GMP Amatorów 2018, czyli kolarstwo to sztuka wyborów

Każdy tak chyba ma, że na początku roku rozpisuje sobie starty, w których mniej więcej będzie chciał wziąć udział, układa sobie priorytety i potem pod to trenuje. Osobiście uważam, że ustawianie jakiś konkretnych szczytów formy w kolarstwie amatorskim nie ma większego sensu i ten rok mi to potwierdził w 100%.



Co się bowiem stało ? Moim głównym priorytetem na ten rok były Górskie Szosowe Mistrzostwa Polski w  Sosnówce, byłem w świetnej formie, cyferki się zgadzały, nawet aż nadto, wiedziałem że jestem mocy. Ostatni mikrocykl treningowy przepracowany podręcznikowo, ostatni bardzo mocny tydzień zaliczony, został tylko tydzień lekkich treningów z jakimiś krótkimi przepaleniami już przed samym startem…
I co ? W poniedziałek budzę się chory, dzieciaki poznosiły jakieś wirusy z przedszkola i żłobka i pomimo, iż bardzo dbam o odporność i było pod tym względem w ostatnim czasie u mnie bardzo dobrze, to po tak ciężkim tygodniu organizm się poddał :/

Od razu stres, bo za tydzień wyścig ale nie poddaję się i próbuję walczyć, dwa dni urlopu na poratowanie zdrowia, ale niestety, tak jak zwykle mam infekcje trwające 3-4 dni, tak tym razem to było coś gorszego. Wirus wszedł na zatoki i już wiedziałem, że cały misterny plan dobrego wyniku na GMP wziął w łeb… W sumie sam występ stanął po dużym znakiem zapytania...



W sobotę przed wyścigiem, miałem na swoich ramionach aniołka i diabełka, jak w bajkach dla dzieci. Aniołek mówił jasno i wyraźnie: nie ma sensu jechać, jesteś chory od tygodnia, osłabiony, trasa masakrycznie ciężka, nos i zatoki zawalone, nie powalczysz, a co najwyżej jeszcze pogorszysz swój stan. I kiedy już byłem w miarę przekonany i pogodzony z faktem, że GMP miną mi koło nosa włączył się diabełek… Jak nie spróbujesz to się nie przekonasz, nie po to tyle trenowałeś żeby teraz się poddać, pogoda ma być idealna, tydzień temu nogi kręciły się pięknie, będziesz sobie wypominał że nie spróbowałeś itd…
Spakowałem się więc, wszystko uszykowałem i postanowiłem podjąć decyzję w niedzielę rano.

Budzik zadzwonił, trochę posmarkałem, stwierdziłem że czuję się lepiej, wsiadłem w auto i pojechałem…

Podróż poszła sprawnie i szybko melduje się w Sosnówce, odbiór numerka, szykowanie, rozgrzewka i bez przekonania staję na starcie. Wiedziałem, że to będzie pewnie bardziej walka z samym sobą niż z rywalami ale już nie było odwrotu…


3,2,1… start
Jedyne na co miałem nadzieję, to że pierwszy podjazd nie będzie pojechany w trupa i na szczęście tak było. Wyszedłem nawet na czoło grupki i nadawałem takie tempo jakie mi odpowiadało, puls po chorobie miałem z kosmosu ale starałem się o tym nie myśleć. Po „Krasnalach” rywale zaczęli nadawać swoje tempo i na górze meldujemy się chyba w około 8-osobowym składzie, w sumie jestem w szoku że poszła taka selekcja.

Na zjeździe idzie mocne tempo, ja jak zwykle trochę odstaję, bo to pierwszy dla mnie zjazd w tym roku tą trasą i nie pamiętam gdzie hamować, a gdzie nie. Po drodze Michał Fonał zalicza masakryczny upadek, bo zapomniał o najgorszym zakręcie i wjeżdża w niego na pełnej prędkości – masakra, ma dużo szczęścia że to tylko złamany obojczyk. Przy zbiorniku wszyscy się zjeżdżamy i kolejny podjazd zaczynamy prawie w tym samym składzie co na szczycie pierwszego. 

