Z ręcznikiem na wojnę, czyli przygoda ze Zwiftem



Całkiem niedawno wrzuciłem na swój fanpage zdjęcie z treningu i dodałem, dość kontrowersyjny jak się okazało, podpis „A niektórzy i tak wolą siedzieć na Zwifcie… CX a nie jakieś tam kręcenie z ręcznikiem pod wiatrak”. Wywołałem tym istną burzę, czego dowodem jest ponad 100 komentarzy pod zdjęciem i jedną wielką kłótnię zwolenników oraz przeciwników Zwifta.

Zrozumiałem, że temat który tak bardzo dzieli nasz kolarski-amatorski świat jest wart uwagi i bliższemu przyjrzeniu się całej sprawie.
Alpe de Huez, czy tam inne Alpe...

Przypomniałem sobie, że dość dawno temu kupiłem sobie ANT Sticka więc postanowiłem wykorzystać ten fakt, zarejestrowałem się na Zwifcie i postanowiłem skorzystać z tygodniowego okresu testowego. Zdaję sobie sprawę, że bez trenażera typu smart to nie to samo ale zawsze daje to jakiś obraz całej zabawy.

Na wstępie muszę też zaznaczyć, że trenażer nie jest dla mnie, nie chodzi tu nawet o psychikę tylko o moje ograniczenia zdrowotne związane z upośledzoną termoregulacją. Po prostu jakakolwiek mocniejsza jazda jest dla mnie zabójcza – tak jak i jazda w upałach powyżej 30 stopni latem. Ktoś kto nie ma takich problemów tego nie zrozumie.

… dziecko masz tu kredki, najedz się czekolady i narysuj co Ci tylko wyobraźnia podpowie …

Pradziad ?
Koszmar Anakina Skywalkera ?
Zwifta uruchamiam akurat jak dostępna jest trasa zwana Watopią i patrząc z dalszej perspektywy, dobrze, że tak trafiłem… W sumie to ciężko ją określić w kilku słowach, mam wrażenie że przy tworzeniu brało udział jakieś kreatywne dziecko, bo mamy tu wszystko, od wulkanicznej krainy - koszmaru Anakina Skywalkera, przez podwodne tunele i mosty w dżungli, aż po wysokie ośnieżone szczyty, typowe włoskie miasteczko, czy nadmorską promenadę. Zdecydowanie każdy znajdzie coś dla siebie. Pojeździsz pod wodą, w górach, zdobędziesz Wulkan, a nawet przejedziesz pod wielkim wodospadem.

… nie ma takiego miasta Londyn - jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Na wzgórzach pod Londynem można spotkać np. Darka Baranowskiego ;)
Na drugi rzut trafiłem na Londyn… no właśnie – miało być ciekawie, jazda po odwzorowanym centrum Londyna doprawiona wspinaczką na okoliczne wzgórza. Nie wiem czemu ale dla mnie to była nuda, jeszcze ten pierwszy raz był spoko ale nie wyobrażam sobie katowania tej trasy cyklicznie. Niby fajnie, jedziesz nad Tamizą, trasą metra lub kolejki, widzisz znane londyńskie zabytki ale czegoś mi tam brakuje.
... bądź jak Kevin ...



Kolejny poznany świat to Nowy Jork, kolejna wielka i słynna metropolia , która jednak też nie ma podejścia pod Watopię. Możemy poczuć się jak Kevin (tak, ten co był raczej sam) i poznać dokładnie Central Park. Żeby nie było za płasko, ktoś z bujną wyobraźnią postanowił stworzyć podjazd i zaprojektował coś co nazywa się Sky Loop, gdzie jak wjedziemy, to bardziej poczujemy klimat z filmu Sędzia Dredd (z latającymi taksówkami włącznie). Ogólnie lepiej niż w Londynie ale też daleko do zachwytów. W momencie kiedy na Zwifcie przebywa dużo ludzi, w Central Parku dosłownie się kotłuje i jazda, moim zdaniem, dużo traci na atrakcyjności...
... W cieniu Bergisel i w pogodni za Saganem...
Alpy, wieczór, skocznia w tle... nic tylko jechać ;)
Niewątpliwie łakomym kąskiem dla fanów kolarstwa jest utworzenie tras odzwierciedlających rundę, która pokonują zawodowcy na Mistrzostwach Świata. Zgodnie z tym tropem poszli magicy ze Zwifta i utworzyli trasy zarówno mistrzostw w Innsbrucku, jak i z Richmond. Przyznam, że trasa z podnóża Alp przypadła mi bardzo do gustu, są góry, podjazdy, urokliwe miasto oraz oczywiście widoki na Alpy. Niestety odwzorowaną mamy tylko rundę z MŚ więc możemy sobie ją przejechać w jedną oraz drugą stronę i na tym w zasadzie koniec - jednak liczę, że ten świat będzie rozwijany, bo potencjał ma ogromny, w końcu położenie Innsbrucka jest jedyne w swoim rodzaju. Jeśli chodzi o Richmond to jest to moim zdaniem kolejna nudna miejscówka, można ją przejechać i tyle, raczej nie spowoduje u nikogo szybszego bicia serca (no chyba że poleci w trupa na podjeździe ;)
Swoją drogą całe szczęście, że nikt nie wpadł na pomysł odwzorowania trasy z Kataru...



