Rozterki amatora, czyli mój rok 2017

Mamy już od kilku dni nowy - 2018 rok, więc wypadałoby zrobić jakieś podsumowanie ubiegłego sezonu. Jako, że był to rok bardzo nietypowy to i podsumowanie będzie nietypowe i jeśli spodziewacie się wpisu stricte statystycznego to w zasadzie już możecie skończyć lekturę tego postu ;)


Był to zdecydowanie sportowo najtrudniejszy dla mnie rok, moja forma wyglądała jak gra aktorska Nicolasa Cage'a, który role bardzo dobre przeplata tymi tragicznymi (jeśli ktoś się nie zgadza polecam np film Czasy Ostateczne: Pozostawieni).
Był to dla mnie rok jednej wielkiej porażki, który jednak nauczył mnie więcej niż wszystkie, udane przecież, poprzednie sezony.




Zacznijmy jednak od początku, na samym starcie 2017 roku okazało się, że od stycznia do końca marca muszę ogarnąć dwie prace i tak do jednej chodziłem od 8:00 do 16:00, a potem musiałem ogarnąć drugą w godzinach 18:00 - 22:00. Oczywiście w normalnych okolicznościach rower wypadałoby odwiesić na ścianę jednak ja się nie poddawałem i do tej drugiej pracy, jeśli pogoda pozwalała jechałem rowerem i późnym wieczorem tak samo wracałem do domu (w sumie dawało mi to około 40km). Jednak z treningiem nie miało to nic wspólnego, no chyba że mówimy o treningu mentalnym, bo naprawdę trzeba się było nieźle spiąć żeby to wytrzymać psychicznie. Nawet sarny stojące nocą przy drodze patrzyły jak na idiotę (serio !).



Jak wiadomo dobrze przepracowana zima jest dla kolarzy bardzo ważna więc już na starcie wiedziałem, że to będzie ciężki rok.
Od kwietnia zacząłem już regularne treningi według planu ale w maju na świat przyszła moja córeczka.



Serio, wcześniej uważałem się za mistrza organizacji czasu, mając dziecko potrafiłem trzymać się w miarę sztywno planu treningowego i miałem wszystko dokładnie poukładane. Pojawiło się drugie dziecko i co ? Brak czasu nabrał zupełnie nowego znaczenia, przestawianie treningów, rezygnacja z kolejnych jednostek, skracanie czasu itd itp - z tym musiałem się zmierzyć i patrząc teraz z perspektywy czasu chyba tu poległem, bo pomimo iż przekręciłem tylko nieznacznie mniej kilometrów niż w 2016 to jednak systematyka i racjonalny trening trochę leżał, o regeneracji nie wspominając. Do tego dochodziła frustracja, że nie trenuję tak jak powinienem itd...



Z uwagi na pojawienie się córeczki w maju, pierwsze wyścigi przyszły dopiero w czerwcu (nie licząc Ślężańskiego Mnicha pojechanego dla zabawy w kwietniu). Wyścigi przyszły ale forma przyjść nie chciała i musiałem przyzwyczaić się do roli gościa, który przestał jeździć w czubie i nie walczył o czołowe lokaty.
Było to dla mnie ciężkie jak brak inhalatora dla Froome'a. Niestety po części nie potrafiłem sobie z tym poradzić, wciąż narastała frustracja, nakręcało się to jak spirala, złe emocje powodowały, że na treningu też nie szło. Ogólnie beznadzieja... Co gorsza, kiedy pojawiały się momenty lepszej formy to albo pojawiała się jakaś infekcja albo np. poważna awaria sprzętu, która blokowała możliwość normalnego trenowania.




Sam już nie wiem ile miałem myśli, żeby rzucić to całe kolarstwo w cholerę, ile razy zadawałem sobie pytanie po co mi to ? Kiedyś mój pięcioletni synek zapytał mnie: "Tata, a musisz iść na ten trening ? No i wtedy mnie olśniło, przecież ja nic nie muszę :P To miała być moja pasja, a nie obowiązek...

