
3...2...1... start, od razu bez żadnego oglądania się na siebie idzie tempo i widać, że zaraz pójdzie jakiś atak. Tak też się stało, chłopaki ze Strefy Sportu urywają się zaraz po wyjeździe z miasta, mija mnie Kamil Gromnicki, który proponuje nawet żebym doskoczył z nim ale chwila zawahania i już jest po ptakach. Szkoda, szczerze mogę przyznać że szansę miałem, bo ostatecznie odjechała trójka właśnie z Kamilem w składzie. Inna sprawa, że nie wiem czy dałbym radę cały wyścig spędzić w ucieczce...
Tempo w peletonie wcale jakoś specjalnie nie siada, część zawodników chce gonić, część z tego korzysta - jak to zwykle na wyścigach bywa ;) Idzie kontratak dwóch zawodników ale nie wróżę im sukcesu w takim momencie.
Pierwszy podjazd pod Stanisławów jedziemy umiarkowanie mocno i bardzo równo, to powoduje, że cały czas jedzie duża grupa. Dopiero pod koniec zaczyna się mocniejsza jazda ale jest już za późno żeby skończyło się to konkretną selekcją. Na podjeździe kasujemy też kontratak.
Dalej nudna jazda po płaskim, trochę w górę, trochę w dół. Raczej się każdy pogodził, że odjazdu nie dogonimy i już w myślach ustawiał swój własny scenariusz drugiej części wyścigu.
Zaczyna się drugi konkretny podjazd na trasie czyli Bogaczów, nie znam kompletnie jego charakterystyki więc trzymam się z przodu. Początkowo równe tempo zaczyna być ostro podkręcane, widać że ochotę na porwanie grupy ma Michał Fonał więc grzecznie jadę za nim i nawet nie zauważam jak z tylu grupa zaczyna pękać. Sam mam mały kryzys ale ostatecznie na szczycie podjazdu meldujemy się w kilka osób. No i w takiej grupie powinniśmy wtedy postawić kropkę nad i, lecąc po zmianach i nie dając się dogonić. Niestety współpracy nie było i po kilku kilometrach wszystko się zjechało, a do Jawora na kreskę wpadła dość liczna grupa.
Na finisz nawet się nie szykowałem, wszelkie próby odjazdu w końcówce były od razu kasowane. Ostatecznie kończę na 7 miejscu w kategorii, bez tragedii ale i bez fajerwerków. To nie na mojej szyi zawiśnie charakterystyczna pajda chleba ;)


Podsumowując wyszedł bardzo fajny weekend startowy na Dolnym Śląsku, dla mnie bardzo pozytywny, bo po ubiegłym roku widać, że wszystko zaczyna wracać do normy i jeśli tylko zdrowie i czas pozwolą, to powinienem się jeszcze nie jeden raz kolarsko uśmiechnąć w tym roku.
Fajnie jest też się ścigać po tych samych trasach, po których później jadą zawodowcy, gorzej jak zaczniemy na Stravie porównywać sobie czasy z podjazdów...
A na Grody na pewno wrócę za rok :)

Pierwsze koty za płoty




Na pierwszy weekend startowy czekałem z niecierpliwością ale i z dużą niewiadomą. Wiem, że uczciwie i bardzo konkretnie przepracowałem zimę ale też postawiłem w tym roku na położenie solidnego fundamentu siłowego pod sezon. Efekt jest bardzo dobry, bo dawno już nie czułem się tak mocny na rowerze jednak przez to nie miałem za bardzo kiedy popracować nad beztlenami, nie było się gdzie przepalić i te pierwsze starty były wielką niewiadomą...

Cytując Michała Kwiatkowskiego czuję się dobrze ale jeszcze nie tańczę na rowerze, na to trzeba trochę więcej czasu i podszlifowania nogi.

Tak czy inaczej 21 kwietnia stanąłem na starcie Pucharu Równicy w Ustroniu. Bardzo miło wspominam tą imprezę, bo równo 3 lata temu byłem tam 4 open i 3 w kategorii. Trasa była bardzo ciekawa i na deser czekała Równica - w tamtym roku był to dla mnie bardzo słodki deser.