Niestety, tygodniowy okres testowania nie daje możliwości sprawdzenia całej zawartości światów Zwifta, bo niektóre zakątki odblokowują się dopiero po osiągnięciu konkretnych poziomów. Tu z pomocą przychodzą eventy – wystarczy dołączyć do takiego, który jedzie w dane miejsce i wtedy masz jedyną możliwość na eksplorację trasy.


Jako, że ja jestem miłośnikiem gór i podjazdów bardzo kusiło mnie przejechanie, słynnego już, podjazdu Alpe du Zwift, który odwzorowuje słynne Alpe de Huez. Trasa ta odblokowuje się dopiero przy 12 poziomie ale znalazłem event-race, który tam właśnie pojechał, długo się nie zastanawiałem i wziąłem w nim udział. Mówiąc krótko to była masakra przez wielkie M. Już pomijam fakt, że ludzie sobie tam jadą 6,0 w/kg, ja chciałem po prostu sobie „wjechać”. Tak jak pisałem, nie mam niestety trenażera smart, więc nachylenie i kadencję regulowałem sobie na wyczucie manetką do trenażera. 50 minut podjazdu i siłowej jazdy, pomimo iż na w miarę niskich watach, wypompowało mnie zupełnie, jazda dłużyła się niemiłosiernie, a na szczycie czułem się jak po pierwszym wyścigu w sezonie.
Central Park
Na pewno bardzo motywują inni uczestnicy, tym razem było ich aż 1000 – szkoda, że nie mogłem jechać na takich mocach jak w realnym świecie na zewnątrz, byłoby na pewno ciekawiej.
Tej trasie daje szóstkę z plusem, naprawdę fajnie zrobiona i abstrahując już od nachylenia terenu, w całości jest na co popatrzeć i jeśli ktoś ma bujną wyobraźnię oraz odpowiedni trenażer, który sam dopasuje odpowiedni opór, może spróbować poczuć się trochę jak w górach.


Zostańmy przy eventach i wyścigach. Z jednej strony idea bardzo fajna, kiedy ludzie zbierają się w większej grupie jeździ się lepiej, raz że mamy draft czyli wirtualnie jedziemy po prostu szybciej, dwa – można się lepiej zmotywować żeby np. utrzymać koło na podjeździe, trzy – można jechać po trasach, do których nie ma się dostępu.
Trening zaimportowany z Training Peaks - bardzo duży plus
Z drugiej jednak strony te wszystkie wyścigi kompletnie do mnie nie przemawiają, po pierwsze nie ma to dla mnie sensu treningowego w okresie zimowym (no chyba, że ktoś szlifuje formę na wyścigi CX), po drugie tam nic nie jest moim zdaniem sprawiedliwie mierzalne, każdy pomiar mocy ma jakieś rozbieżności, moc z trenażera to już w ogóle w większości przypadków nie ma odzwierciedlenia w realu. Wszystko opiera się na mocy w przeliczeniu na kilogram masy ciała i w zasadzie każdy może sobie wpisać tam co chce… No i najlepsze – boostery, niczym turbodoładowania w grze komputerowej – no trochę to śmieszne, chyba że traktuje się to wszystko jako jedną wielką grę i zabawę – wtedy może i ma to sens.


Naprawdę mam bardzo mieszane uczucia, widzę sporo zalet Zwifta ale jednocześnie też sporo zagrożeń. Spędzenie całej zimy w domu, gapiąc się w monitor nie jest moim zdaniem zdrowe. Jazda na rowerze to jednak jazda, a nie kręcenie w miejscu, wirtualny świat wciąga i to bardzo. Boje się, że w pewnym momencie, kiedy tylko pogoda będzie trochę słabsza, ktoś będzie wolał wybrać kręcenie na Zwifcie – i nie piszę tu o jeździe w ulewie, tylko np. w temperaturach poniżej 10 stopni itp. Trzeba pamiętać, że Zwift to substytut, a kolarstwo to sport outdoorowy. Cała zima na trenażerze upośledza technikę jazdy, a jak bardzo ta jest potrzebna przy wszelkich wyścigach i ustawkach nie będę nawet opisywał.