Trzeba było coś z tym zrobić i postanowiłem przewartościować swoje życie, wiem, brzmi górnolotnie ale to nic innego jak poukładanie sobie wszystkiego od nowa w głowie.
Do jakich wniosków doszedłem ? Po pierwsze rodzina jest najważniejsza i nawet wygranie Mistrzostwa Świata Masters Gran Fondo nie da mi tyle radości co szczęście moich dzieciaków i żony. Po drugie nie ma sensu nic robić na siłę, bo efekt jest odwrotny do zamierzonego i coś co ma mi przynosić radość i satysfakcję ostatecznie przynosi frustrację i złe samopoczucie.


Jesienią pobawiłem się trochę w przełaje, odpocząłem konkretnie i postanowiłem przygotować się do 2018 jak nigdy wcześniej... Od 1 grudnia lecę ostro z planem bez oszczędzania się, staram się dawać z siebie 100% i pomimo iż mamy dopiero styczeń ja już widzę tego efekty. Przede wszystkim udało mi się zrobić to co zawsze chciałem, a nigdy nie wychodziło, czyli wreszcie przybrałem kilka kilogramów. Czy te przygotowania się powiodą ? Zobaczymy, albo będzie spektakularny sukces albo upadek z dużej wysokości.
Jedno wiem, co ma być to będzie i podchodzę do tego z dużą rezerwą, nie planuję żadnych konkretnych wyścigów. Chcę po prostu aby kolarstwo znów sprawiało mi frajdę bez tych wszystkich negatywnych emocji :)


P.S.
Niestety z tych samych powodów musiałem trochę zaniedbać bloga ale jak mam wybór czy pobawić się z dziećmi czy napisać kolejny post na bloga to mój wybór jest oczywisty... 

CX Zielona Góra - Orlen Puchar Polski 2017

W zeszłym roku chciałem trochę postartować w wyścigach przełajowych, ale jak pojechałem do Nielubii, to tamtejszy wyścig wybił mi CX z głowy. Runda dookoła pola plus kilka przeszkód to nie było to, co mogłem oglądać w telewizji na rasowych, belgijskich wyścigach przełajowych, o czym możecie przeczytać tutaj... 

W tym roku postanowiłem dać CX drugą szansę i wystartować na moim domowym wyścigu w Zielonej Górze. Dobrze mi znane, doskonałe do CX tereny, zachęcały do udziału, dodatkowo był to też pretekst na odwiedziny przyjaciół z BodyiCoach Cycling Team - Łukasza i Andrzeja.


Oczywiście nie trenowałem specjalnie do tego startu, w zasadzie to prawie w ogóle nic ostatnio nie trenowałem, miała to być dobra zabawa na zakończenie sezonu. Pewnie byłoby tak w 100 procentach gdyby nie choroba, która dopadła mnie w czwartek :/ Zaczęło się od bólu gardła, a potem się rozkręciło na tyle, że jeszcze z czwartku na piątek w nocy męczyła mnie temperatura 39 stopni i czułem się beznadziejnie.
W piątek jednak infekcja trochę puściła i wieczorem przyjechał Andrzej z Łukaszem.


W sobotę zaplanowaliśmy sobie szybki trening po okolicach, gdzie w niedzielę miał być rozgrywany wyścig, duuuuużo świetnej zabawy, nakręcanie filmików, robienie zdjęć - jednym słowem CX Fun ;)

W niedzielę przyszedł czas na wyścig, obudziłem się rano, choroba ciągle męczyła ale na tyle, że byłem w stanie się ścigać. Puls już na dojeździe na start osiągał jakieś kosmiczne wartości, a ja czułem że lepiej było chyba zostać w domu.

Szybki odbiór numerów startowych, krótka przejażdżka po całej rundzie i już stoimy na starcie. Wystartowałem w Amatorach, więc były tu zarówno rowery CX, jak i zwykłe MTB, które na tej trasie miały sporą przewagę.