Tym razem trasa została zmieniona i rundy nijako zostały wyprowadzone poza ścisłe centrum Ustronia, przejechałem ją sobie w piątek na spokojnie i wiedziałem, że lekko nie będzie, bo też za bardzo nie ma gdzie odpocząć przy tempie wyścigowym. Można powiedzieć, że trasa przypominała mi bardziej kryterium niż klasyczny wyścig. Była bardzo malownicza i miała wszystko co potrzeba. Z resztą od dawna wiadomo, że to nie trasa czyni wyścig trudnym, a zawodnicy w nim startujący, a lista startowa Pucharu Równicy 2018 pokazywała wyraźnie, że będzie ogień.


Start zaplanowany był dość późno, bo dopiero o 13:00, w zasadzie fajna opcja, bo każdy na spokojnie mógł dojechać, biuro jak zwykle w Road Maraton działało prężnie i wydawanie pakietów startowych poszło sprawnie.
Jak już gotowy do startu, pojawiłem się w okolicy Rynku w Ustroniu, na niecałą godzinę przed wyścigiem, złapałem Wieśka i zapytałem, czy to przypadkiem nie jest Pętla Beskidzka, bo Garmin pokazywał mi równo 30 stopni, a na niebie nie było żadnej chmurki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to właśnie te warunki tak bardzo utrudnią mi ściganie.


Wybiła 13:00 i jak zwykle barwny peleton ruszył uliczkami Ustronia, na początku jak zwykle nerwówka, przepychanie i walka o pozycje. W zasadzie było to uzasadnione, bo po krótkim odcinku nagle szosa zwężała się drastycznie i ostro pięła się w górę - tam po prostu wypadało być z przodu.
Mi się to udało i kolejne kilometry kręciłem w pierwszej grupie. Wiedziałem jednak, że taki stan rzeczy nie potrwa bardzo długo, nogi nie chciały kręcić swoim normalnym tempem, a ja co jakiś czas wisiałem za grupką jak guma odstając na podjazdach i dochodząc na płaskim/zjazdach.
Po 45 minutach skapitulowałem i postanowiłem jechać po prostu swoje, utworzyła się zgrabna grupka i tak połykaliśmy kolejne kilometry. Cały czas czułem, że brakuje mi lekkości ale jakoś to szło. Każdy też w głowie miał finałowy podjazd na Równicę, czyli wspomniany wcześniej deser tego wyścigu.
Niestety w tym roku deser ten okazał się baaaaardzo gorzki, chociaż z początku tak źle to nie wyglądało. Na samym początku podjazdu podkręciłem tempo i odjechałem od grupki, na horyzoncie było widać sporo zawodników, więc w głowie miałem po prostu mocny równy podjazd i konkretną poprawę mojej pozycji.
Jeszcze nie dojechałem do bruku, a po wewnętrznej stronie prawego uda poczułem zbliżający się kurcz. Udało się go uniknąć ale trzeba było wrzucić najlżejsze przełożenie i zwolnić do minimalnych prędkości. Zamiast nadrabiać miejsca byłem zdrowo wyprzedzany. Po kolejnym kilometrze było jeszcze gorzej, bo temperatura mnie dosłownie wykończyła. Niestety w takich warunkach jeździ mi się bardzo źle, a jak dołożymy do tego fakt iż był to pierwszy start w sezonie to w zasadzie nie dziwie się, że kończyłem wyścig na bombie.


Ostatecznie zająłem szalone, 25 miejsce w kategorii B - w dwóch krótkich słowach: dramat i porażka ;) Chciałbym też z tego miejsca pogratulować organizacji ekipie Road Maraton, wyścig odbywał się na całkowicie zamkniętych dla ruchu rundach, na bufecie można było pobierać całe bidony i potem odzyskać swoje - wyrzucone. Jednym słowem idzie to wszytko w bardzo dobrym kierunku - Wiesiek, tak trzymaj !


Nie było jednak co się rozwodzić nad Ustroniem, bo już dzień później miałem start w Sobótce, w Visegrad Road Race z cyklu Via Dolny Śląsk. Szybka regeneracja i pobudka przed 5 rano żeby zdążyć na start... Po wcześniejszej bombie postanowiłem, że jednak pojadę krótki dystans, bo czułem się po prostu źle.