Oczywiście Zwift daje możliwość realizacji mądrego i dokładnie zaplanowanego planu treningowego (zaimportowanie planu np. z Training Peaks to na serio bajka), niezależnie od warunków na zewnątrz i zapewne ludzie którzy z tego korzystają będą mieć idealną formę już w kwietniu, jednak patrząc na to co się dzieje na tych wszystkich wirtualnych ustawkach i wartości generowanych mocy obawiam się, że połowa będzie już zajechana w maju - w sumie to się nie obawiam, to ich sprawa 😉


Moje zdanie jest proste, rower i kolarstwo to jazda na zewnątrz, nawet jak jest ciemno i daleko od ideału. Nic nie zastąpi fajnej, zimowej zabawy na rowerze CX w terenie. Są oczywiście warunki, które jazdę wykluczają i wtedy z pomocą przychodzi trenażer, a wszystko co umili nam korzystanie z tego ustrojstwa jest na wagę złota – i tu z pomocą przychodzi na przykład Zwift, na którym czas leci zdecydowanie szybciej niż na serialach (przynajmniej w moim przypadku). Jeśli ktoś świadomie decyduje się na jazdę wirtualną przez całą zimę, niezależnie od warunków za oknem, to jednak jego sprawa i nie ma co tworzyć na siłę podziałów, każdy ma wolny wybór i swój rozum. No chyba, że ktoś trenuje na Zwifcie latem, w szczycie sezonu, bo akurat jest wietrznie albo twierdzi że ma apteczne warunki do trenowania interwałów i tempówek – no tego nigdy bym nie zrozumiał.

Możliwe, że zdecydowanie bardziej wychwalałbym Zwifta gdybym miał smart trenażer, który jeszcze bardziej urealniłby mi jazdę po wirtualnym świecie – jednak na taki sprzęt nie mam po prostu środków finansowych i nie mam tego jak zweryfikować. Druga sprawa to moje ograniczenia zdrowotne.



No i jeszcze kwestia ceny, testowy okres 7 dni jest za darmo, później zaczynają się schody, za miesięczny abonament musimy zapłacić 15 dolców. Czy to dużo ? Moim zdaniem tak, przy obecnym kursie, jeśli ktoś chce mieć dostęp 12 miesięcy w roku musi liczyć się z kosztem około 700 złotych - dla mnie to kwota zaporowa. Jednak patrząc na ilość ludzi korzystających z tej platformy, obniżek raczej bym się, w najbliższej przyszłości, nie spodziewał.


Na sam koniec, z jednej strony, po przeczytaniu komentarzy potreningowych na fanpage Zwifta, jak np. „Podczas dzisiejszego etapu można było poczuć magię prawdziwych gór”, buzia szeroko otwiera mi się ze śmiechu i zdziwienia, z drugiej jednak strony, po co komuś zabierać coś co go nakręca i powoduje wzrost endorfin… w końcu wszystkich nas łączy jedna pasja – kolarstwo.

Jesienny Rollercoaster, czyli bolesna Rajcza 2018


Rajcza... miejsce z którym w zasadzie mam same dobre wspomnienia, w końcu to właśnie tutaj odniosłem moje pierwsze zwycięstwo w „karierze”, było to w 2012 więc minął szmat czasu. To również tutaj przypieczętowałem swoje zwycięstwo w górskiej klasyfikacji generalnej w 2015. Nie mogłem więc odpuścić sobie również wyścigu w tym roku, nie wiedziałem jednak jakie niespodzianki przygotował na tą edycję Wiesiek – organizator Road Maraton, ale o tym za chwilę.

Do Rajczy przyjeżdżam w piątek, podróż jak zwykle idzie bardzo sprawnie, mniej więcej tak sprawnie jak wizyta u lekarza na NFZ, na A4 dwa wypadki plus prace remontowe, na objeździe pozamykane drogi, błądzenie po objazdach przez jakieś pola, na sam koniec w Węgierskiej Górce śmiertelny wypadek i kilkukilometrowy korek. Suma sumarum podróż z Zielonej Góry zajęła mi jedyne 8 godzin i na miejscu jako wprowadzenie zdążyłem zrobić dosłownie pół godzinną przejażdżkę zanim zrobiło się zupełnie ciemno. Zdążyłem podjechać jednak podjazd na metę i już wiedziałem, że w tym roku trasa będzie epicka i rzeźnicka jednocześnie, potwierdził mi to Wiesiek, którego spotkałem po drodze, a który to dopieszczał właśnie dla nas trasę.