Kilka słów o trasie - nie miała ona nic wspólnego z porażką z Nielubii z zeszłego roku. Nie jestem jakimś wytrawnym przełajowcem ale moim zdaniem trasa była wyśmienita. Po szybkim starcie od razu schody, potem przejazd na agrafki na mokrej trawie i wjazd do lasu. Tutaj jazda po leśnych ścieżkach z korzeniami, podjazdami i technicznymi, krętymi zjazdami. Na dole przyszedł czas na sekcję bardzo techniczną,  Najpierw sporo piachu, zakręty po 180 stopni, dwie leżące belki, bardzo wąski przejazd między drzewami po korzeniach i na koniec długi podjazd w zasadzie już do samej mety. Zabrakło tylko podbiegów i przeszkód, ale jakoś za nimi nie płakałem.


Jeśli chodzi o mój występ to wyglądało to pewnie dość komicznie, jak rasowy szosowiec który dopiero co wjechał do lasu. Na tych wszystkich technicznych zjazdach czułem się jak Froome na płaskim finiszu - kompletnie nie moja bajka. Nie da się ukryć, że jeżdżąc tylko co jakiś czas jesienią po lesie, technikę mam żadną :) Na pierwszej rundzie nie było tragedii, chociaż na zakrętach po piachu, gdzieś podskakuje mi koło i robię piękny piruet tracąc mnóstwo pozycji. Na długim zjeździe chciałbym nadrabiać ale wąski przejazd nie daje mi takiej możliwości i strata do czołówki robi się nie do odrobienia.


Dopiero na schodach na początku rundy przeskakuje kilka miejsc i zaczynam nadrabiać stracony czas. Nie wiem jednak, że z każdą minutą jazdy na maksa pogarsza się technika (której przecież nie mam), i zaczynają się dziać niezłe jaja - nagle skręcam w taśmę myśląc, że jest już agrafka, na zjeździe wjeżdżam w drzewo, chwilami jadę nie wiedząc czy jeszcze panuję nad rowerem - ogólnie niezła zabawa :D Tam, gdzie na pierwszej rundzie jechałem całkiem ładnie teraz jadę tragicznie. Nie tracę jednak swojej pozycji, bo na podjeździe podkręcam tempo.

Na ostatniej rundzie trochę się uspokajam i tam, gdzie trzeba wykazać się techniką jadę po prostu bardzo wolno i uważnie. Dzięki temu pod koniec rundy okazuje się, że dwóch zawodników mam już na widelcu, tyle że meta coraz bliżej. Podkręcam mocno tempo na ostatnim podjeździe i na samym szczycie wyprzedzam dwójkę zawodników, po czym wpadam na metę na drugiej pozycji Amatorzy Open - rzutem na taśmę mam podium.
Na kresce wyglądam tragicznie, powoli schodzi adrenalina i do głosu zaczyna dochodzić moja infekcja. Na pewno start nie pomógł mi w powrocie do zdrowia ale jakoś nie potrafiłem się powstrzymać, szczególnie że odwiedzili mnie przecież przyjaciele z Łodzi i Opola. Dane z pulsmetru mówią wyraźnie, że raczej powinienem był zostać w łóżku.



Podsumowując, moja niechęć do startów CX minęła bezpowrotnie. Co prawda w tym sezonie nie planuję dalszych startów, bo raz że trzeba teraz się dobrze wyleczyć, a dwa pora zacząć spokojne i konkretne przygotowania do sezonu 2018. Natomiast za rok na pewno wystartuję w Zielonej Górze, tym razem już w kategorii Masters - o ile będę oczywiście zdrowy, bo w tym roku dwie rundy więcej by mnie chyba zabiły ;)


I Choszczeński Klasyk Szosowy, czyli góral walczy ze sprinterami

W ubiegłą sobotę zaprzeczyłem swoim postanowieniom, bowiem od dłuższego czasu, jeśli mam jechać na jakiś wyścig około 200km to wybieram się na południe naszego kraju. Góry to moje środowisko naturalne i to one przyciągają mnie podjazdami, widokami i całą kolarską otoczką...