Tempo mocne ale równe, w końcówce zaczynam czuć, że organizm po chorobie nie pracuje tak jakbym chciał i puszczam koło przed samym szczytem – w tym momencie jadę na 6 pozycji w kategorii i zdaję sobie sprawę, że w zasadzie trzeba się będzie skupić na obronie tej właśnie lokaty. Normalnie pewnie byłoby to łatwe ale nie tym razem, z każdym kolejnym okrążeniem byłem coraz słabszy, a ta trasa nie wybacza słabszej dyspozycji.



Na szczęście z kategorii M2 został jeden zawodnik, z którym tego dnia prezentowaliśmy podobny poziom i przez większość dystansu tak jechaliśmy we dwójkę – dzięki za współpracę ! Na około 60 kilometrze powracają koszmary z przeszłości, czuję że zbliżają się kurcze w nogach. Do mety daleko – pod znakiem zapytania staje samo ukończenie wyścigu. Trochę odpuszczam, kolega odjeżdża, a do mnie dojeżdża mała grupka z dwoma zawodnikami z mojej kategorii. Podłączam się i kolejny podjazd jedziemy razem. Mięśnie jakoś dają radę, udaje się wjechać bez kurczy. Pozostaje nam ostatnia runda…


Zjazd sprawnie i razem, przy zbiorniku tak samo, widać że każdy ma już serdecznie dość tej trasy. Moje nogi już całe poblokowane, czuję dziesiątki mikrokurczy ale wciąż udaje się jakoś jechać. Moje tajemne sposoby na kurcze działają ale jadę na totalnym limicie, balansując na krawędzi 😉


Zaczynamy podjazd na metę, początek spokojnie trzymam się grupki. Jednak priorytetem było utrzymanie 6 miejsca więc na krasnalach podkręcam tempo na tyle na ile pozwalają mięśnie, puls dość niski, normalnie jechałbym dużo szybciej ale nie mogę. Wystarczy jednak, odjeżdżam i z bezpieczną przewagę wjeżdżam na metę – jestem 6 w kategorii M30.



Czy jestem zadowolony ? I tak i nie. Normalnie walczyłbym o pudło, o zwycięstwo byłoby chyba i tak bardzo ciężko ale to jest takie gdybanie, chory i osłabiony organizm zupełnie inaczej się zachowuje podczas wysiłku. To 6 miejsce w tych okolicznościach nie jest tragiczne. Na pewno wyścig pozwolił mi lepiej poznać organizm i dał kolejne doświadczenie. Cel i marzenie jakim jest GMP pozostaje niezmienne i przechodzi na kolejne lata…

Kolarz szuka żony ;)

Tak sobie ostatnio pomyślałem, jakie to szczęście mieć już tą swoją drugą połówkę, szczęśliwą rodzinkę itd., co to by było gdybym teraz miał znaleźć sobie żonę... Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że znalezienie żony dla kolarza amatora to trochę mission impossible ;)


Jakby miało brzmieć takie ogłoszenie...
Wysportowany, dobrze umięśniony (ale tylko na nogach, bo górne partie - katastrofa), skupiony głównie na rowerze i wszystkim co się dookoła niego kręci, szuka żony. Wymagane umiejętności: zdolności psychologiczne dla dobrego motywowania i podpierania na duchu po nieudanym starcie, umiejętność podawania bidonów na trasach wyścigów, odporność na stres, cierpliwość, idealna aparycja i doskonałe umiejętności fotograficzne ;)
Co tu dużo pisać, jednym słowem masakra.


Tacy już jesteśmy, na dłuższą metę życie z kolarzem amatorem lekkie nie jest, usłane różami tym bardziej.

Na plaży ciężko się z nami pokazać, mało że klata i bicepsy minimalne to jeszcze opalenizna w kratkę, wakacje jak już to tylko w górach, bo gdzie ja będę nad morzem jeździł rowerem - żadna przygoda, a leżenie cały dzień na plaży będzie dla nas gorsze nić Zoncolan dla Cavendisha. Dłuższe wczasy w jakimś zagranicznym kurorcie - proszę bardzo, ale jednak dopiero gdzieś w październiku, żeby było po sezonie.

Dziecko - to temat najcięższy, kiedy już zapadnie decyzja na tak to i tak jest kombinowanie żeby najlepiej urodziło się po sezonie, a nocne wstawanie denerwuje Cię najbardziej tylko dlatego, że się nie regenerujesz po treningach.
W lodówce wyselekcjonowane produkty, półki kuchenne zawalone bidonami i opakowaniami po suplach, dodatkowo przestrzeganie diety, ilości posiłków i kalorii (wiem wiem, tu zdecydowanie nie każdy tak ma).