Do Sobótki dojechałem sprawnie i na czas, nie minęło dużo czasu i już stałem na mecie. W tym roku zmieniono trasę rundy i tak jak na plus było dodanie krótkiej sztajfy zaraz za Strzegomianami, tak niestety na minus dla mnie wyszło przełożenie mety do centrum Sobótki. Brakowało mi podjazdu ulicą Garncarską, który potrafił wymęczyć przeciwników i pozwolić na mocniejszy sprint już na kreskę - w obecnej sytuacji na metę wpadała po prostu duża, mocno rozpędzona grupa - woda na młyn dla sprinterów. Jedyną więc szansą dla mnie była jakaś ucieczka.

Pogoda była tym razem idealna, około 15 stopni na starcie i minimalny wiatr - tak, w Sobótce nie wiało ! Kolarzy zjawiła się cała masa, a dodatkowym smaczkiem był fakt, iż po startach amatorów na te same rundy wjeżdżała Elita.
W zasadzie cała rywalizacja nie była na tyle ciekawa żeby to jakoś obszernie opisywać. Jechałem w pierwszej grupie ale znowu czułem, że jedzie mi się ciężko. Zrzucałem to na wcześniejszy zgon. Były ataki, były kasowania, było naciąganie, czyli takie ściganko w pigułce. Starałem się jechać z głową i kontrolować sytuację. Tak też było, do Sobótki na metę dojechało nas w sumie kilkanaście osób, ale tam, zgodnie z moimi przeczuciami, nie za bardzo mogłem powalczyć. Dodatkowo dałem się zamknąć i ostatecznie skończyłem na miejscu 11.
W sumie byłem nawet zadowolony, przynajmniej do czasu jak zdjąłem moje tyle koło i zobaczyłem to:

Na oko jakieś kilkadziesiąt wat w plecy... Zagadka uczucia ciężkiej jazdy rozwiązana :P Pechowo ale w sumie to znaczy, że noga jakaś tam jest, bo jednak przyjechałem z czołówką. Sam jestem bardzo ciekaw jak by poszło w normalnych warunkach.

Krótko mówiąc pierwszy weekend startowy był beznadziejny i pechowy. W tym roku przegrałem z Równicą i zrobiłem to z kretesem. Nie takiej inauguracji sezonu się spodziewałem ale nie ma się co negatywnie nastawiać. Wiem dobrze co zrobiłem zimą, wiem ile sił włożyłem w przygotowania i wiem, co mam obecnie w nogach.

Trochę podszlifowania formy i powinno być dobrze... A czy będzie dowiemy się już w maju.

Zgrupka wersja ECO

Siedzisz sobie grzecznie w pracy od czasu do czasu spoglądając co tam słychać na FB, wiesz że dużo ryzykujesz odpalając aplikację, bo tam masz po prostu zasyp zdjęć z Andaluzji, Hiszpanii, Chorwacji, Wysp Kanaryjskich, czy innej Majorki. Oglądasz jak Twoi znajomi wygrzewają łydki, zdobywają kolejne podjazdy, nabijają potworne ilości kilometrów i szlifują nogę na sezon... Sezon, który zbliża się wielkimi krokami.






Lekko sfrustrowany zamykasz więc FB i odpalasz stronę swojego banku. Niestety nie takich cyferek oczekiwałeś i już wiesz, że sobie w ciepłe kraje nie pojedziesz. Z resztą może to i dobrze, bo nawet gdybyś miał kasę nie zostawisz przecież żony i dwójki dzieciaków.



Wymyślasz więc, że bierzesz tydzień urlopu i robić zgrupowanie w wersji ekonomicznej, mówiąc prościej po prostu będziesz jeździł w swoim miejscu zamieszkania.


Wszystko full profeska, plan treningowy od trenera na cały tydzień (który później i tak zweryfikuje pogoda), niezbędne odżywki, wyszykowana  szosa, nastawienie w głowie - nic tylko kręcić.