Jednak tym razem pojechałem na wyścig płaski, 170 kilometrów na północ, na teren wybitnie nie pode mnie, z typowo sprinterskim finiszem...
Pojechałem tam, bo z Choszcznem są związane fajne wspomnienia, to właśnie w tym mieście, chyba z 10 lat temu, wziąłem udział w swojej pierwszej rowerowej imprezie. Była to Pętla Drawska, czyli maraton szosowy rozgrywany w grupach startowych. W tamtych czasach nie było chyba żadnego wyścigu na szosie dla amatorów ze startu wspólnego, ogólnie mało ludzi jeździło na szosach. Wyglądałem jak totalny trzepak, formę miałem taką, że chwilę po wyjeździe z Choszczna już jechałem sam - ogólnie dostałem niezły wpierdziel ale i tak zakochałem się w tym sporcie ;)


Z tego powodu jak zobaczyłem, że szykuje się fajne ściganie właśnie w Choszcznie postanowiłem pojechać, szczególnie że organizator wyznaczył nawet dwie premie górskie, taka trochę podróż sentymentalna bez ciśnienia na dobry wynik, jak to mówią - pure fun. Dodatkowo była to też okazja do spotkania znajomych, których nie widziałem od lat :)


Podróż z Zielonej Góry minęła szybko i sprawnie, niestety jak tylko dojechałem do Choszczna zaczęło padać, było też zimno. Zrobiły się trochę warunki jak na belgijskich, wczesnowiosennych klasykach, ochota na ściganie trochę spadła ale jak się nie ma co się lubi...

Odebrałem pakiet startowy, zjadłem resztę owsianki i czekałem w aucie z nadzieją na poprawę pogody. Trochę martwił mnie brak elektronicznego pomiaru czasu przy takiej trasie ale spoko, co ma być to będzie...


Na szczęście jakieś 30 minut przed startem już nie padało, było tylko zimno, mokro i wiał wiatr, nie są to może idealne warunki do ścigania, ale zawsze może być gorzej. Wystarczy się pogodzić, że będziesz wyglądać jak 3 latek po zabawie w błocie, a każdy żel będziesz wsuwać w towarzystwie kilku gram piasku i gitara, można jechać ;)


Start spokojny, jedziemy przez miasto, po czym od razu następuje rozkręcenie tempa. Mi generalnie jak to zwykle na początku bywa, noga nie kręci za dobrze, jadę więc z tyłu i szukam swojego rytmu. Tempo mocno rwane, cel nie dać się urwać jest spełniany w stu procentach. Nie do końca wiem co się dzieje w czubie ale spoko.
Zbliża się pierwsza górska premia, jakby ktoś chciał wiedzieć jak wygląda górska premia na nizinach to proszę bardzo ;)


Początek podjazdu idzie mi ciężko, nawet zaczynam przez chwilę zostawać ale nagle noga puszcza i dochodzę do czuba, tempo mocne, gdy do kreski jest już blisko, idę 100% i kreskę przekraczam jako pierwszy. Celowo nie piszę, że wygrałem premię bo na górze dowiaduję się że zaraz po starcie odjechała piątka zawodników... Czyli wysiłek na marne, czuję się trochę jak kolarze w Pro Tour, którzy myśleli że wygrali, a mieli do pokonania jeszcze jedną rundę wyścigu ;)
Jeden plus z całej tej akcji jest - przepaliłem solidnie nogę i od tego momentu zaczęła bardzo ładnie kręcić.
Kolejne kilometry bez przygód, tempo rwane, co chwilę jakieś próby ataków czy naciągania grupy, ja spokojnie jadę i kontroluję sytuację. Grupa się uszczupla ale nie jest to jakaś wybitnie szybka i mocna jazda. Już wiem, że ucieczki nie dogonimy.


