Klasyk Szklarski 2018

Ostatnie chwile przed finiszem... (fot. Anka Aries Baran oraz Dariusz Baran)
Jedziesz na wymarzony urlop, dajmy na to wakacyjne zgrupowanie w Bormio, jesteś podjarany, bo miejscówka przecież doskonała, na wyciągnięcie ręki takie podjazdy jak Stelvio czy Gavia. Przyjeżdżasz na miejsce, a tam okazuje się że niestety ale z Bormio możesz tylko zjechać i kręcić jakieś płaskie rundy, a wspomniane wcześniej przełęcze oglądać tylko z daleka.



Tak się można trochę poczuć jadąc na Szosowy Klasyk w Szklarskiej Porębie, miejscówka doskonała, dookoła genialne wręcz podjazdy, zarówno w Polsce, jak i w Czechach. Natomiast ty musisz się ścigać po pagórkowatej rundzie gdzieś u podnóża Gór Izerskich, mało tego - przejeżdżasz nawet obok początku podjazdu na słynny Stóg Izerski ale trzeba obejść się smakiem bo meta jest na Zakręcie Śmierci, bo wątpliwie selektywnym podjeździe ;)

Ktoś powie, to po co jedziesz, skoro trasa Ci się nie podoba ? To nie do końca tak, bo trasa jest nawet ciekawa i ma swoje zalety, ale mając taki potencjał dookoła trochę nie rozumiem organizatora, że po niego nie sięga. Każdy przecież schyli się po leżącą na asfalcie stówkę ;)

Wróćmy jednak do samego startu, bo jest o czym pisać.
Byłem tu dwa lata temu i bardzo miło wspominam tamtą edycję, jest to dość blisko Zielonej Góry, więc po prostu musiałem się zjawić na starcie. Po Pętli Beskidzkiej wiedziałem, że noga kręci się dobrze i mogłem ostrzyć sobie zęby na Klasyk. Z rytmu wybiło mnie bolące gardło w sobotę, co oznaczało że ewidentnie zbliża się jakaś infekcja - głównie z tego też powodu pojechałem dystans krótszy, czyli FUN.

Tak czy inaczej, w niedzielę rano stanąłem na starcie z jednym tylko celem - wygrać :) Nie ukrywam, że ostatnie sukcesy mocno podreperowały moją pewność siebie, a to w kolarstwie jest szalenie istotne.
Chwilę po 11:00 ruszamy w dół startem honorowym, trochę to dla mnie nie zrozumiałe bo przez 7 długich kilometrów jedziemy za samochodem w tempie poniżej 30km/h, na zjeździe i tylko ścieramy klocki hamulcowe. Nawet nie ma za bardzo jak nogi rozgrzać. Takim sposobem dojeżdżamy do Piechowic, gdzie był start ostry.

Plan na dzień dobry miałem tylko jeden, ruszyć ostro pod górę i pomimo iż nie znałem kompletnie tego podjazdu nie chciałem za bardzo kalkulować. Cel był jeden - pojechać tak, aby na szczycie było nas maksymalnie 20 zawodników. Jak zaplanowałem tak zrobiłem, od razu wysuwam się na czoło i nadaję mocne i równe tempo, nie jadę w trupa, patrzę jak reagują inni. Na szczęście mam kompana do tańca w postaci Łukasza Trepki, dołącza się też Arek Tecław i pierwszy podjazd mijamy bardzo sprawnie. Na tyle sprawnie, że cel zostaje spełniony - na szczycie nasza grupka ma chyba około 20 osób.
Niestety w pewnej chwili słyszę straszny trzask i Arek staje w miejscu, nie wiem co się stało ale dla niego to już koniec wyścigu i niestety spore straty w sprzęcie :/
Ja cały czas jadę w czubie, cel na dalszą część wyścigu był równie prosty co na początek - nie dać nikomu za bardzo odjechać.
Co jakiś czas powstają akcje zaczepne ale nikt nikogo nie puszcza, ja również kilka razy sprawdzam nogę, głównie na krótkich sztajfach, gdzie nawet się odłączam od peletoniku ale samotna jazda przez tyle kilometrów jeszcze nie dla mnie ;)
Gdzieś na trasie...
Kolejne kilometry upływają szybko, nasze tempo jest różne, raz jedziemy mocno i szybko, raz zamulamy nogę, klasyczne wyścigowe przygody.
Gdzieś tak w połowie dystansu wiem już, że wszystko rozstrzygnie się na ostatnim podjeździe ze Świeradowa Zdrój na Zakręt Śmierci.
Niestety nie jest to wymarzona końcówka dla takich zawodników jak ja. Niby sam podjazd jest dość długi ale nachylenie jest raczej śmieszne, zrzucenie tam na małą tarczę to wręcz faux paux. W dodatku pod górę jedziemy tylko na Rozdroże Izerskie, skąd na metę jest jeszcze około 8-9km płaskiego odcinka w lesie. Takie warunki zdecydowanie faworyzują sprinterów, którzy są w stanie przetrzymać mniej nachylone podjazdy, lub typowych klasycznych all-rounderów. Z resztą po wynikach z ubiegłego roku można się było spodziewać dokładnie takiego scenariusza, czyli sprintu z grupki około 20-osobowej na kresce.
Musiałem więc coś wymyślić :D