Bałagan w garażu? Przecież to tylko stare elementy osprzętu, dodatkowe koła i opony, nie mogę tego po prostu wyrzucić...

Rodzinny weekend, ok ale pojedźmy w góry i połączmy to z wyścigiem. Wspólne niedzielne przedpołudnie ? Ale jak, przecież jest ustawka. Z tego samego powodu odpada późne sobotnie imprezowanie - przecież trzeba się wyspać ;)

Mówisz, że co chcesz oglądać ? Jakieś seriale ? Ale przecież dziś zaczęła się Vuelta Espana, codziennie będzie trzeba oglądać etapy, bo Majka ma nogę i któryś może wygrać, nie mogę przecież przegapić takiego wydarzenia... Ale nie martw się, to tylko trzy tygodnie :)


Piszę to wszystko lekko przekoloryzowane w jednym celu, zatrzymajcie się na chwilę i popatrzcie z boku jakimi wariatami jesteśmy i ile trzeba wyrozumiałości żeby z nami wytrzymać. Pora docenić swoje drugie połówki, ot co.




Ojej, już po 22:00, trzeba iść spać, regeneracja jest najważniejsza ;)

KOM Hunter, czyli królestwo za KOMa


- Grażynka idź spokojnie na plażę i czekaj z piwkiem, ja lecę szybko pokręcić bo znalazłem dobry segment.
- i będzie jak ostatnio, napaliłeś się jak Reksio na szynkę, a KOMa jak nie było tak nie ma
- nie nie, teraz to pewna sprawa, wczoraj wieczorem znalazłem idealne miejsce, taka mało uczęszczana, jednokierunkowa, wąska droga
- mogę się założyć, że i tak ktoś będzie od Ciebie szybszy
- nie ma takiej opcji, bo segment założę pod prąd 😊





Trochę z przymrużeniem oka, a trochę poważnie chciałem zająć się tematem segmentów i KOMów na Stravie. Temat w ostatnich latach rozwinął się tak bardzo, że zapewne sami twórcy Stravy nie spodziewali się takiego obrotu sprawy i teraz zamiast zatrudniać pracowników do rozwoju platformy muszą pewnie trzymać ludzi, którzy reagują na flagowanie segmentów…


Zacznijmy od początku, narzędzie które stworzyła ekipa z San Francisco już na początku było czymś nowym, a możliwość rywalizowania z innymi użytkownikami, na dobrze nam znanych trasach, okazała się pomysłem genialnym i przełomowym, wszystko się pięknie rozwijało ale jak to w życiu, moim zdaniem, coś poszło nie tak.

Nie zrozumcie mnie źle, lubię rywalizację na segmentach, lubię od czasu do czasu założyć jakąś wirtualną koronę na jednym z bardziej „prestiżowych” podjazdów w okolicy ale to co się ostatnio na Stravie wyrabia to jakieś nieporozumienie.



Na pierwszy ogień samo wyznaczanie segmentów, przypuśćmy że mamy długi podjazd (już nie istotne czy są to Alpy, czy Karkonosze) i mamy na tym podjeździe wyznaczony segment od startu na sam szczyt. Elegancko oznaczony jako podjazd HC i zaczynamy rywalizację. Niestety Janusz KOMhunter (robocza nazwa bez odpowiednika w realnym świecie) widzi, że nie ma szans nawet na TOP10 więc wyznacza kolejny segment, który zaczyna się 1 kilometr szybciej, z jakiejś bocznej uliczki – tak, tu przecież liderzy podjazdu nie zaczynali – będzie KOM na znanym podjeździe, jeszcze tylko trzeba go tak nazwać, żeby każdy wiedział o jaką górę chodzi. Jeśli natomiast nie ma opcji takiego wyznaczenia trasy to wybiorę sobie jakiś łatwiejszy kilometr, gdzieś tam w środku podjazdu i tam założę segment, pojadę w trupa – na pewno będzie korona…


