I Choszczeński Klasyk Szosowy, czyli góral walczy ze sprinterami

W ubiegłą sobotę zaprzeczyłem swoim postanowieniom, bowiem od dłuższego czasu, jeśli mam jechać na jakiś wyścig około 200km to wybieram się na południe naszego kraju. Góry to moje środowisko naturalne i to one przyciągają mnie podjazdami, widokami i całą kolarską otoczką...



Jednak tym razem pojechałem na wyścig płaski, 170 kilometrów na północ, na teren wybitnie nie pode mnie, z typowo sprinterskim finiszem...
Pojechałem tam, bo z Choszcznem są związane fajne wspomnienia, to właśnie w tym mieście, chyba z 10 lat temu, wziąłem udział w swojej pierwszej rowerowej imprezie. Była to Pętla Drawska, czyli maraton szosowy rozgrywany w grupach startowych. W tamtych czasach nie było chyba żadnego wyścigu na szosie dla amatorów ze startu wspólnego, ogólnie mało ludzi jeździło na szosach. Wyglądałem jak totalny trzepak, formę miałem taką, że chwilę po wyjeździe z Choszczna już jechałem sam - ogólnie dostałem niezły wpierdziel ale i tak zakochałem się w tym sporcie ;)


Z tego powodu jak zobaczyłem, że szykuje się fajne ściganie właśnie w Choszcznie postanowiłem pojechać, szczególnie że organizator wyznaczył nawet dwie premie górskie, taka trochę podróż sentymentalna bez ciśnienia na dobry wynik, jak to mówią - pure fun. Dodatkowo była to też okazja do spotkania znajomych, których nie widziałem od lat :)


Podróż z Zielonej Góry minęła szybko i sprawnie, niestety jak tylko dojechałem do Choszczna zaczęło padać, było też zimno. Zrobiły się trochę warunki jak na belgijskich, wczesnowiosennych klasykach, ochota na ściganie trochę spadła ale jak się nie ma co się lubi...

Odebrałem pakiet startowy, zjadłem resztę owsianki i czekałem w aucie z nadzieją na poprawę pogody. Trochę martwił mnie brak elektronicznego pomiaru czasu przy takiej trasie ale spoko, co ma być to będzie...


Na szczęście jakieś 30 minut przed startem już nie padało, było tylko zimno, mokro i wiał wiatr, nie są to może idealne warunki do ścigania, ale zawsze może być gorzej. Wystarczy się pogodzić, że będziesz wyglądać jak 3 latek po zabawie w błocie, a każdy żel będziesz wsuwać w towarzystwie kilku gram piasku i gitara, można jechać ;)


Start spokojny, jedziemy przez miasto, po czym od razu następuje rozkręcenie tempa. Mi generalnie jak to zwykle na początku bywa, noga nie kręci za dobrze, jadę więc z tyłu i szukam swojego rytmu. Tempo mocno rwane, cel nie dać się urwać jest spełniany w stu procentach. Nie do końca wiem co się dzieje w czubie ale spoko.
Zbliża się pierwsza górska premia, jakby ktoś chciał wiedzieć jak wygląda górska premia na nizinach to proszę bardzo ;)


Początek podjazdu idzie mi ciężko, nawet zaczynam przez chwilę zostawać ale nagle noga puszcza i dochodzę do czuba, tempo mocne, gdy do kreski jest już blisko, idę 100% i kreskę przekraczam jako pierwszy. Celowo nie piszę, że wygrałem premię bo na górze dowiaduję się że zaraz po starcie odjechała piątka zawodników... Czyli wysiłek na marne, czuję się trochę jak kolarze w Pro Tour, którzy myśleli że wygrali, a mieli do pokonania jeszcze jedną rundę wyścigu ;)
Jeden plus z całej tej akcji jest - przepaliłem solidnie nogę i od tego momentu zaczęła bardzo ładnie kręcić.
Kolejne kilometry bez przygód, tempo rwane, co chwilę jakieś próby ataków czy naciągania grupy, ja spokojnie jadę i kontroluję sytuację. Grupa się uszczupla ale nie jest to jakaś wybitnie szybka i mocna jazda. Już wiem, że ucieczki nie dogonimy.