Wiedziałem jedno, z moją obecną formą, która po chorobie poszła sobie w siną dal i chce wrócić chyba dopiero na wiosnę, ściganie po takiej trasie to będzie walka o przetrwanie, im dłużej studiowałem profil wysokościowy tym bardziej wiedziałem, że ta imprezka będzie zakrawać o lekki masochizm. Ciekawe jednak jest to, że kiedy oglądałem profil trasy w domu wyglądał na dużo bardziej płaski niż jak zacząłem się w niego zagłębiać będąc już w Beskidach ;)

No nic, budzę się w sobotę rano, za oknem mokro i jakieś 6 stopni – fajnie, typowo jesiennie, lubię chłód ale nie aż taki ;) Czułem się kiepsko, ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę to ściganie. Ubrałem się jednak stosownie do pogody (przy okazji ochraniacze Velotoze w temperaturze 6-10 stopni dają elegancko radę), zebrałem prowiant i pojechałem do Rajczy na start, gdzie miałem jakieś 10 kilometrów dojazdu. Trochę się pokręciłem na miejscu, przybiłem kilka piątek ze znajomymi i ustawiłem się na starcie. Bez większych planów, chciałem się dobrze pobawić i tyle, wiedziałem jak kręcą nogi więc na pudło nie liczyłem.

Start honorowy po płaskim odcinku za autem, potem wciąż po płaskim ale trochę szybszym tempem. No i tutaj moim zdaniem bardzo średni pomysł organizatora jeśli chodzi o przebieg trasy, bo cały ten nasz barwny peleton nagle skręcił w prawo na wąską i bardzo sztywną drogę, która po chwili zamieniła się w odcinek z dwoma płytami ażurowymi po bokach i wąziutkim paskiem asfaltu w środku. Nie muszę chyba napisać co tam nastąpiło. Ja, pomimo iż jechałem prawie na samym początku, nagle zostałem zepchnięty na bok, podbiło mi przednie koło na tych płytach i wyleciałem z drogi na pobocze. Sztajfa do nieba, nie ma się jak wpiąć, muszę lecieć z buta, mija mnie cała masa ludzi. Mój los podziela sporo innych zawodników, czołówka odjechała w siną dal, szanse na dobre miejsce również. Wpinam się dopiero w końcówce podjazdu na lekkim wypłaszczeniu, moje biedne Velotoze na podeszwie wyglądają jak ser szwajcarski :/



W zasadzie pozostaje już tylko włączyć tryb turystyczny, aczkolwiek zbieramy się w kilka osób i jeszcze próbujemy niwelować przewagę, lecimy elegancko po zmianach połykając kolejne grupki zawodników. Jedziemy razem aż do początku rundy, ja czuję już że to nie jest mój dzień i kiedy zaczyna się pierwszy na rundzie podjazd postanawiam jechać swoim równym tempem, bez szaleństw. Wiem po prostu, że zbyt mocna jazda skończy się tego dnia dla mnie kurczami i ewentualnym DNF-em, a o walce o podium i tak nie było mowy.

Droga pnie się niemiłosiernie w górę, najgorszy jest podjazd po wypłaszczeniu już za metą, kiedy myślisz że gorzej już się nie da, patrzysz, a za zakrętem jeszcze bardziej stromo. To są te momenty kiedy chciałbyś być jak Contador na Angrilu, a okazuje się że jesteś jak Cavendish na Zoncolanie. I zawsze w głowie te same myśli: to nie jest sport dla mnie, na cholerę mi takie męczarnie, czy w ogóle jestem normalny ? I kiedy w głowie kończysz już z tym sportem nagle na horyzoncie wyłania się bufet, na którym sympatyczne panie wręczają Ci banana. I jedziesz dalej, chociaż najchętniej usiadłbyś sobie na trawce i pooglądał widoki, a Ty dalej trwasz w tej drodze krzyżowej ;)


Po bufecie mamy bardzo malowniczy odcinek, wąskie asfalty, co jakiś czas jakiś odosobniony domek, beskidzkie lasy i piękne panoramy. Kiedy ścigasz się w trupa tego nie widzisz, kiedy kręcisz tak jak ja tego dnia, masz na wszystko czas ;) Nawet kibice na trasie się znaleźli, a gaździna siedząca na ławeczce przed swoją góralską chałupą, krzycząca „dajesz, tempo, tempo” po prostu rozwaliła mnie na łopatki.
Fajnie tak jechać swoim rytmem, zdawałem sobie co prawda sprawę, że w zasadzie z każdym kilometrem tracę minuty do czołówki ale szczerze to miałem to gdzieś :) Czerpałem garściami z pięknej jesieni w Beskidach, ściganie zeszło na dalszy plan. Podjazdy na najlżejszym obciążeniu, zjazdy z dużą dozą ostrożności i rozsądku. I tak mijały mi kolejne rundy, czasem ktoś się podczepił, czasem kogoś doszedłem ale w zasadzie zdecydowaną większość kilometrów na rundach przejechałem samotnie. Niewątpliwym i legalnym dopingiem była obecność mojej rodzinki na trasie, bez tego nie wiem czym bym nie zszedł z trasy, bo serio nogi miałem dzisiaj z waty.