Start honorowy (fot. Anka Aries Baran oraz Dariusz Baran)
Od Świeradowa straszne czarowanie, co chwilę jakiś skok, kasowanie i zwolnienie prawie do zera. Sam kilka razy naciągam grupkę i puszczam żeby podmęczyć rywali. Podjazd na szczęście znałem i wiedziałem, że tak naprawdę konkretny atak trzeba zrobić już prawie w samej końcówce.
Jak zaplanowałem, tak też zrobiłem, bez zbędnej kalkulacji pojechałem co miałem pod górę. Mocne i równe tempo, nie w trupa, bo wiedziałem że potem jest przecież jeszcze tak długi płaski odcinek. Zyskiwałem przewagę ale gdzieś tam w głębi duszy wiedziałem, że ta akcja nie ma szans się udać, że na płaskim mnie przecież dojdą, bo czasowiec ze mnie żaden...

Wjeżdżam na Rozdroże Izerskie, oglądam się za siebie i widzę, że ktoś odskoczył od grupki. Decyzja mogła być tylko jedna - czekam i dalej lecimy w dwójkę po zmianach. Ciśniemy ile fabryka dała, za nami stado wygłodniałych hartów, z każdym kolejnym kilometrem różnica czasowa się zmniejsza, są coraz bliżej, a dystans do mety wydaje się nie mieć końca. To jedna z tych chwil, gdzie jeden kilometr ciągnie się jak normalnych pięć.


Ze znajomymi z Zielonej Góry
Na jakieś 3km do mety tracę już nadzieję, na oko widziałem że nas dojdą i w tej samej chwili ktoś z grupki odskakuje i dojeżdża do nas krzycząc, żeby cisnąć. Nie zastanawiam się nawet chwilę i szybko siadam na koło, po chwili poprawiam. Kolega Bartek, z którym jechaliśmy w dwójkę już bez sił i nie daje zmian więc lecimy mocno we dwóch, ja i Dominik. Kilka razy obracam się żeby sprawdzić sytuację i chwilę przed Zakrętem Śmierci już wiem, że dojedziemy. Niestety cała nasza trójka jest z tej samej kategorii, ale podium w OPEN już jest, teraz trzeba podzielić się miejscami.




Tak jak się spodziewałem, kolega Dominik, który zdecydowanie bardziej przypominał sprintera niż ja, poradził sobie z moim skromnym atakiem na 100 metrów do mety i pierwszy wjechał na kreskę. Ja tuż za nim, za nami Bartek. Radość ogromna, bo podium to podium ale wywalczone w takim stylu smakuje jeszcze lepiej.
Fajne uczucie jak inni zawodnicy podjeżdżają na mecie i gratulują świetnej akcji.
Trzecie drugie miejsce z rzędu, tym razem w OPEN, czuję się jak Peter Sagan ;) W sumie to mogę się tak czuć do końca tego sezonu... :P


Na koniec jeszcze słów kilka o organizacji...
Trasa dobrze obstawiona i bezpieczna (chciałoby się jej innej przebiegu ale cieszmy się z tego co jest), marzy mi się meta na Stogu Izerskim, ale to chyba w innym życiu ;)
Bufet na mecie bajka, pasta party na koniec pyszne, jedno z lepszych jakie jadłem kiedykolwiek na wyścigu (makarony i ryż z pysznymi sosami, wersje mięsne i wegetariańskie, naleśniki, no dosłownie po królewsku).
Martwi poziom dekoracji, pierwsza trójka OPEN nie dostała nawet małego pucharku. Dekorowane były tylko kategorie i dostawało się medalik (dla zwycięzcy dodatkowo koszulka i tajemnicze gratisy w siatce). Co jak co ale pierwsza trójka OPEN powinna skończyć taką imprezę z czymś co można sobie na pamiątkę postawić i nie chodzi mi tu o jakieś mega super drogie rzeczy...





Wiślańskie ściganko

Pętla Beskidzka - te dwa słowa od prawie 10 lat "męczyły" mnie strasznie. To właśnie na tym wyścigu, w 2009, pierwszy raz wystartowałem w górach i dostałem taki wpierdziel, że każdy normalny gość skończyłby z kolarstwem. Już na pierwszym podjeździe posmakowałem swoich płuc i zobaczyłem, że jednak jest takie nachylenie że chwila nieuwagi powoduje wheelie...
Kiedy tak prawie leciałem na plecy ludzie mijali mnie jak Ferrari Williamsa w tym sezonie, nie wiedziałem co się dzieje, a na metę dotarłem jak już zamykali sklepy (żart?). Tak czy inaczej, kiedy już przekroczyłem kreskę, jako 37 zawodnik w kategorii (klasyfikacji open na całe szczęście nie było więc nie wiem), zamiast dać sobie spokój z kolarstwem, ja głupi postanowiłem, że kiedyś stanę tu na podium i było to jedno z moich kolarskich marzeń.

fot. Barbara Dominiak

fot. Barbara Dominiak
Od tamtego startu walczyłem z Pętlą co roku i była to bardzo nierówna walka, o której już kiedyś pisałem w tym artykule. W dużym skrócie: "wylegiwanie" się na rozgrzanym asfalcie nie mogąc ruszać nogami z uwagi na kurcze, defekty, bomby kompletne, całkowite odwodnienia, odciski moich bloków na roztapianym asfalcie na Kamesznicy, wylatywanie z zakrętów itd... No było tego sporo...