Kiedy do mety miało zostać kilka kilometrów zaatakowałem z innym zawodnikiem. Peleton nas puścił więc nie było się co zastanawiać tylko kręcić co sił w nogach po zmianach. Niestety okazało się, że trasa wyścigu została wydłużona i zamiast 91 kilometrów ostatecznie przejechaliśmy 98, więc moja ucieczka zrobiła się za długa i odpuściłem widząc zbliżający się peleton.
Zjechałem w głąb grupy czekając już na finisz w Choszcznie. Im bliżej kreski tym bardziej poprawiałem swoją pozycję i na kilometr do mety jechałem z lewej strony w okolicy 10 miejsca. Przed sobą miałem wolną przestrzeń i kiedy już chciałem zacząć finiszować nagle całe to towarzystwo z prawej strony przeszło na lewo i skutecznie mnie przyblokowało. Finisz wyglądał tak, że dwa razy musiałem puszczać korby, a czułem się naprawdę dobrze, więc duża szkoda.

Oczywiście zgodnie z moimi przewidywaniami nikt na mecie nie wiedział które miejsce zajął, a o wynikach dowiedziałem się w zasadzie w domu. Okazało się, że zająłem oficjalnie 4 miejsce, chociaż znajomy na zdjęciach z finiszu dopatrzył, że chyba jednak powinienem stanąć na najniższym stopniu podium. Szkoda, bo to zawsze fajna sprawa, ale dla pucharków już nie jeżdżę więc żyletkami się ciąć nie będę ;)


Tak czy inaczej pierwsza edycja klasyka w Choszcznie była bardzo udana i z optymizmem patrzę w przyszłość, bo organizator już zapowiedział, że będzie to impreza cykliczna. Na duży plus ogólna atmosfera, dobre zabezpieczenie, pucharki dla całego podium, klasyfikacja "górska". Wyszedł naprawdę bardzo fajny wyścig.
Jest kilka minusów i poniżej moje dobre rady które mogą uczynić wyścig jeszcze lepszym:
- elektroniczny pomiar czasu (przy trasie sprinterskiej to jedyna opcja aby uzyskać sprawiedliwe i rzetelne wyniki)
- krótsze ale bardziej selektywne rundy (można bardziej wykorzystać podjazd z premii górskiej, bo mimo wszystko tam robiła się selekcja)
- lepsze oznakowanie mety (idealnie gdyby udało się załatwić balon, bo kreska na asfalcie z daleka nie jest w ogóle widoczna)
- szybsze ogłoszenie wyników przed dekoracją (to się łączy z elektronicznym pomiarem)


Ogólnie będę miał kolejne miłe wspomnienia z Choszczna i kto wie, może za rok znowu "góral" zawita na nizinnych rundach w okolicy tego miasta aby sprawdzić nogę ze sprinterami :)


Visegrad Road Race 2017 - Sobótka

Drrrrrrrrrrrrrrrr Drrrrrrrrrrrrrrrrr budzik dzwoni w środku nocy i brutalnie każe mi wstać z wygodnego i ciepłego łóżka. Jest 4:45, niedziela, kto normalny o tej godzinie wstaje ? Odpowiedź zbędna, bo każdy ją zna...


Przecierając kompletnie zaspane oczy, schodzę do kuchni, robię szybkie espresso i jem przygotowaną wieczorem owsiankę. Chociaż jem to złe słowo, próbuję wmówić sobie że to smaczne, że mam ochotę, ale o tej godzinie wszystko ledwo przechodzi przez gardło. Ogólnie to brzuch jakiś ciężki, samopoczucie beznadziejne, gdybym nie miał opłaconego startu chyba położyłbym się z powrotem spać ;)
Zjadam połowę porcji, dopijam kawę i szykuję się do drogi.
Rower spakowany, ciuchy zabrane, wsiadam do auta - kierunek Sobótka i wyścig Visegrad Race z cyklu Via Dolny Śląsk. Jest bardzo przyjemnie, termometr na zewnątrz pokazuje 6 stopni, do tego ciemno i lekka mgła, no nic tylko jechać 170km na wyścig, który rozpoczyna się o bandyckiej godzinie - 9:30 ;)
fot. Veloodra https://pl-pl.facebook.com/veloodra


Podróż minęła jednak dość sprawnie, chociaż gdyby nie puszczone głośno radio i śpiewanie do "szlagierów" chyba bym zasnął za kierownicą...