No i po takiej jeździe dojechałem wreszcie na metę, ujechany jak dawno. Przyznaję, że trasa na trening wyborna i bardzo malownicza. Do tego niewielki ruch i całkiem spoko asfalty. Jedynie ta sztajfa do nieba, która niszczy psychę :) Ostatecznie zająłem 8 miejsce w swojej kategorii, więc na to jak jechałem to mogę być z tej lokaty tylko zadowolony - jest OK ;)



Ten wyścig to było takie górskie kryterium, chwilami czułem się jak na rollercoasterze, zdecydowanie na taką trasę trzeba być idealnie przygotowanym, żeby myśleć o walce o najwyższe miejsca. Ciężko też się przygotować na takie warunki mieszkając na nizinach, przydałby się jednak bardziej specjalistyczny trening.

No i na koniec genialny wręcz bufet w Rajczy, najpierw pyszny gulasz z bułeczką, a potem lokalne smakowitości. Można było skosztować kwaśnicę, placki ziemniaczane, pieczone ziemniaczki, pasztet i wiele innych smakołyków ! Ścigam się już wiele lat ale takich pyszności na mecie chyba nie kojarzę :) No i ta przyjazna atmosfera jak to u Wieśka, w końcu jesteśmy wielką rodziną znającą się już kupę lat :)



Za organizację naprawdę daje prawie same plusy, prawie bo ten podjazd na początku to jednak było nieporozumienie. Na początku potrzebny jest szeroki podjazd (tak jak kiedyś na Przełęcz Glinne), gdzie bezpiecznie i sprawiedliwie peleton podzieli się na mniejsze grupki, tutaj to była loteria, bo kto musiał się zatrzymać, dalej już niestety nie miał szans ruszyć :/
Natomiast zabezpieczenie, bufety, atmosfera itd. były po prostu świetne !

No i nauczyłem się kolejnej rzeczy, jeśli rozchorujesz się dość mocno we wrześniu to już możesz kończyć sezon, bo w jakiej byś nie był formie, to ona po prostu już na tym etapie nie wróci... Szczególnie jak trzymasz dość wysoki poziom od dłuższego czasu.

GMP Amatorów 2018, czyli kolarstwo to sztuka wyborów

Każdy tak chyba ma, że na początku roku rozpisuje sobie starty, w których mniej więcej będzie chciał wziąć udział, układa sobie priorytety i potem pod to trenuje. Osobiście uważam, że ustawianie jakiś konkretnych szczytów formy w kolarstwie amatorskim nie ma większego sensu i ten rok mi to potwierdził w 100%.



Co się bowiem stało ? Moim głównym priorytetem na ten rok były Górskie Szosowe Mistrzostwa Polski w  Sosnówce, byłem w świetnej formie, cyferki się zgadzały, nawet aż nadto, wiedziałem że jestem mocy. Ostatni mikrocykl treningowy przepracowany podręcznikowo, ostatni bardzo mocny tydzień zaliczony, został tylko tydzień lekkich treningów z jakimiś krótkimi przepaleniami już przed samym startem…
I co ? W poniedziałek budzę się chory, dzieciaki poznosiły jakieś wirusy z przedszkola i żłobka i pomimo, iż bardzo dbam o odporność i było pod tym względem w ostatnim czasie u mnie bardzo dobrze, to po tak ciężkim tygodniu organizm się poddał :/

Od razu stres, bo za tydzień wyścig ale nie poddaję się i próbuję walczyć, dwa dni urlopu na poratowanie zdrowia, ale niestety, tak jak zwykle mam infekcje trwające 3-4 dni, tak tym razem to było coś gorszego. Wirus wszedł na zatoki i już wiedziałem, że cały misterny plan dobrego wyniku na GMP wziął w łeb… W sumie sam występ stanął po dużym znakiem zapytania...



W sobotę przed wyścigiem, miałem na swoich ramionach aniołka i diabełka, jak w bajkach dla dzieci. Aniołek mówił jasno i wyraźnie: nie ma sensu jechać, jesteś chory od tygodnia, osłabiony, trasa masakrycznie ciężka, nos i zatoki zawalone, nie powalczysz, a co najwyżej jeszcze pogorszysz swój stan. I kiedy już byłem w miarę przekonany i pogodzony z faktem, że GMP miną mi koło nosa włączył się diabełek… Jak nie spróbujesz to się nie przekonasz, nie po to tyle trenowałeś żeby teraz się poddać, pogoda ma być idealna, tydzień temu nogi kręciły się pięknie, będziesz sobie wypominał że nie spróbowałeś itd…
Spakowałem się więc, wszystko uszykowałem i postanowiłem podjąć decyzję w niedzielę rano.