Efekt jest taki, że np. ktoś znajomy kręci sobie po Alpach, wjeżdża na Alpe de Huez i patrzysz, a tam na liście segmentów dwucyfrowa liczba tylko z tego jednego podjazdu. Kompletnie nie idzie się w tym połapać, co najmniej trzy mają w nazwie „official” 😉 Żeby było śmieszniej, znajomy wyszukuje segment, który zaczyna się gdzieś tam w dolinie długim dojazdem do podnóża góry i kończy na szczycie, leci w trupa i jest wymarzona korona – teraz wystarczy pochwalić się w mediach społecznościowych, że ma się KOMa na słynnym Alpe de Huez. Żeby nie było, nie piję do nikogo, takie możliwości daje Strava, to ludzie to wykorzystują – fame się zgadza…
źródło: https://www.ambmag.com.au

Kolejna sprawa to KOMy na zjazdach, no do dziś nie mogę tego skumać. Przecież KOM to skrót zwycięzcy klasyfikacji górskiej (King of mountains), walczcie sobie na zjazdach ale nazywajmy to właściwie (chociaż taki KOD- King of downhill to teraz kojarzyłby się zbyt politycznie chyba 😉
Tak samo nie rozumiem tych wszystkich segmentów od ronda do ronda, albo gdzieś tam, po środku niczego… Jechał sobie Janusz i akurat wyprzedzał go traktor, więc usiadł na koło, wytrzymał kilometr i po powrocie do domu, przepełniony dumą, założył tam segment aby zdobyć wymarzoną koronę.


https://www.keepcalm-o-matic.co.uk

Wystarczy otworzyć mapę, jak na przykład słynne Doogal, żeby zobaczyć że jest problem, sieć segmentów w okolicy każdego większego miasta przypomina słynne nogi Huzara po jednym z etapów Tour de France. Nawalone tak, że chyba nikt by się w tym nie połapał gdyby nie możliwość zakładania filtrów…


Oczywiście jeśli samo kombinowanie przy wyznaczaniu segmentów nie zrobi roboty, trzeba pomagać sobie w jakiś inny sposób. A tych Janusz KOMhunter zna całą masę…
Jazda za traktorami, autobusami, TIRami, umawianie się z kumplami którzy Cię podciągną i tylko wyskoczysz przed „kreską”.


Tutaj pora na anegdotkę, jest taki płaski segment, który zaczyna się zaraz za rondem, po którym dość często jeżdżą TIRy. Widziałem jak jeden „zawodnik” jeździł dobre kilka minut w kółko czekając na TIRa, wszystko by się udało, ale jednak jak się jest za słabym to nawet to nie pomaga – 300 metrów za rondem TIR odjechał, a zawodnik z totalną zadyszką zjechał na pobocze 😉


Grażynka, wieje w plecy, jadę robić KOMa:





O tym, że niektórzy jadą skuterem z włączonym Garminem to już nie wspominam nawet.
Ale największy hicior to przerabianie plików, jak to określił Maciek Hop w tym wpisie – elektroniczne EPO…

Oczywiście sam nie jestem święty i na przykład kiedy swego czasu robiłem KOMa na słynnym Sveti Jure w Chorwacji i na 100 metrów przed metą okazało się, że końcówka, z uwagi na zalegający śnieg, jest nieprzejezdna, to wziąłem rower na ramię i biegłem po białym puchu żeby tylko segment zaliczyło (tak wiem, mogłem biec z samym Garminem ;)


Nie wiem już co myśleć w temacie Stravy i segmentów. Jest to fajne narzędzie, daje sporo zabawy i pewnie sporego kopa motywacyjnego. Co prawda jak ktoś trenuje zgodnie z planem treningowym, to często bardzo ciężko to pogodzić z walką o wirtualne korony.


Zdecydowanie uważam jednak, że ktoś powinien zrobić z tym porządek, ten ktoś to oczywiście Strava ale wiem też że na chwilę obecną jest to raczej niemożliwe, wszystko się tak bardzo rozwinęło, że przypominałoby to posprzątanie stajni Augiasza…

A wystarczy zachować umiar i nie „januszować”. A Wy co myślicie ?