Jechałem więc do Wisły jak zwykle z myślą, że chcę powalczyć ale może być różnie... mimo iż odczucia związane z formą były dobre. To co mnie niewątpliwie cieszyło to prognozy pogody, zamiast tradycyjnych upałów miało być około 15 stopni, czyli "moja pogoda".

Przyjeżdżam w piątek chwilę przed 22:00 - niestety trzy wypadki na A4 miały tu swój udział - całe szczęście, że klasyczne wprowadzenie zrobiłem u siebie wcześnie rano.
Rano tradycyjnie, najpierw połowa owsianki, potem jazda po numer startowy, powrót - druga połowa owsianki, trochę odpoczynku i jadę na start. Zimno jak diabli ale biorę tylko rękawki - tu robotę robi jak zwykle Sportsbalm.

fot. Barbara Dominiak
Na starcie pogaduchy ze znajomymi, ustawianie w sektorze i lecimy. Do Malinki start honorowy, udaje się trzymać zaraz za autem Wieśka Legierskiego więc jest spokojnie i bezpiecznie. Na wysokości Zalewu, Wiesiek odjeżdża dając sygnał do rozpoczęcia zabawy. Od razu jadę z przodu swoim równym tempem i po chwili jesteśmy pod Zameczkiem. Zrzucam na małą zębatkę z przodu i coś jest nie tak z łańcuchem, trochę się siłuję i wyprzedza mnie sporo osób - szkoda, bo pozycja wyjściowa do podjazdu była idealna. Tak czy inaczej jak już wszystko wskoczyło na swoje miejsce przedostaję się bliżej przodu i jadę z czołówką. Podjazd zaczynamy zapoznawczo, nie jest lekko ale nie jest też w trupa. Po kolei odczepiają się kolejne wagoniki, a tempo stopniowo wzrasta. Przed Szarculą idzie już zapiek konkretny i zaczynają się moje problemy, cytując nasza nadzieję na Tour de France - idę już wtedy wszystko i tradycyjnie, jak to na Pętli muszę za to zapłacić. Dokładnie już na Szarculi po skręcie w lewo, gdzie trzeba się wdrapać na jeszcze jedną jedyną sztajfę - nie mam już z czego tam jechać, jestem ugotowany, mocno zwalniam i robię wszystko żeby utrzymać koło mijających mnie zawodników. Zagryzam zęby i zjazdy lecimy w kilkunastoosobowej grupie, przed nami jest tylko czołówka, w której w tym momencie kręciło chyba 7 osób.

fot. Barbara Dominiak
Podjazd na Koczy Zamek lecimy wszyscy równo bez szaleństw, w końcówce jest stromo ale nikt nie atakuje, bo przed nami długi, stosunkowo płaski, odcinek, który miał być pod mocny wiatr. Po Koczym Zamku pora na samobójczy zjazd do Kamesznicy, nie kalkuluję, wyłączam myślenie i lecę w dół leżąc na ramie i dociskając mocno przód - jak się okazuje leciałem 96,5km/h - mój nowy rekord ;)

Cały zjazd jedziemy zgodnie całą grupką, potem z Milówki mam trochę obawy o współpracę, bo na wyścigach różnie z tym bywa ale jakimś cudem wszyscy zgodnie dają krótkie zmiany, jest ciężko bo niemiłosiernie wieje w twarz.
Dopiero gdy zaczynają się sztywne hopki przed bufetem aż do Szczyrku kilka osób odpada, kilka przestaje pracować i najdłuższy podjazd na Salmopol zaczynamy chyba w 12 osób. Czuję się tak sobie ale gdy nachylenie wzrasta zostajemy w piątkę i tak, równym tempem, wjeżdżamy na szczyt bez żadnych zbędnych ataków.
fot. Barbara Dominiak
Zjazd z Salmopolu to zawsze spore ryzyko przy ruchu otwartym. Na szczęście w dniu wyścigu ruch był raczej słaby i zjazd szedł naprawdę sprawnie. Tak czy inaczej grupka się podzieliła i końcówkę musiałem mocno dociskać żeby dojechać. Ta sztuka się udaje i z Malinki, po skręcie, jedziemy już razem.
Zbliża się decydujący podjazd na Zameczek, patrzę po innych żeby obczaić kto jest z jakiej kategorii mniej więcej i pojechać końcówkę mądrze. Atakuje dwójka z kategorii C - nie reaguje, bo nie ma sensu, ze mną jechała dwójka zawodników z mojej kategorii i na nich skupiałem swoją uwagę ;)


Podjazd na Zameczek znam jak własną kieszeń, wiem gdzie podkręcić tempo żeby odskoczyć i jak jechać żeby potem to spokojnie utrzymać. Tak też robię, na stromym odcinku przy rezydencji prezydenta lekko dokręcam odłączając się od grupki i jadę swoje. Do samej mety kontroluję bezpieczną przewagę i przekraczam kreskę jako trzeci zawodnik z drugiej grupki co ostatecznie daje mi 2 miejsce w kategorii B i 10 Open.