Budzik zadzwonił, trochę posmarkałem, stwierdziłem że czuję się lepiej, wsiadłem w auto i pojechałem…

Podróż poszła sprawnie i szybko melduje się w Sosnówce, odbiór numerka, szykowanie, rozgrzewka i bez przekonania staję na starcie. Wiedziałem, że to będzie pewnie bardziej walka z samym sobą niż z rywalami ale już nie było odwrotu…


3,2,1… start
Jedyne na co miałem nadzieję, to że pierwszy podjazd nie będzie pojechany w trupa i na szczęście tak było. Wyszedłem nawet na czoło grupki i nadawałem takie tempo jakie mi odpowiadało, puls po chorobie miałem z kosmosu ale starałem się o tym nie myśleć. Po „Krasnalach” rywale zaczęli nadawać swoje tempo i na górze meldujemy się chyba w około 8-osobowym składzie, w sumie jestem w szoku że poszła taka selekcja.

Na zjeździe idzie mocne tempo, ja jak zwykle trochę odstaję, bo to pierwszy dla mnie zjazd w tym roku tą trasą i nie pamiętam gdzie hamować, a gdzie nie. Po drodze Michał Fonał zalicza masakryczny upadek, bo zapomniał o najgorszym zakręcie i wjeżdża w niego na pełnej prędkości – masakra, ma dużo szczęścia że to tylko złamany obojczyk. Przy zbiorniku wszyscy się zjeżdżamy i kolejny podjazd zaczynamy prawie w tym samym składzie co na szczycie pierwszego. 

Tempo mocne ale równe, w końcówce zaczynam czuć, że organizm po chorobie nie pracuje tak jakbym chciał i puszczam koło przed samym szczytem – w tym momencie jadę na 6 pozycji w kategorii i zdaję sobie sprawę, że w zasadzie trzeba się będzie skupić na obronie tej właśnie lokaty. Normalnie pewnie byłoby to łatwe ale nie tym razem, z każdym kolejnym okrążeniem byłem coraz słabszy, a ta trasa nie wybacza słabszej dyspozycji.



Na szczęście z kategorii M2 został jeden zawodnik, z którym tego dnia prezentowaliśmy podobny poziom i przez większość dystansu tak jechaliśmy we dwójkę – dzięki za współpracę ! Na około 60 kilometrze powracają koszmary z przeszłości, czuję że zbliżają się kurcze w nogach. Do mety daleko – pod znakiem zapytania staje samo ukończenie wyścigu. Trochę odpuszczam, kolega odjeżdża, a do mnie dojeżdża mała grupka z dwoma zawodnikami z mojej kategorii. Podłączam się i kolejny podjazd jedziemy razem. Mięśnie jakoś dają radę, udaje się wjechać bez kurczy. Pozostaje nam ostatnia runda…


Zjazd sprawnie i razem, przy zbiorniku tak samo, widać że każdy ma już serdecznie dość tej trasy. Moje nogi już całe poblokowane, czuję dziesiątki mikrokurczy ale wciąż udaje się jakoś jechać. Moje tajemne sposoby na kurcze działają ale jadę na totalnym limicie, balansując na krawędzi 😉


Zaczynamy podjazd na metę, początek spokojnie trzymam się grupki. Jednak priorytetem było utrzymanie 6 miejsca więc na krasnalach podkręcam tempo na tyle na ile pozwalają mięśnie, puls dość niski, normalnie jechałbym dużo szybciej ale nie mogę. Wystarczy jednak, odjeżdżam i z bezpieczną przewagę wjeżdżam na metę – jestem 6 w kategorii M30.



Czy jestem zadowolony ? I tak i nie. Normalnie walczyłbym o pudło, o zwycięstwo byłoby chyba i tak bardzo ciężko ale to jest takie gdybanie, chory i osłabiony organizm zupełnie inaczej się zachowuje podczas wysiłku. To 6 miejsce w tych okolicznościach nie jest tragiczne. Na pewno wyścig pozwolił mi lepiej poznać organizm i dał kolejne doświadczenie. Cel i marzenie jakim jest GMP pozostaje niezmienne i przechodzi na kolejne lata…

Kolarz szuka żony ;)

Tak sobie ostatnio pomyślałem, jakie to szczęście mieć już tą swoją drugą połówkę, szczęśliwą rodzinkę itd., co to by było gdybym teraz miał znaleźć sobie żonę... Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że znalezienie żony dla kolarza amatora to trochę mission impossible ;)


Jakby miało brzmieć takie ogłoszenie...
Wysportowany, dobrze umięśniony (ale tylko na nogach, bo górne partie - katastrofa), skupiony głównie na rowerze i wszystkim co się dookoła niego kręci, szuka żony. Wymagane umiejętności: zdolności psychologiczne dla dobrego motywowania i podpierania na duchu po nieudanym starcie, umiejętność podawania bidonów na trasach wyścigów, odporność na stres, cierpliwość, idealna aparycja i doskonałe umiejętności fotograficzne ;)
Co tu dużo pisać, jednym słowem masakra.