Baranowski Tour 2018

Kim jest Darek Baranowski nie trzeba nikomu, kto choć trochę interesuje się kolarstwem, tłumaczyć. Jedna z jaśniejszych postaci tego sportu w Polsce w latach 1996-2006, zawodnik takich grup jak US Postal, Banesto, CCC, Liberty Seguros, czy Astany, świetny góral. Do dziś pamiętam jak kibicowałem zaciekle Darkowi trzymając kciuki, żeby utarł nosa największym faworytom na jakimś górskim etapie wielkiego Touru 😊 Obecnie jego głos umila nam wszystkim relacje Eurosportu z największych wyścigów na świecie, a dzielenie się wiedzą wychodzi mu doskonale.


Kiedy więc dowiedziałem się, że właśnie Darek Baranowski organizuje swój własny wyścig dla amatorów, bardzo się tym tematem zainteresowałem. Kiedy natomiast zobaczyłem, ze organizuje to w Wałbrzychu wraz ze znanym Cezarym Zamaną wiedziałem, że po prostu muszę tam być.
Zgodnie z powyższym, 18 sierpnia udałem się w samo serce Gór Wałbrzyskich, jednak nie po to aby szukać słynnego złotego pociągu, a żeby pościgać się w miłym towarzystwie i przy fajnej oprawie.




Biuro zawodów zlokalizowano w Aqua Parku i tu wszystko było na miejscu: toalety, stoisko Kawy dla kolarzy (naprawdę pyszne espresso, które postawiło mnie na nogi), duży parking itp. Niestety wydawanie pakietów startowych szło strasznie opornie, przez co nawet został opóźniony start, a ludzie stali bardzo długo w kolejce na słońcu – to jest ewidentnie do poprawki.
Szybkie ubieranie, szykowanie sprzętu, spoglądanie w niebo, bo od rana deszcze i ciemne chmury i po niedługim czasie już stoimy w sektorze czekając na start. Na dzień dobry przejazd całej kolumny wyścigu ulicami Wałbrzycha, spokojnie za autami i motorami. Był więc czas na lekkie rozgrzanie, pogadanie ze znajomymi i szybki rekonesans z kim przyjdzie się ścigać.




Ekipa wyglądała na dość konkretną, wiedziałem żeby uważać szczególnie na PM Rider, gdyż to w tej ekipie jechał mój faworyt Kamil Gromnicki, a miał jeszcze dwóch zawodników (Bartka i Igora) do pomocy, którzy jechali w mojej kategorii i byłem pewien, że wspólnie będą próbować jakiś akcji.
Start ostry nastąpił z okolic stadionu Górnika Wałbrzych, gdzie swoja karierę zaczynał Darek Baranowski, po chwili płaskiego był od razu mocny zjazd i tak jak się spodziewałem, już tutaj zaatakował Kamil, który stworzony jest wręcz do solowych akcji. To taki Jens Voigt naszego amatorskiego podwórka, co udowodnił już wielokrotnie, bo uciekać to jedno ale dojeżdżać to już zupełnie co innego, a Kamil dojeżdżać przed peletonem po prostu potrafi 😉




Oczywiście Kamil nie został puszczony, a jego atak po prostu potwornie naciągnął całą grupę. Gdy tylko zaczęła się jazda pod górę postanowiłem wykorzystać tą sytuację i zapodałem tempo, które skutkować miało już konkretną selekcją – to się udało, na obwodnicę Wałbrzycha wjechaliśmy w kilkuosobowej grupce. Potem, jak to na szosie, nikt nie chciał pracować mocno na zmianach i kolejni zawodnicy zaczęli do nas dojeżdżać. W efekcie pierwszy długi zjazd jechaliśmy w całkiem sporej grupie. Ja czekałem na Modliszów, czyli zdecydowanie najdłuższy podjazd na rundzie, który mieliśmy do pokonania w sumie dwa razy.




Dość szybko znaleźliśmy się u podnóża wspomnianego podjazdu, gdzie od razu swoje tempo zarzucił Kamil, za nim skoczył junior z CCC (który kilka dni wcześniej pokazał się z pięknej strony na czasówce Kowary-Okraj) i jeszcze jeden zawodnik. Nie myśląc długo wskakuje na koło i w czwórke odjeżdżamy. Tempo mocne ale równe, nie idziemy w trupa, bo do mety jeszcze daleko ale zyskujemy kolejne metry przewagi. Gdzieś w drugiej połowie podjazdu ucieka nam zawodnik CCC (który zresztą ostatecznie dojeżdża na solo do mety), a my z Kamilem zostajemy we dwóch. Zacząłem mieć problemy związane z kolkami, strasznie zaczęło mnie kłuć w brzuchu ale trzeba cisnąć… Czekałem na zjazd, który… nie nastąpił 😊 Okazało się, że na szczycie podjazdu jest długi odcinek płaski, który w dodatku był raczej pod wiatr.
No ale dalej kręcimy z Kamilem po zmianach, z czasem dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. Na drugą rundę wjeżdżamy w duecie ale w oddali za nami już widać stado wygłodniałych hartów, które zaciekle chce nas dogonić. Udaje im się to na długim zjeździe, trochę spada motywacja i odpoczywam w środku grupki czekając na drugi Modliszów…