W Sobótce melduję się przed 8:00, wystarczająco wcześnie żeby spokojnie pobrać pakiet startowy, dokończyć owsiankę i przygotować się dobrze do startu.
Temperatura rośnie więc decyduję się na koszulkę, rękawki i krótkie spodenki. Nogi smaruję niezawodnym Sportsbalmem i powinno być git :)

fot. Veloodra https://pl-pl.facebook.com/veloodra


Robię pół godziny rozgrzewki ale że nogi za bardzo nie kręcą to będę jechał na przypał, w głowie nie mam żadnego ciśnienia na wynik, ten sezon jaki jest każdy widzi, w skrócie dramat i masakra :) Ustawiam się w sektorze i po 10 minutach ruszamy.
Założenie mam jedno, jechać jak najdłużej z czołówką i przede wszystkim z głową.
Początek niemrawy, bardzo liczna grupa połączonych grup M2 i M3, ja tradycyjnie jadę raczej z tyłu na świadka i próbuję złapać swój rytm, pierwsze kilometry idą mi ciężko ale sprawnie, jazda z tyłu to kiepski pomysł na Sobótkę, raz że człowiek się męczy dwa razy bardziej, a dwa - można łatwo zostać w drugiej grupie przy ewentualnym podziale (tak się stało np na Kocich Górach).

Pierwsza runda przelatuje dość szybko, tempo rwane - na podjazdach prędkość podkręcana, na płaskim i pod wiatr chwilami wręcz turystyka. Idą jakieś akcje zaczepne ale nikt nie jest puszczany, ja spokojnie kontroluję sytuację.
Na podjeździe przed metą, gdzie w zasadzie powinienem szukać swojej ewentualnej szansy pod koniec wyścigu, już widzę że będzie ciężko, tempo akurat tam było mocne, ja ładnie trzymałem ale żeby myśleć o jakimś ataku to niestety nie dziś ;)

Druga runda w zasadzie bez przygód, chociaż noga zaczęła się budzić i jechało mi się coraz lepiej. Podjazdy były tym razem dość spokojne, parę zaciągów i prób odjazdów oczywiście było ale nawet jak ktoś strzelał to po chwili dojeżdżał z powrotem.

Trzecia runda już mocniejsza, na hopkach coraz mocniej, coraz więcej prób ataku. Na jednym z podjazdów widzę z końca grupy, że z przodu odczepiło się 6 zawodników - szybkie rozeznanie - to bardzo mocna grupa, to może odjechać i dojechać do mety. Długo się nie zastanawiam, pełna moc w korby i przeskakuję. Udało się, pech chciał że tak jak peleton odpuścił początkowo ucieczkę, to już po moim przeskoku coś się ruszyło i dość szybko cała akcja została skasowana.

Dalej w zasadzie wciąż to samo, jednak zaciągi coraz mocniejsze i grupa wyraźnie się uszczupla. Mi noga zaczęła ładnie kręcić i od czasu tej ucieczki postanowiłem trzymać się już bliżej czuba i tego postanowienia skutecznie się trzymałem. Od tego momentu reagowałem na każdy atak i na każde przyspieszenie, w głowie powoli kiełkowała myśl o taktyce na finiszowych metrach.

Ostatnia runda dość wariacka, wiele prób ale oczywiście wszystko kasowane, gdzieś odjechał nam jeden zawodnik, czego ja niestety w ogóle nie zauważyłem, jak się później okazało zawodnik ten ogolił wyścig na solo - nic tylko pogratulować :)

Wróćmy jednak do ostatecznej rozgrywki w naszym peletonie... Jak tylko wjechaliśmy do Sobótki w myślach krążył mi atak na finałowym podjeździe. Tak się jednak złożyło, że zostałem zblokowany i nic z tego nie wyszło. W połowie podjazdu już się przerzedziło i pojechałem na czoło grupy, razem z innym zawodnikiem nadając dość mocne tempo żeby zmęczyć potencjalnych rywali na kreskę.

Ostatni zjazd przed metą zaczynam jako pierwszy - fajne uczucie ale tylko chwilowe, bo wiem, że harty z tyłu zaraz mnie wyprzedzą - taki był z resztą plan. Teraz tylko nie dać się zamknąć i zacząć finiszową prostą na w miarę dobrej pozycji...