Kiedy do mety miało zostać kilka kilometrów zaatakowałem z innym zawodnikiem. Peleton nas puścił więc nie było się co zastanawiać tylko kręcić co sił w nogach po zmianach. Niestety okazało się, że trasa wyścigu została wydłużona i zamiast 91 kilometrów ostatecznie przejechaliśmy 98, więc moja ucieczka zrobiła się za długa i odpuściłem widząc zbliżający się peleton.
Zjechałem w głąb grupy czekając już na finisz w Choszcznie. Im bliżej kreski tym bardziej poprawiałem swoją pozycję i na kilometr do mety jechałem z lewej strony w okolicy 10 miejsca. Przed sobą miałem wolną przestrzeń i kiedy już chciałem zacząć finiszować nagle całe to towarzystwo z prawej strony przeszło na lewo i skutecznie mnie przyblokowało. Finisz wyglądał tak, że dwa razy musiałem puszczać korby, a czułem się naprawdę dobrze, więc duża szkoda.

Oczywiście zgodnie z moimi przewidywaniami nikt na mecie nie wiedział które miejsce zajął, a o wynikach dowiedziałem się w zasadzie w domu. Okazało się, że zająłem oficjalnie 4 miejsce, chociaż znajomy na zdjęciach z finiszu dopatrzył, że chyba jednak powinienem stanąć na najniższym stopniu podium. Szkoda, bo to zawsze fajna sprawa, ale dla pucharków już nie jeżdżę więc żyletkami się ciąć nie będę ;)


Tak czy inaczej pierwsza edycja klasyka w Choszcznie była bardzo udana i z optymizmem patrzę w przyszłość, bo organizator już zapowiedział, że będzie to impreza cykliczna. Na duży plus ogólna atmosfera, dobre zabezpieczenie, pucharki dla całego podium, klasyfikacja "górska". Wyszedł naprawdę bardzo fajny wyścig.
Jest kilka minusów i poniżej moje dobre rady które mogą uczynić wyścig jeszcze lepszym:
- elektroniczny pomiar czasu (przy trasie sprinterskiej to jedyna opcja aby uzyskać sprawiedliwe i rzetelne wyniki)
- krótsze ale bardziej selektywne rundy (można bardziej wykorzystać podjazd z premii górskiej, bo mimo wszystko tam robiła się selekcja)
- lepsze oznakowanie mety (idealnie gdyby udało się załatwić balon, bo kreska na asfalcie z daleka nie jest w ogóle widoczna)
- szybsze ogłoszenie wyników przed dekoracją (to się łączy z elektronicznym pomiarem)


Ogólnie będę miał kolejne miłe wspomnienia z Choszczna i kto wie, może za rok znowu "góral" zawita na nizinnych rundach w okolicy tego miasta aby sprawdzić nogę ze sprinterami :)


Visegrad Road Race 2017 - Sobótka

Drrrrrrrrrrrrrrrr Drrrrrrrrrrrrrrrrr budzik dzwoni w środku nocy i brutalnie każe mi wstać z wygodnego i ciepłego łóżka. Jest 4:45, niedziela, kto normalny o tej godzinie wstaje ? Odpowiedź zbędna, bo każdy ją zna...


Przecierając kompletnie zaspane oczy, schodzę do kuchni, robię szybkie espresso i jem przygotowaną wieczorem owsiankę. Chociaż jem to złe słowo, próbuję wmówić sobie że to smaczne, że mam ochotę, ale o tej godzinie wszystko ledwo przechodzi przez gardło. Ogólnie to brzuch jakiś ciężki, samopoczucie beznadziejne, gdybym nie miał opłaconego startu chyba położyłbym się z powrotem spać ;)
Zjadam połowę porcji, dopijam kawę i szykuję się do drogi.
Rower spakowany, ciuchy zabrane, wsiadam do auta - kierunek Sobótka i wyścig Visegrad Race z cyklu Via Dolny Śląsk. Jest bardzo przyjemnie, termometr na zewnątrz pokazuje 6 stopni, do tego ciemno i lekka mgła, no nic tylko jechać 170km na wyścig, który rozpoczyna się o bandyckiej godzinie - 9:30 ;)
fot. Veloodra https://pl-pl.facebook.com/veloodra


Podróż minęła jednak dość sprawnie, chociaż gdyby nie puszczone głośno radio i śpiewanie do "szlagierów" chyba bym zasnął za kierownicą...