Jestem mega szczęśliwy, moje marzenie właśnie się spełniło. Marzenie, na które czekałem 10 lat. Po tragicznym, całym, ubiegłym roku, zimą wziąłem się ostro do pracy i się opłaciło. Katowanie ciężarów, jazda w ciemnościach i naprawdę wiele wyrzeczeń - to jest cena za takie małe sukcesy. Małe, ale dla mnie bardzo znaczące - bo tym samym wreszcie odczarowałem Pętlę Beskidzką !
Wręczanie statuetek na deptaku w Wiśle to jedna z moich wspanialszych kolarskich chwili, dla których człowiek ostro trenuje i zagina się na co dzień.


Dzień później przyszedł czas na klasyczną czasówkę typu uphill, zawsze było to katowanie krótkiego ale ciężkiego Zameczku, w tym roku organizator postanowił wydłużyć trochę dystans i trasa prowadziła przyjemną Doliną Czarnej Wisełki aż na Szarculę. Niby podjazd znałem ale kompletnie nie wiedziałem jak tam pojechać na czas.

Fajnie, że organizator opublikował listę startową w sobotę wieczorem, nie trzeba było kombinować rano z dowiadywaniem się o której start - mam nadzieję, że będzie już tak zawsze :)
Generalnie nie spałem za dobrze, chyba trzeba było wypić więcej piwa po wyścigu :D

Rano, gdy wyjechałem z apartamentu, lekko nie było, na zewnątrz jakieś 9 stopni, a ja tylko rękawki. Tu znowu robotę zrobiły maści Sportsbalm, bo bez nich chyba ciężko byłoby dobrze rozgrzać mięśnie.
Zaplanowałem sobie 45 minut rozgrzewki i już po 15 minutach wiedziałem, że to nie jest mój dzień. No po prostu mi nie szło, po płaskim jeszcze było ok ale jak tylko próbowałem podkręcić tempo pod górę czułem w nogach beton.
Dokładnie o 9:33:30 ruszyłem na trasę, czekało mnie 6km podjazdu, którego kompletnie nie wiedziałem jak pojechać :) Dokładnie pół minuty później na trasę miał ruszyć mój największy rywal - no średnio fajnie, bo zdecydowanie bardziej wolę gonić niż uciekać...

fot. Barbara Dominiak
Od początku żwawo, pierwsza połowa z nachyleniem kilku procent i tu jedzie mi się bardzo dobrze, za mną nikogo nie widać - jest OK ;)
Zaczyna się prawdziwy podjazd, nachylenie ostro wzrasta, a ja czuję beton w nogach. Idzie bardzo ciężko, ogólnie to coś jest nie tak, bo normalnie bez problemu powinienem jechać takie czasówki na pulsie ponad 180, a tu ledwo wchodzi 174... Wjeżdżam na Stecówkę, obracam się i widzę mojego rywala - no generalnie motywacja siadła, jednak głowa też jest ważna, a ja w tym momencie ją straciłem... Za to wiedziałem jak to podziała na niego, kiedy na czasówce widzisz już gościa przed Tobą, zrobisz wszystko żeby go dojść, nawet kosztem jazdy ponad swoje granice... Ostatni odcinek pokonuję w mojej skromnej ocenie beznadziejnie i przed samą kreską zostaję minięty - 30 sekund straty. Jak się później okazało była to strata do zwycięzcy mojej kategorii - Patrycjusz moje gratulacje ! :)
Ja ostatecznie zająłem 2 miejsce, w OPEN byłem 7. Jak na odczucia mogę być tylko zadowolony.

Podsumowując, z przebiegu całego weekendu, mogę być tylko zadowolony. Wracam do domu z dwiema ładnymi, kamiennymi statuetkami. Tu ukłon do organizatora, bo rok temu były tylko medale, a takie imprezy jak Pętla Beskidzka zasługują na ładne statuetki :)


Mimo iż wyścig odbywał się w ruchu otwartym to byłem miło zaskoczony poziomem zabezpieczenia każdego skrzyżowania i ronda, wszędzie byli strażacy lub policjanci, którzy wstrzymywali ruch i pomijając odcinek okolicy Milówki (gdzie zawsze w sobotę jest dramat) to czułem się względnie bezpiecznie i można się było skupić na ściganiu. Dodatkowo sporo było motorów otaczających opieka większe górki.
Było naprawdę bardzo fajnie, wychodzi że potrzebowałem 10 edycji żeby wreszcie wdrapać się na wyścigowe podium Pętli - tym smaczniejszy staje się taki sukces ;)


Froomie

Nie lubię Frooma... nigdy nie lubiłem. Głównie za styl w jakim jeździ, za, moim zdaniem, pokraczną pozycję na rowerze, za kadencję maszyny do szycia, za ciągłe spoglądanie na swojego Garmina, za to że po prostu przypominał mi robota, a kolarstwo sprowadzał do gry komputerowej, w której jak dobrze porozkładasz siły swoich zawodników, to pierwszy przekroczysz linię mety...