No to jedziemy z tematem:
1. Poranny rozruch - żaden problem, odprowadzam Młodego do przedszkola wybierając dłuższą wersję czyli spacer przez las. Jako, że zawsze idziemy na ostatnią chwilę wychodzi z tego bardziej marszobieg.
2. Poznawanie nowych fascynujących miejsc - nic trudnego, jadę tam gdzie jeszcze rowerem nie byłem ;)
3. Długie tlenowe wyjeżdżenia - spoko, zapomniałem tylko że takie 150km w grupie to zupełnie inna bajka niż na solo
4. Pyszne coffebreaki w urokliwych zatoczkach - spoko, na trasie jest dużo kawiarni w zatokach rzeki Orlen
5. Popołudniowy masaż zmęczonych nóg - no problem, wystarczy położyć sobie na kolana niespełna roczną córeczkę - gwarantuję masaż jak ta lala.
6. Podjazdy - no z tym jest trochę problem, ale jak wezmę pod uwagę jak wieje na otwartych przestrzeniach i to, że chwilami jadę pod progiem mając na liczniku około 20km/h to w zasadzie mamy też i podjazdy ;)



A teraz bardziej na serio, jak nie możesz z różnych powodów pojechać sobie w jakieś ciepłe miejsce aby podszlifować formę i boisz się, że nie będziesz w stanie konkurować wiosną z tymi, którzy jednak taką opcję mają, nie zastanawiaj się długo i zrób sobie coś w rodzaju zgrupowania tam gdzie mieszkasz. Wystarczy pamiętać o kilku istotnych rzeczach.
1. Trenuj z głową, bo w domu regeneracja nigdy nie będzie taka jak byś chciał (szczególnie jak masz dzieciaki)
2. Długie trasy wybieraj tak, aby zawsze wracać z wiatrem (niestety nie odpoczniesz sobie na niczyim kole).
3. Dbaj o odżywanie zarówno na treningach jak i po nich, jedz dużo i dobrze ;)
4. Zadbaj o higienę snu, śpij dużo i dbaj o jakość snu, szczególnie ważna będzie ilość tzw. snu głębokiego
5. Wspomagaj regenerację rolowaniem i rozciąganiem.



Jeśli przez tydzień weźmiesz temat jeżdżenia na serio, spokojnie zrobisz taką robotę jak Twoi znajomi gdzieś daleko w Hiszpanii. Teraz wystarczy solidnie odpocząć i czekać na superkompensację.

Jeśli o mnie chodzi to przez tydzień zrobiłem w sumie 780 kilometrów i 1400 TSS, w sumie 25h w siodełku chociaż warunki dalekie były od ideału. Wystarczy napisać, że na koniec przyszedł armagedon i spadł śnieg, zmuszony nawet byłem wsiąść z powrotem na rower przełajowy... Fajne były tylko 3 pierwsze dni, które wykorzystałem w 120 procentach.
Odwiedziłem nowe miejscówki, poznałem nowe fajne szosy i zrobiłem piękny fundament pod formę na 2018 - teraz zobaczymy czy będzie trwały i solidny.

P.S. Jest też jeden duży plus takiego rozwiązania, nie ma "syndromu pozgrupowaniowego", czyli mówiąc krótko nie masz doła po powrocie do Polski, gdzie warunki są zgoła odmienne niż tam gdzie wygrzewałeś łydy.


Rozterki amatora, czyli mój rok 2017

Mamy już od kilku dni nowy - 2018 rok, więc wypadałoby zrobić jakieś podsumowanie ubiegłego sezonu. Jako, że był to rok bardzo nietypowy to i podsumowanie będzie nietypowe i jeśli spodziewacie się wpisu stricte statystycznego to w zasadzie już możecie skończyć lekturę tego postu ;)


Był to zdecydowanie sportowo najtrudniejszy dla mnie rok, moja forma wyglądała jak gra aktorska Nicolasa Cage'a, który role bardzo dobre przeplata tymi tragicznymi (jeśli ktoś się nie zgadza polecam np film Czasy Ostateczne: Pozostawieni).
Był to dla mnie rok jednej wielkiej porażki, który jednak nauczył mnie więcej niż wszystkie, udane przecież, poprzednie sezony.




Zacznijmy jednak od początku, na samym starcie 2017 roku okazało się, że od stycznia do końca marca muszę ogarnąć dwie prace i tak do jednej chodziłem od 8:00 do 16:00, a potem musiałem ogarnąć drugą w godzinach 18:00 - 22:00. Oczywiście w normalnych okolicznościach rower wypadałoby odwiesić na ścianę jednak ja się nie poddawałem i do tej drugiej pracy, jeśli pogoda pozwalała jechałem rowerem i późnym wieczorem tak samo wracałem do domu (w sumie dawało mi to około 40km). Jednak z treningiem nie miało to nic wspólnego, no chyba że mówimy o treningu mentalnym, bo naprawdę trzeba się było nieźle spiąć żeby to wytrzymać psychicznie. Nawet sarny stojące nocą przy drodze patrzyły jak na idiotę (serio !).