W Sobótce melduję się przed 8:00, wystarczająco wcześnie żeby spokojnie pobrać pakiet startowy, dokończyć owsiankę i przygotować się dobrze do startu.
Temperatura rośnie więc decyduję się na koszulkę, rękawki i krótkie spodenki. Nogi smaruję niezawodnym Sportsbalmem i powinno być git :)

fot. Veloodra https://pl-pl.facebook.com/veloodra


Robię pół godziny rozgrzewki ale że nogi za bardzo nie kręcą to będę jechał na przypał, w głowie nie mam żadnego ciśnienia na wynik, ten sezon jaki jest każdy widzi, w skrócie dramat i masakra :) Ustawiam się w sektorze i po 10 minutach ruszamy.
Założenie mam jedno, jechać jak najdłużej z czołówką i przede wszystkim z głową.
Początek niemrawy, bardzo liczna grupa połączonych grup M2 i M3, ja tradycyjnie jadę raczej z tyłu na świadka i próbuję złapać swój rytm, pierwsze kilometry idą mi ciężko ale sprawnie, jazda z tyłu to kiepski pomysł na Sobótkę, raz że człowiek się męczy dwa razy bardziej, a dwa - można łatwo zostać w drugiej grupie przy ewentualnym podziale (tak się stało np na Kocich Górach).

Pierwsza runda przelatuje dość szybko, tempo rwane - na podjazdach prędkość podkręcana, na płaskim i pod wiatr chwilami wręcz turystyka. Idą jakieś akcje zaczepne ale nikt nie jest puszczany, ja spokojnie kontroluję sytuację.
Na podjeździe przed metą, gdzie w zasadzie powinienem szukać swojej ewentualnej szansy pod koniec wyścigu, już widzę że będzie ciężko, tempo akurat tam było mocne, ja ładnie trzymałem ale żeby myśleć o jakimś ataku to niestety nie dziś ;)

Druga runda w zasadzie bez przygód, chociaż noga zaczęła się budzić i jechało mi się coraz lepiej. Podjazdy były tym razem dość spokojne, parę zaciągów i prób odjazdów oczywiście było ale nawet jak ktoś strzelał to po chwili dojeżdżał z powrotem.

Trzecia runda już mocniejsza, na hopkach coraz mocniej, coraz więcej prób ataku. Na jednym z podjazdów widzę z końca grupy, że z przodu odczepiło się 6 zawodników - szybkie rozeznanie - to bardzo mocna grupa, to może odjechać i dojechać do mety. Długo się nie zastanawiam, pełna moc w korby i przeskakuję. Udało się, pech chciał że tak jak peleton odpuścił początkowo ucieczkę, to już po moim przeskoku coś się ruszyło i dość szybko cała akcja została skasowana.

Dalej w zasadzie wciąż to samo, jednak zaciągi coraz mocniejsze i grupa wyraźnie się uszczupla. Mi noga zaczęła ładnie kręcić i od czasu tej ucieczki postanowiłem trzymać się już bliżej czuba i tego postanowienia skutecznie się trzymałem. Od tego momentu reagowałem na każdy atak i na każde przyspieszenie, w głowie powoli kiełkowała myśl o taktyce na finiszowych metrach.

Ostatnia runda dość wariacka, wiele prób ale oczywiście wszystko kasowane, gdzieś odjechał nam jeden zawodnik, czego ja niestety w ogóle nie zauważyłem, jak się później okazało zawodnik ten ogolił wyścig na solo - nic tylko pogratulować :)

Wróćmy jednak do ostatecznej rozgrywki w naszym peletonie... Jak tylko wjechaliśmy do Sobótki w myślach krążył mi atak na finałowym podjeździe. Tak się jednak złożyło, że zostałem zblokowany i nic z tego nie wyszło. W połowie podjazdu już się przerzedziło i pojechałem na czoło grupy, razem z innym zawodnikiem nadając dość mocne tempo żeby zmęczyć potencjalnych rywali na kreskę.

Ostatni zjazd przed metą zaczynam jako pierwszy - fajne uczucie ale tylko chwilowe, bo wiem, że harty z tyłu zaraz mnie wyprzedzą - taki był z resztą plan. Teraz tylko nie dać się zamknąć i zacząć finiszową prostą na w miarę dobrej pozycji...

Z daleka widać już metę i zaczyna się finisz, zaczyna się dość szybko więc już wiadomo że będzie długo bolało ;) Jadę swoje, po kolei mijając kolejnych zawodników, na ostatnich metrach jestem 3 w mojej kategorii ale niestety przed samą kreską mija mnie jeszcze jeden zawodnik i ostatecznie mijam metę jako 4 zawodnik w M3.