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Nie lubię za to, że może legalnie wspomagać się lekami na astmę, ba - nawet ostentacyjnie potrafi wyjąć inhalatorek na podjeździe i się zaciągnąć. Nie lubię za to, że pomimo wpadki dopingowej może sobie legalnie startować w wyścigach, podczas gdy w takim samym przypadku mniej znanego kolarza już siedziałby w domu z dwuletnim banem na starty.

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Nie lubię, za to, że musiał na niego harować nasz Michał Kwiatkowski na Tour de France, że chwilami wydawało się że nasz zawodnik jest po prostu mocniejszy ale jednak musiał być przybocznym swojego lidera...

No po prostu gościa nie lubię i mam do tego prawo :)

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Ale to co zrobił wczoraj to po prostu mistrzostwo świata. Robot ożył, tak w skrócie nazwałbym wczorajsze wydarzenie. Zamiast kalkulować w swoim stylu, on po prostu ruszył do przodu 80 kilometrów przed metą, 80 kilometrów najeżone ciężkimi podjazdami. Bez zbędnej kalkulacji, odważnie, niczym Fausto Coppi w 1949 roku. Interesuję się kolarstwem już do wielu lat i takie obrazki jak wczoraj można oglądać bardzo rzadko.

19 etap Giro Italia 2018 roku, na długo zapadnie w mojej pamięci, myślę że na długo zapadanie w pamięci większości kibiców. Można tylko żałować, że etap ten odbył się w piątek, kiedy większość z nas była w pracy lub w szkole. Takie epickie momenty powinien oglądać każdy młody adept kolarstwa, bo tego się właśnie trzeba uczyć - kolarstwa romantycznego, a nie kręcenia na sztywno według cyferek na małym ekraniku.
Właśnie za brak kalkulacji pokochałem styl jazdy Alberto Contadora i pomimo iż nigdy nie polubię tak Frooma, to od dziś dostaje ode mnie czystą kartę. Taka tabula rasa, którą może wypełnić od nowa. Zapominam o tych wszystkich rzeczach które napisałem na początku. Zobaczymy co będzie dalej...

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Pisząc ten tekst, modlę się jednocześnie, żeby rajd Frooma nie okazał się samobójczą jazdą Floyda Landisa, bo niestety co jak co, ale takie porównania nasuwają się same...

No i ważna kwestia, piszę to w sobotę o godzinie 13:00 i nie mam pojęcia co się stanie na etapie 20, który zapowiada się również bardzo ciekawie. Jednak jestem prawie pewien, że nikt Krzysiowi nie będzie w stanie zrobić kolarskiej krzywdy...
http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Dodam jeszcze ciekawostkę będącą idealnym podsumowaniem, na wczorajszym etapie, Ryan Mullen, przez 6 godzin wykręcił średnią moc równą około 3,7 w/kg i jazda na takim poziomie pozwoliła mu stracić zaledwie 45 minut do zwycięzcy ;)

W cieniu Grodów Piastowskich

Grody Piastowskie każdy raczej zna, jedna z nielicznych polskich etapówek i z reguły jeden z głównych celów naszego rodzimego CCC Cycling Team. Swego czasu nawet się śmiano, że wiosenne klasyki World Tour jak np. Amstel Gold race, w których CCC brało udział, to świetne przygotowanie przed głównym celem, czyli Grodami ;)
Tak czy inaczej, organizatorzy postanowili zadbać również o amatorów i dać nam poczuć smak rywalizacji na tych samych trasach, gdzie później siódme poty wylewają zawodowcy. Tym sposobem w sobotę 12 maja znalazłem się w Pieszycach, a dzień później w Jaworze.


Pierwszy wyścig to Korona Gór Sowich i chociaż na samym początku stwierdzałem, że organizator robi sobie z nas kpiny serwując trasę o długości 37km, to po przejechaniu ich w tempie wyścigowym już tak ochoczo nie twierdzę. Wszystko przez fakt, że na tak krótkiej trasie upchnięte zostało 1000 metrów przewyższenia i takie przełęcze jak Jugowska, Sokola i Walimska, czyli jedne z dań głównych które mają do zaserwowania Góry Sowie.


Pobudka o 5 rano, szybka kawa, do samochodu i już jadę w kierunku Pieszyc, GPS pokazuje 2,5h jazdy i tak też dojeżdżam na miejsce. Biuro zawodów czynne od 8:00 otwiera się bliżej 8:30 ;) Tak czy inaczej, dość sprawnie odbieram numerki, szykuję rower i siebie i zabieram się za rozgrzewkę. Ta wydaje się kluczowa, bo wyścig zaczyna się 13-kilometrowym podjazdem na Przełęcz Jugowską... Udaje się odpowiednio rozgrzać i pomimo iż przez to w sektorze startowym stoję dopiero w 6 rzędzie chyba było warto...