Ten znów przychodzi nadspodziewanie szybko, chwilę przed początkiem atakuje Bartek z PM Rider, jestem czujny bo to moja kategoria i wiem, że może to być też "stacja przekaźnikowa" dla ataku Kamila. Spokojnie wychodzę na czoło i jadę tak aby strata mozolnie się zmniejszała. Nie chcę podzielić mocno grupki, bo dalszy odcinek zdecydowanie lepiej jechać w kilka osób. Już blisko końca podjazdu atakuje zaciekle Kamil, ale po jego tempie wiem, że na pewno nie będzie to wspólna akcja z Bartkiem. Pozwalamy Kamilowi trochę odjechać, a jeszcze przed szczytem kasuję Bartka.




Teraz pora na wspólna pracę w celu skasowania ucieczki… No właśnie – czy aby na pewno wspólną ? Pracują 3-4 osoby, reszta bezczelnie wiezie się z tyłu i nie wychodzi na zmiany – kocham po prostu coś takiego. Tak czy inaczej, współpracując głównie z Marcinem Krzywonosem przed wjazdem do miasta kasujemy Kamila i już wszyscy wiedzą, że o kolejności na mecie zadecyduje sprinterski pojedynek.
Meta była bardzo fajna, najpierw krótki ale solidny podjazd w mieście, który przypominał mi końcówkę Liege-Bastogne-Liege, a potem jakieś 200-300 metrów płasko na kreskę.


Jedziemy w 10-osobowej grupie, każdy już się czai. Wiem, że nie mogę takim spokojnym tempem wjechać pod górę, bo na płaskim będę miał mniejsze szansę więc gdzieś w połowie ostro podkręcam tempo, wszyscy na kole więc przed samym szczytem lekko odpuszczam.
Ostry skręt w prawo i w zasadzie od razu zaczynamy finiszować. Ja pilnuję swojej kategorii, a widzę że odjechał mi lekko Bartek. Ostro staję w pedały, zrzucam przełożenie i lecę maksa, dojeżdżam do mojego rywala i wystawiam koło przed samą metą – jest 1 miejsce w M3 i 4 OPEN !!!
Wyszło z tego wszystkiego bardzo fajne i dynamiczne ściganie. Z początku myślałem, że trasa została poprowadzona tak, że trochę nie wykorzystano potencjału okolicy ale ta runda naprawdę była świetna na konkretny klasyk. Nie kalkulowałem, dałem się ponieść chwili i dzięki temu świetnie się bawiłem. Noga odpowiadała bardzo dobrze na to co siedziało mi w głowie, krótko mówiąc jestem mega zadowolony – w końcu nie często staje się na najwyższym stopniu podium 😊


Na koniec podziękowania dla Darka Baranowskiego i Cezarego Zamany za bardzo fajną organizację (nie licząc wpadki z obsługą w biurze zawodów), na pewno pojawię się za rok jeśli będzie kolejna edycja. No i podziękowania dla rywali za kawał dobrego ścigania – mało jest takiej fajnej walki na trasach naszych amatorskich wyścigów.

Klasyk Szklarski 2018

Ostatnie chwile przed finiszem... (fot. Anka Aries Baran oraz Dariusz Baran)
Jedziesz na wymarzony urlop, dajmy na to wakacyjne zgrupowanie w Bormio, jesteś podjarany, bo miejscówka przecież doskonała, na wyciągnięcie ręki takie podjazdy jak Stelvio czy Gavia. Przyjeżdżasz na miejsce, a tam okazuje się że niestety ale z Bormio możesz tylko zjechać i kręcić jakieś płaskie rundy, a wspomniane wcześniej przełęcze oglądać tylko z daleka.