Tacy już jesteśmy, na dłuższą metę życie z kolarzem amatorem lekkie nie jest, usłane różami tym bardziej.

Na plaży ciężko się z nami pokazać, mało że klata i bicepsy minimalne to jeszcze opalenizna w kratkę, wakacje jak już to tylko w górach, bo gdzie ja będę nad morzem jeździł rowerem - żadna przygoda, a leżenie cały dzień na plaży będzie dla nas gorsze nić Zoncolan dla Cavendisha. Dłuższe wczasy w jakimś zagranicznym kurorcie - proszę bardzo, ale jednak dopiero gdzieś w październiku, żeby było po sezonie.

Dziecko - to temat najcięższy, kiedy już zapadnie decyzja na tak to i tak jest kombinowanie żeby najlepiej urodziło się po sezonie, a nocne wstawanie denerwuje Cię najbardziej tylko dlatego, że się nie regenerujesz po treningach.
W lodówce wyselekcjonowane produkty, półki kuchenne zawalone bidonami i opakowaniami po suplach, dodatkowo przestrzeganie diety, ilości posiłków i kalorii (wiem wiem, tu zdecydowanie nie każdy tak ma).


Bałagan w garażu? Przecież to tylko stare elementy osprzętu, dodatkowe koła i opony, nie mogę tego po prostu wyrzucić...

Rodzinny weekend, ok ale pojedźmy w góry i połączmy to z wyścigiem. Wspólne niedzielne przedpołudnie ? Ale jak, przecież jest ustawka. Z tego samego powodu odpada późne sobotnie imprezowanie - przecież trzeba się wyspać ;)

Mówisz, że co chcesz oglądać ? Jakieś seriale ? Ale przecież dziś zaczęła się Vuelta Espana, codziennie będzie trzeba oglądać etapy, bo Majka ma nogę i któryś może wygrać, nie mogę przecież przegapić takiego wydarzenia... Ale nie martw się, to tylko trzy tygodnie :)


Piszę to wszystko lekko przekoloryzowane w jednym celu, zatrzymajcie się na chwilę i popatrzcie z boku jakimi wariatami jesteśmy i ile trzeba wyrozumiałości żeby z nami wytrzymać. Pora docenić swoje drugie połówki, ot co.




Ojej, już po 22:00, trzeba iść spać, regeneracja jest najważniejsza ;)

KOM Hunter, czyli królestwo za KOMa


- Grażynka idź spokojnie na plażę i czekaj z piwkiem, ja lecę szybko pokręcić bo znalazłem dobry segment.
- i będzie jak ostatnio, napaliłeś się jak Reksio na szynkę, a KOMa jak nie było tak nie ma
- nie nie, teraz to pewna sprawa, wczoraj wieczorem znalazłem idealne miejsce, taka mało uczęszczana, jednokierunkowa, wąska droga
- mogę się założyć, że i tak ktoś będzie od Ciebie szybszy
- nie ma takiej opcji, bo segment założę pod prąd 😊





Trochę z przymrużeniem oka, a trochę poważnie chciałem zająć się tematem segmentów i KOMów na Stravie. Temat w ostatnich latach rozwinął się tak bardzo, że zapewne sami twórcy Stravy nie spodziewali się takiego obrotu sprawy i teraz zamiast zatrudniać pracowników do rozwoju platformy muszą pewnie trzymać ludzi, którzy reagują na flagowanie segmentów…


Zacznijmy od początku, narzędzie które stworzyła ekipa z San Francisco już na początku było czymś nowym, a możliwość rywalizowania z innymi użytkownikami, na dobrze nam znanych trasach, okazała się pomysłem genialnym i przełomowym, wszystko się pięknie rozwijało ale jak to w życiu, moim zdaniem, coś poszło nie tak.

Nie zrozumcie mnie źle, lubię rywalizację na segmentach, lubię od czasu do czasu założyć jakąś wirtualną koronę na jednym z bardziej „prestiżowych” podjazdów w okolicy ale to co się ostatnio na Stravie wyrabia to jakieś nieporozumienie.