3...2...1... Start
W powietrzu aż unosi się zapach testosteronu, tradycyjnie każdy chce być z przodu i wszyscy lecą jak mrówki do miodu. Jest trochę niebezpiecznie i nerwowo więc sprawnie przesuwam się stopniowo na czołowe miejsca w peletonie. Podjazd idzie szybko i sprawnie, puls pokazuje że jest dobrze, trzymam się ładnie czołówki połykając kolejne kilometry. Mam pewne obawy, bo jednak 13-kilometrowy podjazd to jakieś pół godziny jazdy w okolicach progu, a takich rzeczy w tym sezonie za bardzo jeszcze nie zaznałem. Niestety moje obawy były słuszne, bo gdzieś na 8 kilometrze łapię kryzys, na tyle mocny że kolejne podkręcenie tempa powoduje moje odłączenie od czołowej, 10-osobowej, grupki. Wyrównuję puls jednocześnie czekając na drugą grupkę, gdzie tempo jest dla mnie idealne i tak w 5 osób wjeżdżamy na przełęcz.
Zjazd idzie tak szybko i sprawnie, że nawet nie zauważam kiedy zaczynamy podjazd na Przełęcz Sokolą, podjazd który miał być równy i przyjemny, a który organizator postanowił nam znacznie ubarwić prowadząc jakąś boczną sztajfą. Przyznam, że tego się nie spodziewałem, bo nagle przed naszymi oczami pojawiła się wąska droga do nieba, gdzie na 1,5 kilometra średnie nachylenie oscylowało w okolicy 12% mając fragmenty 16%.
Nogi trochę zgłupiały, jechało mi się tu ciężko chociaż trochę "otuchy" dodawał fakt, że zaczęliśmy widzieć przed sobą kolejnych zawodników. No ale nie doszliśmy, a ze szczytu czekał nas kolejny bardzo szybki zjazd po zmianach.


W Walimiu kolejna niespodzianka organizatora i na Przełęcz Walimską również wjeżdżamy częściowo jakimś bocznym skrótem, tutaj nachylenie nie jest aż tak bardzo hardcorowe jak wcześniej ale też daje popalić i zostaje w nogach. Zostaje jeszcze końcówka podjazdu, gdzie z Arkiem z Diversey próbujemy dojść zawodników przed nami ale jednak trochę brakuje i w dwójkę zaczynamy zjazd do Pieszyc. Zjazd dość niebezpieczny i chwilami wariacki z naszej strony ale technicznie jedziemy go dobrze, współpraca się układa i razem wpadamy na metę.
www.e-legnickie.pl

www.e-legnickie.pl
Ostatecznie 5 miejsce w kategorii M30 i 10 OPEN, w sumie jestem zadowolony, bo widać że powoli wracam na właściwe tory, jednak strata minuty do podium trochę mnie męczy i standardowo myślę, gdzie mogłem się bardziej zagiąć i tą minutę urwać ;)

Dzień później cała barwa karuzela wyścigowa przenosi się do urokliwego Jawora, gdzie obok mety Grodów jest rozgrywana Jaworska Pajda Chleba na dwóch dystansach. Jako, że ten krótki jest po prostu ultra krótki wybieram wersję dłuższą. 
Nie znam kompletnie trasy wyścigu, wiem, że będą dwa solidne podjazdy i niestety długi, płaski dojazd na metę. Robię szybki rekonesans ostatnich metrów i już wiem, że końcówka jest kompletnie nie dla mnie - wąsko i po nierównym bruku - to preferuje raczej dobrze zbudowanych kolarzy, a nie takich "wycieniów" jak ja ;) W takiej sytuacji jedyna szansa na dobry wynik to ucieczka...
www.e-legnickie.pl
Czas mija bardzo szybko i ani się obracam, a już stoję na starcie witając się ze znajomymi. Ekipa przyjechała konkretna więc zapowiada się fajne ściganie.
3...2...1... start, od razu bez żadnego oglądania się na siebie idzie tempo i widać, że zaraz pójdzie jakiś atak. Tak też się stało, chłopaki ze Strefy Sportu urywają się zaraz po wyjeździe z miasta, mija mnie Kamil Gromnicki, który proponuje nawet żebym doskoczył z nim ale chwila zawahania i już jest po ptakach. Szkoda, szczerze mogę przyznać że szansę miałem, bo ostatecznie odjechała trójka właśnie z Kamilem w składzie. Inna sprawa, że nie wiem czy dałbym radę cały wyścig spędzić w ucieczce...
Tempo w peletonie wcale jakoś specjalnie nie siada, część zawodników chce gonić, część z tego korzysta - jak to zwykle na wyścigach bywa ;) Idzie kontratak dwóch zawodników ale nie wróżę im sukcesu w takim momencie.
Pierwszy podjazd pod Stanisławów jedziemy umiarkowanie mocno i bardzo równo, to powoduje, że cały czas jedzie duża grupa. Dopiero pod koniec zaczyna się mocniejsza jazda ale jest już za późno żeby skończyło się to konkretną selekcją. Na podjeździe kasujemy też kontratak.
Dalej nudna jazda po płaskim, trochę w górę, trochę w dół. Raczej się każdy pogodził, że odjazdu nie dogonimy i już w myślach ustawiał swój własny scenariusz drugiej części wyścigu.
Zaczyna się drugi konkretny podjazd na trasie czyli Bogaczów, nie znam kompletnie jego charakterystyki więc trzymam się z przodu. Początkowo równe tempo zaczyna być ostro podkręcane, widać że ochotę na porwanie grupy ma Michał Fonał więc grzecznie jadę za nim i nawet nie zauważam jak z tylu grupa zaczyna pękać. Sam mam mały kryzys ale ostatecznie na szczycie podjazdu meldujemy się w kilka osób. No i w takiej grupie powinniśmy wtedy postawić kropkę nad i, lecąc po zmianach i nie dając się dogonić. Niestety współpracy nie było i po kilku kilometrach wszystko się zjechało, a do Jawora na kreskę wpadła dość liczna grupa.
Na finisz nawet się nie szykowałem, wszelkie próby odjazdu w końcówce były od razu kasowane. Ostatecznie kończę na 7 miejscu w kategorii, bez tragedii ale i bez fajerwerków. To nie na mojej szyi zawiśnie charakterystyczna pajda chleba ;)