Tak się można trochę poczuć jadąc na Szosowy Klasyk w Szklarskiej Porębie, miejscówka doskonała, dookoła genialne wręcz podjazdy, zarówno w Polsce, jak i w Czechach. Natomiast ty musisz się ścigać po pagórkowatej rundzie gdzieś u podnóża Gór Izerskich, mało tego - przejeżdżasz nawet obok początku podjazdu na słynny Stóg Izerski ale trzeba obejść się smakiem bo meta jest na Zakręcie Śmierci, bo wątpliwie selektywnym podjeździe ;)

Ktoś powie, to po co jedziesz, skoro trasa Ci się nie podoba ? To nie do końca tak, bo trasa jest nawet ciekawa i ma swoje zalety, ale mając taki potencjał dookoła trochę nie rozumiem organizatora, że po niego nie sięga. Każdy przecież schyli się po leżącą na asfalcie stówkę ;)

Wróćmy jednak do samego startu, bo jest o czym pisać.
Byłem tu dwa lata temu i bardzo miło wspominam tamtą edycję, jest to dość blisko Zielonej Góry, więc po prostu musiałem się zjawić na starcie. Po Pętli Beskidzkiej wiedziałem, że noga kręci się dobrze i mogłem ostrzyć sobie zęby na Klasyk. Z rytmu wybiło mnie bolące gardło w sobotę, co oznaczało że ewidentnie zbliża się jakaś infekcja - głównie z tego też powodu pojechałem dystans krótszy, czyli FUN.

Tak czy inaczej, w niedzielę rano stanąłem na starcie z jednym tylko celem - wygrać :) Nie ukrywam, że ostatnie sukcesy mocno podreperowały moją pewność siebie, a to w kolarstwie jest szalenie istotne.
Chwilę po 11:00 ruszamy w dół startem honorowym, trochę to dla mnie nie zrozumiałe bo przez 7 długich kilometrów jedziemy za samochodem w tempie poniżej 30km/h, na zjeździe i tylko ścieramy klocki hamulcowe. Nawet nie ma za bardzo jak nogi rozgrzać. Takim sposobem dojeżdżamy do Piechowic, gdzie był start ostry.

Plan na dzień dobry miałem tylko jeden, ruszyć ostro pod górę i pomimo iż nie znałem kompletnie tego podjazdu nie chciałem za bardzo kalkulować. Cel był jeden - pojechać tak, aby na szczycie było nas maksymalnie 20 zawodników. Jak zaplanowałem tak zrobiłem, od razu wysuwam się na czoło i nadaję mocne i równe tempo, nie jadę w trupa, patrzę jak reagują inni. Na szczęście mam kompana do tańca w postaci Łukasza Trepki, dołącza się też Arek Tecław i pierwszy podjazd mijamy bardzo sprawnie. Na tyle sprawnie, że cel zostaje spełniony - na szczycie nasza grupka ma chyba około 20 osób.
Niestety w pewnej chwili słyszę straszny trzask i Arek staje w miejscu, nie wiem co się stało ale dla niego to już koniec wyścigu i niestety spore straty w sprzęcie :/
Ja cały czas jadę w czubie, cel na dalszą część wyścigu był równie prosty co na początek - nie dać nikomu za bardzo odjechać.
Co jakiś czas powstają akcje zaczepne ale nikt nikogo nie puszcza, ja również kilka razy sprawdzam nogę, głównie na krótkich sztajfach, gdzie nawet się odłączam od peletoniku ale samotna jazda przez tyle kilometrów jeszcze nie dla mnie ;)
Gdzieś na trasie...
Kolejne kilometry upływają szybko, nasze tempo jest różne, raz jedziemy mocno i szybko, raz zamulamy nogę, klasyczne wyścigowe przygody.
Gdzieś tak w połowie dystansu wiem już, że wszystko rozstrzygnie się na ostatnim podjeździe ze Świeradowa Zdrój na Zakręt Śmierci.
Niestety nie jest to wymarzona końcówka dla takich zawodników jak ja. Niby sam podjazd jest dość długi ale nachylenie jest raczej śmieszne, zrzucenie tam na małą tarczę to wręcz faux paux. W dodatku pod górę jedziemy tylko na Rozdroże Izerskie, skąd na metę jest jeszcze około 8-9km płaskiego odcinka w lesie. Takie warunki zdecydowanie faworyzują sprinterów, którzy są w stanie przetrzymać mniej nachylone podjazdy, lub typowych klasycznych all-rounderów. Z resztą po wynikach z ubiegłego roku można się było spodziewać dokładnie takiego scenariusza, czyli sprintu z grupki około 20-osobowej na kresce.
Musiałem więc coś wymyślić :D