To był chyba najcięższy finisz w mojej historii, doszedłem do pulsu 198, bardziej jechałem już chyba głową niż nogami ale jestem bardzo zadowolony. W tym beznadziejnym sezonie udało się zająć fajne miejsce w Sobótce i zostawić na sobą kilku bardzo mocnych zawodników na finiszu, nic tylko się cieszyć. Potrzebowałem takiego wyścigu, potrzebowałem żeby znowu uwierzyć we własne możliwości i nabrać pewności siebie. Szkoda, że sezon się już kończy ale zrobię wszystko żeby przyszły był najlepszy w mojej dotychczasowej karierze !!

No i pozdrawiam wszystkich, z którymi dane mi było dziś się ścigać, nie z każdym mogłem pogadać ale swoistych "siema" wymieniłem dziś bardzo dużo :)

Pewnego razu w Czechach

Długi sierpniowy weekend na naszym kolarskim, amatorskim, podwórku oznacza dwie możliwości. Można jechać kultowe już etapowe Road Trophy w Beskidach lub pozaginać się trochę na czasówce typu uphill Kowary - Okraj. Oczywiście najchętniej pojechałbym w Beskidy ale ze względów głównie osobistych musiałem drugi rok z rzędu zrezygnować z etapówki i pojechać w Karkonosze.


Rok temu debiutowałem w tej imprezie i bardzo miło ją zapamiętałem, po pierwsze był wysoki poziom sportowy, po drugie fajna organizacja, po trzecie całkiem spoko nagrody oraz atmosfera i wreszcie po czwarte - zająłem wtedy 3 miejsce Open w debiucie.




Wstałem więc sobie wcześnie rano i w pięknych okolicznościach pogodowych pojechałem w Karkonosze, jako że mam tu dość blisko, nie trwało to zbyt długo i szybko byłem na miejscu. Tu sprawny odbiór pakietu, chwila gadania ze znajomymi i jadę zostawić auto już na Przełęczy Okraj, bo miałem fajny plan co będę robić już po czasówce.




Szybka rozgrzewka i ani się obróciłem już stałem na rampie startowej. Wiedziałem, że nie jest to ta noga z zeszłego roku i powtórka wyniku będzie raczej trudna. Nie będę się tu rozpisywał o samej czasówce, bo nie ma o czym pisać. Po prostu ponad pół godziny na maksa, z pulsem cały czas powyżej 180, mając wrażenie że cierpienie nigdy się nie skończy ;) Na szczęście się skończyło, na nieszczęście jakieś 1,5 minuty później niż rok wcześniej, co tym razem starczyło na 7 miejsce w kategorii oraz 10 Open.




Teraz przejdziemy do meritum, czyli pomysłu na który wpadłem po czasówce i który z perspektywy czasu był baaaardzo głupi ale i tak się cieszę że to zrobiłem. Otóż postanowiłem wjechać sobie po raz kolejny na Modre Sedlo, czyli chyba najtrudniejszy i najwyższy podjazd szosowy w Czechach.

Samochód miałem na szczycie, więc tylko uzupełniłem bidony, wziąłem batoniki, kamerkę i w drogę. Zjazd z Okraju poszedł sprawnie i już zaczynałem delikatny podjazd do Peca pod Snezkou. W mieście jakiś obłęd, normalnie jak na Łysej Polanie. Było tyle ludzi, że zamknięto wjazd i wpuszczano tylko turystów idących z buta ;) Ja oczywiście przejechałem ale miałem obawy o tłumy turystów na podjeździe.



Jak tylko dojechałem do centrum, czyli charakterystycznej wieży hotelowej skręt w lewo i zaczynamy już konkretną wspinaczkę. Najpierw delikatnie kilka procent aby z każdymi 100 metrami stopniowo zwiększać nachylenie i wjeżdżać już do lasu z wyświetlanymi na Garminie kilkunastoma procentami. Teraz zaczyna się rzeź, praktycznie cały czas szosa pnie się ostro w górę, chwilami Garmin pokazuje nawet wartości rzędu 24%. Jeśli dodamy do tego upał i fakt, że mam w nogach ponad 30 minut w trupa to jedzie się koszmarnie. W głowie tylko powtarzam w nieskończoność sekwencje lewa-prawa, mijam zdezorientowanych turystów i walczę z podłą grawitacją. Chwilami nawet nie można usiąść w siodle bo momentalnie podbija przednie koło.
Tak jadę i myślę jaki muszę być głupi, skoro wiedziałem na co się piszę, nie jechałem tu pierwszy raz. Jakie to człowiek musi mieć skłonności sadomasochistyczne, że dobrowolnie godzi się na takie męczarnie, kiedy mógłby sobie spokojnie w fotelu popijać piwko ;)