Z daleka widać już metę i zaczyna się finisz, zaczyna się dość szybko więc już wiadomo że będzie długo bolało ;) Jadę swoje, po kolei mijając kolejnych zawodników, na ostatnich metrach jestem 3 w mojej kategorii ale niestety przed samą kreską mija mnie jeszcze jeden zawodnik i ostatecznie mijam metę jako 4 zawodnik w M3.


To był chyba najcięższy finisz w mojej historii, doszedłem do pulsu 198, bardziej jechałem już chyba głową niż nogami ale jestem bardzo zadowolony. W tym beznadziejnym sezonie udało się zająć fajne miejsce w Sobótce i zostawić na sobą kilku bardzo mocnych zawodników na finiszu, nic tylko się cieszyć. Potrzebowałem takiego wyścigu, potrzebowałem żeby znowu uwierzyć we własne możliwości i nabrać pewności siebie. Szkoda, że sezon się już kończy ale zrobię wszystko żeby przyszły był najlepszy w mojej dotychczasowej karierze !!

No i pozdrawiam wszystkich, z którymi dane mi było dziś się ścigać, nie z każdym mogłem pogadać ale swoistych "siema" wymieniłem dziś bardzo dużo :)

Pewnego razu w Czechach

Długi sierpniowy weekend na naszym kolarskim, amatorskim, podwórku oznacza dwie możliwości. Można jechać kultowe już etapowe Road Trophy w Beskidach lub pozaginać się trochę na czasówce typu uphill Kowary - Okraj. Oczywiście najchętniej pojechałbym w Beskidy ale ze względów głównie osobistych musiałem drugi rok z rzędu zrezygnować z etapówki i pojechać w Karkonosze.


Rok temu debiutowałem w tej imprezie i bardzo miło ją zapamiętałem, po pierwsze był wysoki poziom sportowy, po drugie fajna organizacja, po trzecie całkiem spoko nagrody oraz atmosfera i wreszcie po czwarte - zająłem wtedy 3 miejsce Open w debiucie.




Wstałem więc sobie wcześnie rano i w pięknych okolicznościach pogodowych pojechałem w Karkonosze, jako że mam tu dość blisko, nie trwało to zbyt długo i szybko byłem na miejscu. Tu sprawny odbiór pakietu, chwila gadania ze znajomymi i jadę zostawić auto już na Przełęczy Okraj, bo miałem fajny plan co będę robić już po czasówce.




Szybka rozgrzewka i ani się obróciłem już stałem na rampie startowej. Wiedziałem, że nie jest to ta noga z zeszłego roku i powtórka wyniku będzie raczej trudna. Nie będę się tu rozpisywał o samej czasówce, bo nie ma o czym pisać. Po prostu ponad pół godziny na maksa, z pulsem cały czas powyżej 180, mając wrażenie że cierpienie nigdy się nie skończy ;) Na szczęście się skończyło, na nieszczęście jakieś 1,5 minuty później niż rok wcześniej, co tym razem starczyło na 7 miejsce w kategorii oraz 10 Open.




Teraz przejdziemy do meritum, czyli pomysłu na który wpadłem po czasówce i który z perspektywy czasu był baaaardzo głupi ale i tak się cieszę że to zrobiłem. Otóż postanowiłem wjechać sobie po raz kolejny na Modre Sedlo, czyli chyba najtrudniejszy i najwyższy podjazd szosowy w Czechach.

Samochód miałem na szczycie, więc tylko uzupełniłem bidony, wziąłem batoniki, kamerkę i w drogę. Zjazd z Okraju poszedł sprawnie i już zaczynałem delikatny podjazd do Peca pod Snezkou. W mieście jakiś obłęd, normalnie jak na Łysej Polanie. Było tyle ludzi, że zamknięto wjazd i wpuszczano tylko turystów idących z buta ;) Ja oczywiście przejechałem ale miałem obawy o tłumy turystów na podjeździe.