Start honorowy (fot. Anka Aries Baran oraz Dariusz Baran)
Od Świeradowa straszne czarowanie, co chwilę jakiś skok, kasowanie i zwolnienie prawie do zera. Sam kilka razy naciągam grupkę i puszczam żeby podmęczyć rywali. Podjazd na szczęście znałem i wiedziałem, że tak naprawdę konkretny atak trzeba zrobić już prawie w samej końcówce.
Jak zaplanowałem, tak też zrobiłem, bez zbędnej kalkulacji pojechałem co miałem pod górę. Mocne i równe tempo, nie w trupa, bo wiedziałem że potem jest przecież jeszcze tak długi płaski odcinek. Zyskiwałem przewagę ale gdzieś tam w głębi duszy wiedziałem, że ta akcja nie ma szans się udać, że na płaskim mnie przecież dojdą, bo czasowiec ze mnie żaden...

Wjeżdżam na Rozdroże Izerskie, oglądam się za siebie i widzę, że ktoś odskoczył od grupki. Decyzja mogła być tylko jedna - czekam i dalej lecimy w dwójkę po zmianach. Ciśniemy ile fabryka dała, za nami stado wygłodniałych hartów, z każdym kolejnym kilometrem różnica czasowa się zmniejsza, są coraz bliżej, a dystans do mety wydaje się nie mieć końca. To jedna z tych chwil, gdzie jeden kilometr ciągnie się jak normalnych pięć.


Ze znajomymi z Zielonej Góry
Na jakieś 3km do mety tracę już nadzieję, na oko widziałem że nas dojdą i w tej samej chwili ktoś z grupki odskakuje i dojeżdża do nas krzycząc, żeby cisnąć. Nie zastanawiam się nawet chwilę i szybko siadam na koło, po chwili poprawiam. Kolega Bartek, z którym jechaliśmy w dwójkę już bez sił i nie daje zmian więc lecimy mocno we dwóch, ja i Dominik. Kilka razy obracam się żeby sprawdzić sytuację i chwilę przed Zakrętem Śmierci już wiem, że dojedziemy. Niestety cała nasza trójka jest z tej samej kategorii, ale podium w OPEN już jest, teraz trzeba podzielić się miejscami.




Tak jak się spodziewałem, kolega Dominik, który zdecydowanie bardziej przypominał sprintera niż ja, poradził sobie z moim skromnym atakiem na 100 metrów do mety i pierwszy wjechał na kreskę. Ja tuż za nim, za nami Bartek. Radość ogromna, bo podium to podium ale wywalczone w takim stylu smakuje jeszcze lepiej.
Fajne uczucie jak inni zawodnicy podjeżdżają na mecie i gratulują świetnej akcji.
Trzecie drugie miejsce z rzędu, tym razem w OPEN, czuję się jak Peter Sagan ;) W sumie to mogę się tak czuć do końca tego sezonu... :P


Na koniec jeszcze słów kilka o organizacji...
Trasa dobrze obstawiona i bezpieczna (chciałoby się jej innej przebiegu ale cieszmy się z tego co jest), marzy mi się meta na Stogu Izerskim, ale to chyba w innym życiu ;)
Bufet na mecie bajka, pasta party na koniec pyszne, jedno z lepszych jakie jadłem kiedykolwiek na wyścigu (makarony i ryż z pysznymi sosami, wersje mięsne i wegetariańskie, naleśniki, no dosłownie po królewsku).
Martwi poziom dekoracji, pierwsza trójka OPEN nie dostała nawet małego pucharku. Dekorowane były tylko kategorie i dostawało się medalik (dla zwycięzcy dodatkowo koszulka i tajemnicze gratisy w siatce). Co jak co ale pierwsza trójka OPEN powinna skończyć taką imprezę z czymś co można sobie na pamiątkę postawić i nie chodzi mi tu o jakieś mega super drogie rzeczy...