Zrozumie to tylko ktoś kto jechał ten podjazd, podobnie trudna jest słynna Przełęcz Karkonoska ale jednak tam mamy dwa hardcorowe i dość długie odcinki przeplecione dużo mniej nachylonym odcinkiem środkowym. Tutaj po wjeździe do lasu w zasadzie nie ma gdzie odpocząć, jest dosłownie kilka metrów płaskiego, gdzie puszczasz korby i łapiesz szybko oddech, bo za chwilę znów bezlitośnie szosa zamieni się w regularną ścianę.

Ja ten podjazd dzielę na dwie części, pierwsza - ta która sprawia mi najwięcej problemu to odcinek w lesie do schroniska Vyrovka, gdzie wjeżdżamy na część drugą - przejeżdżamy poziom lasu i zaczynają się genialne widoki na całą okolicę. Sama szosa po skręcie przy schronisku już robi ogromne wrażenie, bo wygląda jak typowa szosa gdzieś wysoko w Pirenejach.

I tak jak w lesie turystów było niedużo, tak na tym odcinku widokowym jest ich od groma. Muszę krzyczeć uwaga i czekać aż łaskawie co poniektórzy zejdą mi z drogi. Jest do zdecydowanie dodatkowa atrakcja kiedy jedziesz po kilkunastoprocentowym nachyleniu, mając już wszystkiego dość i tylko czekasz na koniec wysiłku.


Jest to też jeden z tych podjazdów, gdzie na szczycie czeka nagroda. Jak tylko wjeżdżam za ostatnią wyniosłość drogi, moim oczom ukazuje się majestatyczna Śnieżka, która jest tu na wyciągnięcie ręki. Aż chciałoby się na nią wjechać ale nie jest to niestety możliwe. Oprócz widoków na najwyższy szczyt Karkonoszy mamy w pakiecie jeszcze niewielką urokliwą kapliczkę, kolejne cudowne widoki i to by było na tyle.
Teraz trzeba niestety zjechać tą samą drogą, co przy tym nachyleniu i tej ilości turystów do przyjemności nie należy. Kilka razy się zatrzymuję, żeby dać odetchnąć obręczom i dłoniom, w których mam już powoli kurcze (tak, w dłoniach) !



Szybko ponownie znajduje się w Pecu i po chwili podjeżdżam już na Okraj. I taka ciekawostka, jechał przede mną jakiś gość z sakwami, którego nie mogłem dojść, a nawet powoli mi odjeżdżał. Kiedy już stwierdziłem, że nie nadaję się do tego sportu okazało się, że gość miał elektryczny rower ;)

Dojechałem sprawnie na Okraj i tak się skończył ten piękny ale bardzo wyczerpujący dzień w Czeskich Karkonoszach.
I pamiętajcie - rok bez wizyty w tym regionie to rok stracony ;)

Test pedałów Nexelo

Jakiś czas temu moje ultra lekkie pedały Xpedo zaczęły tak głośno skrzypieć podczas użytkowania, że musiałem pomyśleć o czymś nowym. W zasadzie można się było do tego dźwięku nawet przyzwyczaić, jak jechałem drogą przez las słyszały mnie wszystkie zwierzęta, co było nawet pomocne, gorzej na wyścigach, kiedy tylko chciałem przyspieszyć - wiedział o tym cały peleton. Miałem też dość pytań z serii „Stary co ci tak skrzypi w rowerze ?!”.