Podsumowując wyszedł bardzo fajny weekend startowy na Dolnym Śląsku, dla mnie bardzo pozytywny, bo po ubiegłym roku widać, że wszystko zaczyna wracać do normy i jeśli tylko zdrowie i czas pozwolą, to powinienem się jeszcze nie jeden raz kolarsko uśmiechnąć w tym roku.
Fajnie jest też się ścigać po tych samych trasach, po których później jadą zawodowcy, gorzej jak zaczniemy na Stravie porównywać sobie czasy z podjazdów...
A na Grody na pewno wrócę za rok :)

Pierwsze koty za płoty




Na pierwszy weekend startowy czekałem z niecierpliwością ale i z dużą niewiadomą. Wiem, że uczciwie i bardzo konkretnie przepracowałem zimę ale też postawiłem w tym roku na położenie solidnego fundamentu siłowego pod sezon. Efekt jest bardzo dobry, bo dawno już nie czułem się tak mocny na rowerze jednak przez to nie miałem za bardzo kiedy popracować nad beztlenami, nie było się gdzie przepalić i te pierwsze starty były wielką niewiadomą...

Cytując Michała Kwiatkowskiego czuję się dobrze ale jeszcze nie tańczę na rowerze, na to trzeba trochę więcej czasu i podszlifowania nogi.

Tak czy inaczej 21 kwietnia stanąłem na starcie Pucharu Równicy w Ustroniu. Bardzo miło wspominam tą imprezę, bo równo 3 lata temu byłem tam 4 open i 3 w kategorii. Trasa była bardzo ciekawa i na deser czekała Równica - w tamtym roku był to dla mnie bardzo słodki deser.

Tym razem trasa została zmieniona i rundy nijako zostały wyprowadzone poza ścisłe centrum Ustronia, przejechałem ją sobie w piątek na spokojnie i wiedziałem, że lekko nie będzie, bo też za bardzo nie ma gdzie odpocząć przy tempie wyścigowym. Można powiedzieć, że trasa przypominała mi bardziej kryterium niż klasyczny wyścig. Była bardzo malownicza i miała wszystko co potrzeba. Z resztą od dawna wiadomo, że to nie trasa czyni wyścig trudnym, a zawodnicy w nim startujący, a lista startowa Pucharu Równicy 2018 pokazywała wyraźnie, że będzie ogień.


Start zaplanowany był dość późno, bo dopiero o 13:00, w zasadzie fajna opcja, bo każdy na spokojnie mógł dojechać, biuro jak zwykle w Road Maraton działało prężnie i wydawanie pakietów startowych poszło sprawnie.
Jak już gotowy do startu, pojawiłem się w okolicy Rynku w Ustroniu, na niecałą godzinę przed wyścigiem, złapałem Wieśka i zapytałem, czy to przypadkiem nie jest Pętla Beskidzka, bo Garmin pokazywał mi równo 30 stopni, a na niebie nie było żadnej chmurki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to właśnie te warunki tak bardzo utrudnią mi ściganie.