Na pierwszy ogień samo wyznaczanie segmentów, przypuśćmy że mamy długi podjazd (już nie istotne czy są to Alpy, czy Karkonosze) i mamy na tym podjeździe wyznaczony segment od startu na sam szczyt. Elegancko oznaczony jako podjazd HC i zaczynamy rywalizację. Niestety Janusz KOMhunter (robocza nazwa bez odpowiednika w realnym świecie) widzi, że nie ma szans nawet na TOP10 więc wyznacza kolejny segment, który zaczyna się 1 kilometr szybciej, z jakiejś bocznej uliczki – tak, tu przecież liderzy podjazdu nie zaczynali – będzie KOM na znanym podjeździe, jeszcze tylko trzeba go tak nazwać, żeby każdy wiedział o jaką górę chodzi. Jeśli natomiast nie ma opcji takiego wyznaczenia trasy to wybiorę sobie jakiś łatwiejszy kilometr, gdzieś tam w środku podjazdu i tam założę segment, pojadę w trupa – na pewno będzie korona…


Efekt jest taki, że np. ktoś znajomy kręci sobie po Alpach, wjeżdża na Alpe de Huez i patrzysz, a tam na liście segmentów dwucyfrowa liczba tylko z tego jednego podjazdu. Kompletnie nie idzie się w tym połapać, co najmniej trzy mają w nazwie „official” 😉 Żeby było śmieszniej, znajomy wyszukuje segment, który zaczyna się gdzieś tam w dolinie długim dojazdem do podnóża góry i kończy na szczycie, leci w trupa i jest wymarzona korona – teraz wystarczy pochwalić się w mediach społecznościowych, że ma się KOMa na słynnym Alpe de Huez. Żeby nie było, nie piję do nikogo, takie możliwości daje Strava, to ludzie to wykorzystują – fame się zgadza…
źródło: https://www.ambmag.com.au

Kolejna sprawa to KOMy na zjazdach, no do dziś nie mogę tego skumać. Przecież KOM to skrót zwycięzcy klasyfikacji górskiej (King of mountains), walczcie sobie na zjazdach ale nazywajmy to właściwie (chociaż taki KOD- King of downhill to teraz kojarzyłby się zbyt politycznie chyba 😉
Tak samo nie rozumiem tych wszystkich segmentów od ronda do ronda, albo gdzieś tam, po środku niczego… Jechał sobie Janusz i akurat wyprzedzał go traktor, więc usiadł na koło, wytrzymał kilometr i po powrocie do domu, przepełniony dumą, założył tam segment aby zdobyć wymarzoną koronę.


https://www.keepcalm-o-matic.co.uk

Wystarczy otworzyć mapę, jak na przykład słynne Doogal, żeby zobaczyć że jest problem, sieć segmentów w okolicy każdego większego miasta przypomina słynne nogi Huzara po jednym z etapów Tour de France. Nawalone tak, że chyba nikt by się w tym nie połapał gdyby nie możliwość zakładania filtrów…


Oczywiście jeśli samo kombinowanie przy wyznaczaniu segmentów nie zrobi roboty, trzeba pomagać sobie w jakiś inny sposób. A tych Janusz KOMhunter zna całą masę…
Jazda za traktorami, autobusami, TIRami, umawianie się z kumplami którzy Cię podciągną i tylko wyskoczysz przed „kreską”.


Tutaj pora na anegdotkę, jest taki płaski segment, który zaczyna się zaraz za rondem, po którym dość często jeżdżą TIRy. Widziałem jak jeden „zawodnik” jeździł dobre kilka minut w kółko czekając na TIRa, wszystko by się udało, ale jednak jak się jest za słabym to nawet to nie pomaga – 300 metrów za rondem TIR odjechał, a zawodnik z totalną zadyszką zjechał na pobocze 😉


Grażynka, wieje w plecy, jadę robić KOMa:





O tym, że niektórzy jadą skuterem z włączonym Garminem to już nie wspominam nawet.
Ale największy hicior to przerabianie plików, jak to określił Maciek Hop w tym wpisie – elektroniczne EPO…

Oczywiście sam nie jestem święty i na przykład kiedy swego czasu robiłem KOMa na słynnym Sveti Jure w Chorwacji i na 100 metrów przed metą okazało się, że końcówka, z uwagi na zalegający śnieg, jest nieprzejezdna, to wziąłem rower na ramię i biegłem po białym puchu żeby tylko segment zaliczyło (tak wiem, mogłem biec z samym Garminem ;)


Nie wiem już co myśleć w temacie Stravy i segmentów. Jest to fajne narzędzie, daje sporo zabawy i pewnie sporego kopa motywacyjnego. Co prawda jak ktoś trenuje zgodnie z planem treningowym, to często bardzo ciężko to pogodzić z walką o wirtualne korony.


Zdecydowanie uważam jednak, że ktoś powinien zrobić z tym porządek, ten ktoś to oczywiście Strava ale wiem też że na chwilę obecną jest to raczej niemożliwe, wszystko się tak bardzo rozwinęło, że przypominałoby to posprzątanie stajni Augiasza…

A wystarczy zachować umiar i nie „januszować”. A Wy co myślicie ?