Zacząłem robić szybki research i wyszło, że aby zbliżyć się do wagi poprzednich pedałów musiałbym wydać miliony monet. Niezależnie czy była to firma Look, Time, Shimano, czy też Xpedo po prostu wszystko wykraczało poza mój budżet. Trochę mnie to zdołowało, bo w kontekście czasówek pod górę waga jest u mnie priorytetem.
Jednak po dłuższym namyśle stwierdziłem, że po co mi pedały 50 gram lżejsze skoro tyle to waży 1/3 mojego telefonu i wystarczy że na czasówkę nie włożę go do kieszonki. Nie dajmy się zwariować ;)

Przez te wszystkie lata jak jeżdżę, przyzwyczaiłem się już do systemu Keo więc nie bardzo chciałem zmieniać na Time, czy Shimano. I wtedy w moje oko wpadły pedały firmy Nexelo (model VP-R73H), które wyglądem bardziej przypominały produkty Shimano, będąc jednocześnie kompatybilne z blokami Keo, które zgadzały się z moim budżetem.

Nie myślałem długo, kupiłem, przykręciłem i zacząłem testować.
Co tu można napisać o pedałach, nie jest to skomplikowany produkt, wszystko odnosi się do wspominanej wcześniej wagi i wytrzymałości. Nexelo ważą 270g, z wytrzymałością na razie nie mogę się wypowiedzieć. Póki co nic się z nimi nie dzieje i co najważniejsze, nie skrzypią ;)

Zbudowane są z karbonu, oś tradycyjnie Cr-Mo, posiadają regulację napięcia sprężyny.

To co czuć to większa powierzchnia podparcia niż dotychczas, tak jak pisałem wcześniej, moim zdaniem to taka hybryda między systemem Shimano, a Look Keo. Bloki są w zestawie ale będą pasować wszystkie kompatybilne z Keo. Wyglądają jak tradycyjne pedały szosowe, nie ma tu żadnych udziwnień.

To by było na razie na tyle, patrząc na wagę i cenę, pedały zdecydowanie warte polecenia. Zobaczymy z czasem jak wygląda kwestia wytrzymałości ale w tej kwestii jestem optymistą.

Kezmarok, czyli słowackie ściganko


Pierwotny plan był taki, że skoro jestem na urlopie w Bukowinie Tatrzańskiej akurat w tym terminie to zalicze sobie Road Maraton w Nowym Sączu i TdP Amatorów. Jednak wyścig w Nowym Sączu odwołali, a że znalazłem w sieci wyścig w Keżmarku, który jest jeszcze bliżej Bukowiny, to decyzja mogła być tylko jedna - jadę ;)

--------------------------------------------------------------------------------------
Jechać na wyścig na Słowacji bez nogi to jak iść na randkę w ciemno przez internet, dobrze wiesz że będzie masakra i że będzie bolało ale i tak idziesz bo może akurat...
--------------------------------------------------------------------------------------

O wyścigu nie wiedziałem prawie nic, znałem tylko ostatni podjazd i zjazd, na liście startowej widniały takie nazwiska jak zwycięzca długiego dystansu Tatry Tour czy Jarnej Klasiki, wiedziałem więc że nie będzie to zabawa, a walka o przetrwanie, szczególnie że jeśli chodzi o formę to jestem tam gdzie jestem, czyli dość daleko od optymalnej dyspozycji. Ten rok nie jest taki jak bym chciał ale nie będę teraz marudzić.


Od rana piękna pogoda, kiedy już wjeżdżam autem do Kotliny Popradzkiej jest tak pięknie, że aż się muszę zatrzymać i popatrzeć spokojnie na Tatry Wysokie, wszystko widać jak na dłoni, żadnej chmurki na niebie - bajka.
Do Kieżmarku dojeżdżam szybko i jestem sporo przed czasem. Słowacy znają się w temacie wyścigów, biuro mieści się w największym zabytku miasta - średniowiecznym zamku. Wyścig to przecież idealny pretekst do pokazania najlepszych miejsc w mieście - start i meta z kolei zlokalizowane były przed pięknym ratuszem na starówce. Zapisy idą sprawnie, na miejscu jest toaleta, duży parking itd...

Co ciekawe dookoła pełno słowackich zawodników ubranych w ich narodowe barwy (bardzo ładne z resztą) i tak sobie myślę że u nas jak już to można spotkać repliki koszulki MP Bory, a tam jakoś nie ma sytuacji że każdy jeździ w replice koszulki MŚ Sagana tylko po prostu barwy reprezentacyjne.