Jak tylko dojechałem do centrum, czyli charakterystycznej wieży hotelowej skręt w lewo i zaczynamy już konkretną wspinaczkę. Najpierw delikatnie kilka procent aby z każdymi 100 metrami stopniowo zwiększać nachylenie i wjeżdżać już do lasu z wyświetlanymi na Garminie kilkunastoma procentami. Teraz zaczyna się rzeź, praktycznie cały czas szosa pnie się ostro w górę, chwilami Garmin pokazuje nawet wartości rzędu 24%. Jeśli dodamy do tego upał i fakt, że mam w nogach ponad 30 minut w trupa to jedzie się koszmarnie. W głowie tylko powtarzam w nieskończoność sekwencje lewa-prawa, mijam zdezorientowanych turystów i walczę z podłą grawitacją. Chwilami nawet nie można usiąść w siodle bo momentalnie podbija przednie koło.
Tak jadę i myślę jaki muszę być głupi, skoro wiedziałem na co się piszę, nie jechałem tu pierwszy raz. Jakie to człowiek musi mieć skłonności sadomasochistyczne, że dobrowolnie godzi się na takie męczarnie, kiedy mógłby sobie spokojnie w fotelu popijać piwko ;)



Zrozumie to tylko ktoś kto jechał ten podjazd, podobnie trudna jest słynna Przełęcz Karkonoska ale jednak tam mamy dwa hardcorowe i dość długie odcinki przeplecione dużo mniej nachylonym odcinkiem środkowym. Tutaj po wjeździe do lasu w zasadzie nie ma gdzie odpocząć, jest dosłownie kilka metrów płaskiego, gdzie puszczasz korby i łapiesz szybko oddech, bo za chwilę znów bezlitośnie szosa zamieni się w regularną ścianę.

Ja ten podjazd dzielę na dwie części, pierwsza - ta która sprawia mi najwięcej problemu to odcinek w lesie do schroniska Vyrovka, gdzie wjeżdżamy na część drugą - przejeżdżamy poziom lasu i zaczynają się genialne widoki na całą okolicę. Sama szosa po skręcie przy schronisku już robi ogromne wrażenie, bo wygląda jak typowa szosa gdzieś wysoko w Pirenejach.

I tak jak w lesie turystów było niedużo, tak na tym odcinku widokowym jest ich od groma. Muszę krzyczeć uwaga i czekać aż łaskawie co poniektórzy zejdą mi z drogi. Jest do zdecydowanie dodatkowa atrakcja kiedy jedziesz po kilkunastoprocentowym nachyleniu, mając już wszystkiego dość i tylko czekasz na koniec wysiłku.


Jest to też jeden z tych podjazdów, gdzie na szczycie czeka nagroda. Jak tylko wjeżdżam za ostatnią wyniosłość drogi, moim oczom ukazuje się majestatyczna Śnieżka, która jest tu na wyciągnięcie ręki. Aż chciałoby się na nią wjechać ale nie jest to niestety możliwe. Oprócz widoków na najwyższy szczyt Karkonoszy mamy w pakiecie jeszcze niewielką urokliwą kapliczkę, kolejne cudowne widoki i to by było na tyle.
Teraz trzeba niestety zjechać tą samą drogą, co przy tym nachyleniu i tej ilości turystów do przyjemności nie należy. Kilka razy się zatrzymuję, żeby dać odetchnąć obręczom i dłoniom, w których mam już powoli kurcze (tak, w dłoniach) !



Szybko ponownie znajduje się w Pecu i po chwili podjeżdżam już na Okraj. I taka ciekawostka, jechał przede mną jakiś gość z sakwami, którego nie mogłem dojść, a nawet powoli mi odjeżdżał. Kiedy już stwierdziłem, że nie nadaję się do tego sportu okazało się, że gość miał elektryczny rower ;)

Dojechałem sprawnie na Okraj i tak się skończył ten piękny ale bardzo wyczerpujący dzień w Czeskich Karkonoszach.
I pamiętajcie - rok bez wizyty w tym regionie to rok stracony ;)