Wybiła 13:00 i jak zwykle barwny peleton ruszył uliczkami Ustronia, na początku jak zwykle nerwówka, przepychanie i walka o pozycje. W zasadzie było to uzasadnione, bo po krótkim odcinku nagle szosa zwężała się drastycznie i ostro pięła się w górę - tam po prostu wypadało być z przodu.
Mi się to udało i kolejne kilometry kręciłem w pierwszej grupie. Wiedziałem jednak, że taki stan rzeczy nie potrwa bardzo długo, nogi nie chciały kręcić swoim normalnym tempem, a ja co jakiś czas wisiałem za grupką jak guma odstając na podjazdach i dochodząc na płaskim/zjazdach.
Po 45 minutach skapitulowałem i postanowiłem jechać po prostu swoje, utworzyła się zgrabna grupka i tak połykaliśmy kolejne kilometry. Cały czas czułem, że brakuje mi lekkości ale jakoś to szło. Każdy też w głowie miał finałowy podjazd na Równicę, czyli wspomniany wcześniej deser tego wyścigu.
Niestety w tym roku deser ten okazał się baaaaardzo gorzki, chociaż z początku tak źle to nie wyglądało. Na samym początku podjazdu podkręciłem tempo i odjechałem od grupki, na horyzoncie było widać sporo zawodników, więc w głowie miałem po prostu mocny równy podjazd i konkretną poprawę mojej pozycji.
Jeszcze nie dojechałem do bruku, a po wewnętrznej stronie prawego uda poczułem zbliżający się kurcz. Udało się go uniknąć ale trzeba było wrzucić najlżejsze przełożenie i zwolnić do minimalnych prędkości. Zamiast nadrabiać miejsca byłem zdrowo wyprzedzany. Po kolejnym kilometrze było jeszcze gorzej, bo temperatura mnie dosłownie wykończyła. Niestety w takich warunkach jeździ mi się bardzo źle, a jak dołożymy do tego fakt iż był to pierwszy start w sezonie to w zasadzie nie dziwie się, że kończyłem wyścig na bombie.


Ostatecznie zająłem szalone, 25 miejsce w kategorii B - w dwóch krótkich słowach: dramat i porażka ;) Chciałbym też z tego miejsca pogratulować organizacji ekipie Road Maraton, wyścig odbywał się na całkowicie zamkniętych dla ruchu rundach, na bufecie można było pobierać całe bidony i potem odzyskać swoje - wyrzucone. Jednym słowem idzie to wszytko w bardzo dobrym kierunku - Wiesiek, tak trzymaj !


Nie było jednak co się rozwodzić nad Ustroniem, bo już dzień później miałem start w Sobótce, w Visegrad Road Race z cyklu Via Dolny Śląsk. Szybka regeneracja i pobudka przed 5 rano żeby zdążyć na start... Po wcześniejszej bombie postanowiłem, że jednak pojadę krótki dystans, bo czułem się po prostu źle.

Do Sobótki dojechałem sprawnie i na czas, nie minęło dużo czasu i już stałem na mecie. W tym roku zmieniono trasę rundy i tak jak na plus było dodanie krótkiej sztajfy zaraz za Strzegomianami, tak niestety na minus dla mnie wyszło przełożenie mety do centrum Sobótki. Brakowało mi podjazdu ulicą Garncarską, który potrafił wymęczyć przeciwników i pozwolić na mocniejszy sprint już na kreskę - w obecnej sytuacji na metę wpadała po prostu duża, mocno rozpędzona grupa - woda na młyn dla sprinterów. Jedyną więc szansą dla mnie była jakaś ucieczka.

Pogoda była tym razem idealna, około 15 stopni na starcie i minimalny wiatr - tak, w Sobótce nie wiało ! Kolarzy zjawiła się cała masa, a dodatkowym smaczkiem był fakt, iż po startach amatorów na te same rundy wjeżdżała Elita.
W zasadzie cała rywalizacja nie była na tyle ciekawa żeby to jakoś obszernie opisywać. Jechałem w pierwszej grupie ale znowu czułem, że jedzie mi się ciężko. Zrzucałem to na wcześniejszy zgon. Były ataki, były kasowania, było naciąganie, czyli takie ściganko w pigułce. Starałem się jechać z głową i kontrolować sytuację. Tak też było, do Sobótki na metę dojechało nas w sumie kilkanaście osób, ale tam, zgodnie z moimi przeczuciami, nie za bardzo mogłem powalczyć. Dodatkowo dałem się zamknąć i ostatecznie skończyłem na miejscu 11.
W sumie byłem nawet zadowolony, przynajmniej do czasu jak zdjąłem moje tyle koło i zobaczyłem to:

Na oko jakieś kilkadziesiąt wat w plecy... Zagadka uczucia ciężkiej jazdy rozwiązana :P Pechowo ale w sumie to znaczy, że noga jakaś tam jest, bo jednak przyjechałem z czołówką. Sam jestem bardzo ciekaw jak by poszło w normalnych warunkach.

Krótko mówiąc pierwszy weekend startowy był beznadziejny i pechowy. W tym roku przegrałem z Równicą i zrobiłem to z kretesem. Nie takiej inauguracji sezonu się spodziewałem ale nie ma się co negatywnie nastawiać. Wiem dobrze co zrobiłem zimą, wiem ile sił włożyłem w przygotowania i wiem, co mam obecnie w nogach.

Trochę podszlifowania formy i powinno być dobrze... A czy będzie dowiemy się już w maju.