Szybkie przebieranie, ogarnianie sprzętu, trochę rozgrzewki i już stoimy na starcie. Wystrzał z pistoletu i ruszamy.
To co się od razu rzuca w oczy to wielka kultura jazdy. Mamy chyba ze 3 km startu honorowego i nikt się nie przepycha. W Polsce standardem jest, że po chwili jedzie jeden na drugim, co chwilę ktoś po chodnikach próbuje się przebijać i inne akcje, tu nic, całkowita kulturka, spokój, wszystko bardzo bezpiecznie. Machanie czerwoną flagą i mamy start ostry, na początek jakieś 15 km po płaskim, równe tempo, cały peleton i tak połykamy kolejne kilometry.


Zaczyna się pierwszy podjazd, kompletnie go nie znam, nie wiem nawet ile ma kilometrów, jadę więc od startu mocno trzymając się z czołówką. Po jakimś czasie zerkam na pulsometr, a tam powyżej 190 uderzeń - no kosmos jakiś. Ale jadę dalej, po kolejnych kilku minutach zaczynam czuć, że z rąk odpływa krew, znaczy że idę w trupa i zaraz za to zapłacę. Kiedy po zakręcie, który wydawał mi się końcówką widzę kolejną długą prostą do nieba, muszę odpuścić i odpadam od czołówki.
Puls lekko spada i od razu lepiej się jedzie ale "ugotowane" nogi potrzebują jeszcze dłuższej chwili żeby wejść w dobry rytm. Z przełęczy dość szybki zjazd, dojeżdża do mnie kilka osób i dalej lecimy już sprawnie w małej grupce. Ani się obejrzałem, a już wyrósł nam drugi dość długi podjazd. Tu jedzie mi się już lepiej chociaż wciąż trochę brakuje do pełni szczęścia. Pomagają napisy na asfalcie z Nowy Targ Road Challenge i w sumie szybko znajduję się na szczycie.

Stąd zjazd już dużo bardziej niebezpieczny, po czym następuje bardzo pofalowany odcinek drogi przez Osturnię. Tak to wszystko się składa, że w tej małej spiskiej wsi robi się nas pokaźna - kilkunastoosobowa grupa i takim składem zaczynamy wspinaczkę dnia, cream de la cream, czyli długie i mozolne wjeżdżanie na Przełęcz Zdiarską. Kto nie zna tego podjazdu, szybko musi to nadrobić, gdyż moim skromnym zdaniem, znajduje się on w TOP5 najpiękniejszych tatrzańskich podjazdów !


Tutaj nogi trochę puszczają i postanawiam mocno potrenować, chwilę jadę w grupce, po czym stwierdzam, że zaatakuję i odjeżdżam. Powiększam dystans od grupki, idzie mi ciężko ale myśl, że przewaga wzrasta mnie nakręca i dość sprawnie mija całą wspinaczka. Na szczycie czuję już zmęczone nogi i lekkie kurcze w mięśniach, zaczynam długi zjazd do Zdiaru.
Jako, że jadę sam jest ciężko, wieje w twarz i w zasadzie czekam tylko aż dogoni mnie grupka, którą odstawiłem na podjeździe. Moja przewaga musiała być spora, bo dojeżdżają do mnie dopiero za Zdiarem. Wskakuję na koło i lecimy po zmianach.
Tu kolejna dygresja, jazda w grupce ze Słowakami jest zupełnie inna niż u nas w kraju. Zazwyczaj idą mocne i równie zmiany, nikt się nie oszczędza, u nas na wyścigach każdy coś tam ściemnia, a im większa grupka tym mniejsze tempo ;)


Niestety kurcze są coraz mocniejsze i pomimo fajnej współpracy, na około 20km do mety, muszę pożegnać się z kompanami i od tego czasu jechać bardziej turystycznie. Wieje w twarz, dłuży mi się strasznie, mijają mnie jeszcze dwie grupki kolarzy i dojeżdżam w końcu na metę.
Wynik - 15 w kategorii B i 40 OPEN, gdybym dojechał z moją grupką wychodziło miejsce 8 kat i 20 OPEN, co na moją obecną formą nie jest wcale takim złym wynikiem.

No nic, kolejne nowe doświadczenie, tak dziwnego wyścigu jeszcze nie jechałem, najpierw 15km płasko, potem nagle 1200 metrów przewyższenia na 40 kilometrach i na koniec 30 km w dół i po płaskim pod wiatr na wykończenie nóg i psychiki. Dziś liczyła się moc w nogach ale również i taktyka, którą ja osobiście całkiem zawaliłem - ale przynajmniej dobrze potrenowałem :)