Jak wiadomo dobrze przepracowana zima jest dla kolarzy bardzo ważna więc już na starcie wiedziałem, że to będzie ciężki rok.
Od kwietnia zacząłem już regularne treningi według planu ale w maju na świat przyszła moja córeczka.



Serio, wcześniej uważałem się za mistrza organizacji czasu, mając dziecko potrafiłem trzymać się w miarę sztywno planu treningowego i miałem wszystko dokładnie poukładane. Pojawiło się drugie dziecko i co ? Brak czasu nabrał zupełnie nowego znaczenia, przestawianie treningów, rezygnacja z kolejnych jednostek, skracanie czasu itd itp - z tym musiałem się zmierzyć i patrząc teraz z perspektywy czasu chyba tu poległem, bo pomimo iż przekręciłem tylko nieznacznie mniej kilometrów niż w 2016 to jednak systematyka i racjonalny trening trochę leżał, o regeneracji nie wspominając. Do tego dochodziła frustracja, że nie trenuję tak jak powinienem itd...



Z uwagi na pojawienie się córeczki w maju, pierwsze wyścigi przyszły dopiero w czerwcu (nie licząc Ślężańskiego Mnicha pojechanego dla zabawy w kwietniu). Wyścigi przyszły ale forma przyjść nie chciała i musiałem przyzwyczaić się do roli gościa, który przestał jeździć w czubie i nie walczył o czołowe lokaty.
Było to dla mnie ciężkie jak brak inhalatora dla Froome'a. Niestety po części nie potrafiłem sobie z tym poradzić, wciąż narastała frustracja, nakręcało się to jak spirala, złe emocje powodowały, że na treningu też nie szło. Ogólnie beznadzieja... Co gorsza, kiedy pojawiały się momenty lepszej formy to albo pojawiała się jakaś infekcja albo np. poważna awaria sprzętu, która blokowała możliwość normalnego trenowania.




Sam już nie wiem ile miałem myśli, żeby rzucić to całe kolarstwo w cholerę, ile razy zadawałem sobie pytanie po co mi to ? Kiedyś mój pięcioletni synek zapytał mnie: "Tata, a musisz iść na ten trening ? No i wtedy mnie olśniło, przecież ja nic nie muszę :P To miała być moja pasja, a nie obowiązek...

Trzeba było coś z tym zrobić i postanowiłem przewartościować swoje życie, wiem, brzmi górnolotnie ale to nic innego jak poukładanie sobie wszystkiego od nowa w głowie.
Do jakich wniosków doszedłem ? Po pierwsze rodzina jest najważniejsza i nawet wygranie Mistrzostwa Świata Masters Gran Fondo nie da mi tyle radości co szczęście moich dzieciaków i żony. Po drugie nie ma sensu nic robić na siłę, bo efekt jest odwrotny do zamierzonego i coś co ma mi przynosić radość i satysfakcję ostatecznie przynosi frustrację i złe samopoczucie.


Jesienią pobawiłem się trochę w przełaje, odpocząłem konkretnie i postanowiłem przygotować się do 2018 jak nigdy wcześniej... Od 1 grudnia lecę ostro z planem bez oszczędzania się, staram się dawać z siebie 100% i pomimo iż mamy dopiero styczeń ja już widzę tego efekty. Przede wszystkim udało mi się zrobić to co zawsze chciałem, a nigdy nie wychodziło, czyli wreszcie przybrałem kilka kilogramów. Czy te przygotowania się powiodą ? Zobaczymy, albo będzie spektakularny sukces albo upadek z dużej wysokości.
Jedno wiem, co ma być to będzie i podchodzę do tego z dużą rezerwą, nie planuję żadnych konkretnych wyścigów. Chcę po prostu aby kolarstwo znów sprawiało mi frajdę bez tych wszystkich negatywnych emocji :)


P.S.
Niestety z tych samych powodów musiałem trochę zaniedbać bloga ale jak mam wybór czy pobawić się z dziećmi czy napisać kolejny post na bloga to mój wybór jest oczywisty...